WINTER ULTRATRAIL MAŁOPOLSKA -GRUDZIEŃ 2019

Była to jedna z trzech ostatnich biegowych imprez przed pandemią i zarazem mój pierwszy „bieg” górski. Celowo umieściłem słowo bieg w  cudzysłowie,            albowiem więcej w tym było podchodzenia pod górę a często też zsuwania się po kamieniach w dół,  niż biegu do jakiego przywykłem pokonując różne dystanse na płaskim. Zapisałem się na dystans 36 kilometrów, nie chcąc przeginać. I dobrze zrobiłem. Kilka lat wcześniej na fali biegowo triathlonowej,  byłem na tę imprezę zapisany na 48 km ale kontuzja wykluczyła mnie z udziału. Tradycyjnie więc chciałem zamknąć porachunki z tą  nieukończoną a właściwie „niewystartowaną” imprezą, ale podszedłem do tego bardziej realistycznie zmniejszając pierwotny dystans. Przewyższenia prawie 2000 metrów niewiele mi konkretnie mówiły,  także niewiele mówił mi profil trasy z pięcioma większymi podbiegami i następnie zbiegami oraz z dwoma mniejszymi. Po prostu nie mając żadnego doświadczenia w bieganiu po górach,  nie byłem w stanie tak naprawdę ocenić ani tej trasy ani tego jak mi się to uda pokonać. Wiedziałem tylko że będzie ciężko. Dobijając  na płaskich biegach do swojego maksymalnego pulsu, nie mogłem tego raczej przebić ale mogłem oczywiście paść i nie być w stanie biegu ukończyć. Impreza odbywała się w połowie grudnia. Postanowiłem odbyć ją „budżetowo” i  hardcorowo zarazem. Podróż na miejsce odbyłem pociągiem i autobusem, mając ze sobą plecak a w nim oprócz wyposażenia na bieg, także namiot i śpiwór. Postanowiłem zanocować pod gołym niebem. Po wizycie w biurze zawodów i odebraniu pakietów, resztę wczesnego wieczoru spędziłem w knajpie, po czym w ciemnościach wyruszyłem na miejsce startu do którego trzeba było podejść ok. dwóch kilometrów. Podchodząc,  co prawda z większym niż na bieg obciążeniem, myślałem z niepokojem co będzie następnego dnia bo czułem się mocno zmęczony tym krótkim odcinkiem.  Niedaleko bazy z której miał się rozpocząć bieg, wlazłem w krzaki i rozstawiłem swój malutki namiocik. Pierwsza nauka to taka że ten typ namiotu niezbyt naddaje się na warunki zimowe. Dobrze że nie padało bo praktycznie musiałem wszystko robić na zewnątrz a do namiotu wsunąć się tylko od razu  do śpiwora a całą operację ranem powtórzyć w odwrotnym kierunku. Nie było mi przesadnie ciepło ale ubrany w puch i w puchowym śpiworze z dodatkowo w nogach dołożoną folią termiczną przetrwałem noc w miarę śpiąc. Po dotarciu do bazy rano miałem już „komfortowe” warunki do przebrania pod dachem. Nie mając doświadczenia z takim bieganiem i warunkami „przeładowałem’ swój biegowy plecak, niepotrzebnie o pewnie ze dwa kilogramy. Wreszcie ruszyliśmy i po kilku minutach pierwsza niespodzianka w postaci tego że właściwie wszyscy dookoła mnie „grzecznie” szli pod górę. Był to chyba jeden z najdłuższych i najbardziej stromych „podbiegów”. Piesza procesja jaka się odbywała na ten pierwszy szczyt wpłynęła na mnie uspokajająco. Pomyślałem że jak tak to ma co do zasady wyglądać to dam radę. Nawet trochę osób wyprzedziłem ale było tak gęsto i ciasno że wymagało to właściwie wychodzenia poza trasę. W miarę upływu czasu przy tym pierwszym podejściu, narastało zmęczenie i kiedy dotarliśmy na szczyt poczułem ulgę. I tu pojawił się pierwszy cios tej dyscypliny. Praktycznie po kilku minutach w miarę płaskie się skończyło i całą z mozołem zdobytą wysokość trzeba było oddać udając się tym razem w dół. Jednak w przeciwieństwie do drogi w górę, od szczytu  zaczął się już prawdziwy bieg. Szybko też moje nienauczone do zbiegania nogi zaczęły mnie mocno boleć.

Pierwsza połowa trasy jakoś przeszła przy coraz bardziej narastającym bólu mięśni. Na zbiegach nie wszędzie się dawało biec ale sposób pokonywania trasy prawie już nie miał znaczenia. Ból nóg narastał z każdą minutą. Po pierwszym i jedynym punkcie odżywczym, który był prawie w dwu trzecich trasy, mimo zmęczenia i bólu nóg wydawało się że jakoś w takim biegowo, chodzącym stylu dotrwam do końca. Wkrótce jednak doszła nowa okoliczność w postaci skurczy mięśni. To już nie wyglądało dobrze i praktycznie na pewien czas musiałem  w ogóle odpuścić biegnięcie,  niezależnie czy było w górę, płasko czy z góry. Mając mniej więcej rozeznanie co do twarzy  swojej „grupy”, z którą wspinałem się na początku, widziałem jak  zaczęli mnie dochodzić oraz wyprzedzać Ci którzy poprzednio zostali w tyle. Kiedy  poczułem że skurcze mniej mi zagrażają, zacząłem więc pokonywać  coraz więcej odcinków biegiem. W pewnym momencie po raz kolejny pojawił się asfalt i w dodatku było z góry. Postanowiłem nadrobić wywołane skurczami straty i pomimo że mięśnie paliły mnie już ogniem, zbiegłem dość mocnym tempem  około dwa kilometry, po to żeby na dole asfaltowych serpentyn dowiedzieć się że wraz z biegaczem za którym podążyłem zbiegając, pomyliliśmy trasę. To już nie było miłe. Musiałem z powrotem wdrapać się tracąc w sumie sporo minut. Trochę mnie to zdeprymowało i mocno już byłem wyeksploatowany ale ponieważ do końca pozostało parę kilometrów jeszcze  próbowałem walczyć, podbiegając od czasu do czasu. Ostatnie kilka już jednak tylko szedłem. Po sześciu godzinach i czterdziestu jeden minutach dotarłem do mety plasując się pod koniec drugiej z trzech części ogółu  startujących. Uznałem to mimo wszystko za osiągnięcie ( gdyby nie skucha ze zgubieniem trasy zameldowałbym się może w okolicach połowy stawki)  a całe wydarzenie za udane. Dodatkowym bonusem było spędzenie kilkudziesięciu minut na ciekawej rozmowie z jednym ze zwycięzców edycji, który zgodził się mnie podwieźć do Krakowa i późnym wieczorem, lekko już „oprzytomniały” po   wysiłku tego dnia dotarłem pociągiem do Warszawy a dalej do domu.