
Po ubiegłorocznym DNF na trasie Ultra Hańcza -67 km i nieodbyciu się Maratonu Kampinoskiego, mój cel biegowy cały czas nakierowany był na ultra. Fascynację długimi dystansami podkręcały podcasty z ultrasami na nowo odkrytym kanale Black Hat Ultra. Do tego filmy na You Tube ze stu i więcej milowych biegów. Po raz kolejny idea ultra biegów w terenie zawładnęła mną spychając trathlon na miejsce „zwykłego” sportu. Chyba też swoim zwyczajem żałowałem że Ultra Hańczę odpuściłem a wiedza przyswojona w ramach nowej edycji poznawania świata ultra biegów, wykazała mi że odpuściłem za bardzo negując formułe pokonania tego dystansu w sposób mieszany a nie tylko biegiem. Ale też ta sama wiedza pokazała mi że nie ma co się porywać na ultra biegając kilkanaście kilometrów tygodniowo. Czas kolejnych obostrzeń który nastał od października, w zasadzie wyeliminował pływanie z mojego typowego zestawu aktywności. Ponieważ starty triathlonowe i tak były sprawą odległą tradycyjnie odstawiłem zimową porą rower i postanowiłem spróbować poważnie przygotować się do startu w ultra na wiosnę. Ultra Hańcza w kolejnej edycji wyznaczona została na początku kwietnia 2021. Zaraz też po tym jak się na nią zapisałem, pojawiła się Łemkowyna, o której dawno już myślałem, w wyjątkowej edycji wiosennej w połowie maja. Zapisałem się więc i tu i tu. Na pierwszy ogień 67 km po suwalskich wzgórzach na drugi 70 km po górach Beskidu. Na przetarcie ustawiłem sobie jeszcze powtórzenie w lutym Śnieżnej Odysei którą pierwszy raz przebiegłem tuż przed pandemią w 2020 r. Żałowałem że żaden z tych biegów nie mogę przypisać wprost do 60 rocznicy urodzin które wypadają w marcu więc jeszcze trochę kombinowałem jakby tu przebiec gdzieś w marcu urodzinowe 60 km. Papier wszystko zniesie ale trzeba się jednak było wziąć za porządne bieganie. No to się wziąłem. Wyznaczyłem sobie nawet tygodniowe cele biegowe sięgające po paru tygodniach dystansu 60-70 km tygodniowo a w okolicach Łemkowyny dochodzące nawet do 100 km. Zima w tym roku jednak pokazała że istnieje i warunki do biegania były ciężkie. Bieżnia odpadała z powodu lockdownu, trzeba więc było się pogodzić z bieganiem w śniegu i mrozie. Zwiększałem dystans stopniowo starając się zachować regułę 10% tydzień do tygodnia z jednoczesnym wplataniem coraz dłuższych jednorazowych wybiegań. Ponieważ każdy ustrukturyzowany trening pasuje do mojej mentalności jak pięść do nosa to każdy tydzień wyglądał inaczej. Czasami po 6 biegów czasami 4 lub nawet trzy, jak więcej to krótsze jak mniej to dłuższe. Założyłem jednak że jest to też dobry czas na kolejna próbę zdobycia dobrej wydolności poprzez pilnowanie niskiego pulsu. Nie spieszyło mi się też z powodu braku planów na krótkie dystanse. Chyba też po raz pierwszy zacząłem wyraźnie odczuwać poprawę wydolności po paru tygodniach takiego biegania. Dryft pulsu był niewielki i mogłem tym samym tempem biegać 15 i więcej km. Ponieważ koncertowo zignorowałem swoją obecną przypadłość nie jestem sobie nawet w stanie przypomnieć kiedy dokładnie się pojawiła. Dość powiedzieć że zacząłem odczuwać ból w podbrzuszu w trakcie coraz dłuższych biegów. Ponieważ nie był on zbyt dokuczliwy i praktycznie przestawałem go odczuwać kiedy nie biegałem, schowałem go na pewien czas do szuflady i opatrzyłem etykietą słabe mięśnie brzucha. W ślad za tym poszły ćwiczenia typu „brzuszki” które miały załatwić temat w perspektywie jakiegoś czasu. Ból jednak nie przechodził a pojawiał się też kiedy kichałem lub kaszlałem. Dalej jednak nie przyszło mi do głowy że to kontuzja czy że to kontuzja spowodowana przez bieganie. Ta bezmyślność trzymała się mnie pewnie ze dwa miesiące. W tym czasie doszedłem już do stanu w którym nieprzyjemnie mi się robiło na myśl że mogę kaszlnąć lub kichnąć bo wiedziałem że zaboli i to porządnie. Biegałem, robiłem brzuszki, grałem w tenisa i pojeździłem też trochę na nartach. Wszystko to z bólem. I wreszcie przyszło mi do głowy poczytać o moim problemie. No i się zaczęło. Naruszone przewlekle ( przez moją głupotę) przyczepy mięśni przywodzicieli i parę innych „drobiazgów”. Wersja optymistyczna – kilka tygodni, mniej optymistyczna to ta obecna. Moje bieganie skończyło się w drugiej połowie marca w okolicach 60-tych urodzin tj. wtedy kiedy w swoich wcześniejszych planach myślałem o 60 km na 60 urodziny. Śnieżna Odyseja odpadła wcześniej jednak wtedy bardziej z powodu Covid niż kontuzji. Ultra Hańcza i Łemkowyna poszły w piach już jednak z jej powodu. Jest koniec maja i nic nie wskazuje żebym miał wrócić do biegania. Kilka krótkich testowych truchtów na przestrzeni ostatnich tygodni w dalszym ciągu wskazuje na to że łatwo nie przejdzie. Pod koniec okresu niefrasobliwej niewiedzy ból się pojawił też w innych miejscach już bezpośrednio atakując „biegowe” mięśnie. Jeżdżę na trenażerze na rowerze choć nie mam w stu procentach pewności czy to dobry pomysł a wraz z otwarciem basenów zacząłem pływać. Co z tego będzie – czas pokaże.