Jaki był 2025


Mam nadzieję że przełomowy. Kontuzje trapiące mnie przez cztery lata odpuściły tak nagle że
przez cały rok niedowierzałem że tak się stało. Stąd ostrożność w aktywności fizycznej. Kiedy
zaczęły się moje problemy właśnie skończyłem 60 lat. Mimo iż nie zaprzestałem całkowicie
aktywności, z dawnej formy niewiele pozostało a przekroczywszy barierę 60 lat wszedłem do
nowego świata w którym całkowicie trzeba porzucić aspiracje do poprawiania wyników z
ostatnich lat przed tą datą. Nie mniej jednak po okresie kilkunastu miesięcy kiedy na powrót
mogłem swobodnie biegać i jeździć czy pływać a może nawet jeszcze bardziej na skutek w
miarę regularnego dbania o ćwiczenia siłowe, to co wydawało mi się stromą linią pochyłą w
dół jeśli chodzi o stan fizyczny, udało się lekko odwrócić. Czuję się znacznie silniejszy i
sprawniejszy niż rok temu. Nie mogę też pominąć zmiany diety i mocnej inwestycji w regularne
dostarczaniu organizmowi odpowiedniej porcji białka co w połączeniu z ćwiczeniami
niewątpliwie mnie wzmocniło, a mam nadzieję iż także lepiej uodporniło na kontuzje. Jestem
prawie pewien że moje problemy 6 lat temu w dużym stopniu spowodowane były
niezapewnieniem organizmowi niezbędnych składników. Będąc na diecie wegańskiej nie
potrafiłem dostarczyć tyle białka ile potrzebowałem i zwyczajnie wyniszczyłem swój
organizm.
Rok 2025 był próbą powrotu do wcześniejszej aktywności triathlonowej i nowego rozdziału
jakim są maratony rowerowe. Obydwa jednak były tylko skromnymi próbkami. Zacząłem w
maju od startu w maratonie rowerowym na Suwalszczyźnie. Początkowo zapisałem się na
dystans 100 km ale po próbie generalnej około tygodnia przed startem z pokorą przepisałem
się na krótszy, niecałe 70 km. Startowałem na nowym gravelu, który leżał jakiś czas w pudełku.
Jak się okazało za bardzo się wyleżał co skończyło się problemami. Już na próbnej jeździe
miałem wrażenie jakby tylne koło było skrzywione i przy większej prędkości mocno biło.
Pojechałem jednak na tym co miałem, nie mając czasu na naprawy. Zafundowałem też sobie
uchwyty na bidony za siodełkiem nie pomny na problemy jakie z takim sprzętem mają ich
użytkownicy. Nawet na równej nawierzchni bidony często wypadają co dopiero na szutrach.
Przekonałem się o tym na 20+ kilometrze, kiedy okazało się że straciłem oba i tym samym
zanosiło się na to że cały dystans będę bez picia. Jedyny punkt żywieniowy na trasie minąłem
kilka kilometrów wcześniej ale się nie zatrzymywałem bo przecież „miałem” swoje bidony.
Kojarzyło mi się coś że powinien być sklep na trasie około 50 kilometra i z tą nadzieją jechałem
dalej. Na 45 kilometrze moja przednia przerzutka powiedziała pas i zapowiadało się na to że to
koniec mojego uczestnictwa w imprezie, ponieważ zablokowała się na dużej tarczy a z takim
przełożeniem nie byłbym w stanie dalej jechać przy ciągłych stromych podjazdach. Udało mi
się jakoś zrzucić łańcuch na mniejszą tarczę i w ten sposób mogłem jechać dalej, choć już
pozbawiony możliwości jechania z większą prędkością na płaskich odcinkach czy z górki. Te
problemy oraz jeszcze kilka innych skutecznie odciągnęły moją uwagę od tego jak fatalna była
pogoda. Druga dekada maja a temperatura rzeczywista kilka stopni, odczuwalna na minusie,
ciągły deszcz i wiatr. Kiedy nie doczekałem się sklepu, niedługa przed metą skorzystałem z
momentu że trzeba było przeprowadzać rowery przez bagno i wydębiłem trochę wody od
innego zawodnika. Dojechawszy do mety dowiedziałem się że mój oryginalny dystans 100 km,
właśnie został zatrzymany z powodu fatalnych warunków pogodowych. Także ogólnie pomimo
wszystkich porażek na trasie byłem zadowolony. Kolejny start to już triathlon w lipcu w
Gołdapi. Rok wcześniej przypadała 10 rocznica mojego pierwszego w życiu triathlonu właśnie
w Gołdapi. Miałem nadzieję że wystartuję, nie udało się więc nie w rocznicę ale rok później
postanowiłem sprawdzić się na tym samym dystansie ¼. Celem było uzyskaniu czasu nie
gorszego niż w debiucie co pozornie nie wydawało się trudne, szczególnie że debiutowałem
na rowerze górskim nie mając praktycznie żadnego doświadczenia w jeżdżeniu na szosie z
większą prędkością no i z zepsutą w tamtym czasie stopą. Mimo to udało mi się wtedy skończyć
w niecałe 3 godziny co było dobrym wynikiem. Mając za sobą przed 2020 wyniki w okolicach
2 g 40 minut, myślałem że aż tak się nie zestarzałem żeby nie zmieścić się tym razem także w
3 godzinach. Rzeczywistość jednak okazała się inna a zaskoczeniem było to jak słaby byłem
na rowerze pomimo tego że akurat w jeżdżeniu na rowerze prawie nie miałem przerwy. Myślę
że błędem było trenowanie na poprawę mocy zamiast budowania bazy. Owszem „pary” mi
wystarczało ale tylko na połowę tego dystansu co też było trochę dziwne biorąc pod uwagę
wcześniejszy start w maratonie rowerowym. Organizm dziwnie reaguje. Pływanie i bieg poszły
mi nieźle i bez żadnej bomby. To wszystko jednak dało trochę ponad 3 godziny więc ewidentnie
gdyby rower poszedł lepiej, cel zostałby osiągnięty. I to tyle. Dalej to już zobaczę w 2026