Nie taki Challenge straszny. Napisane – sierpień 2015

Do Poznania wybrałem się na zawody zorganizowane pod firmą Challenge. W skrócie to taka triathlonowa odmiana Pepsi. Tak jak w przypadku rozłamu Coca Coli i Pepsi Coli tak i w tym przypadku skutki podobne. Przedstawiciele organizacji Challenge Family,  która objęła swoim patronatem poznańskie zawody, wystrzegają się jak ognia słowa Ironman. Zastanawiam się nawet czy kończąc długi dystans pod patronatem Challenge nie słyszy się zamiast sakramentalnego ‚You are IRONMAN’ czegoś w stylu You are Challengeman. Do sprawdzenia tego przyjdzie mi jeszcze trochę poczekać. Poza tym to nie istotne. W końcu liczy się zawartość a nie pudełko.

A zawartość uważam za udaną w każdym aspekcie nawet uwzględniając męki przedstartowe o których napiszę w części dalej. Z założenia wybieram zawody o kameralnym charakterze, czego nie można powiedzieć o imprezie w Poznaniu. Mimo to, zarówno lokalizacja jak i atmosfera w trakcie zawodów były dla mnie na medal. Jedyny minus to że zarówno pierwszego dnia kiedy rozgrywano krótsze dystanse jak i drugiego, gros zawodników i osób towarzyszących opuszczało imprezę właściwie zaraz po ukończeniu swojego biegu ( no może po konsumpcji). Na ponad 1000 startujących na dystansie średnim do momentu dekoracji dotrwało nie więcej niż trochę ponad setka.

Rozpoczynając swoją przygodę z triathlonem półtora roku temu przyjąłem naturalne jak mi się wydawało założenie: rok pierwszy ćwiartka, rok drugi połówka i na trzeci rok na 55 urodziny zafunduje sobie pełen dystans. Tak wychodziło z matematyki licząc i od przodu i od tylu. Pierwszy rok to oczywiście szarpanina i błędy. Starty z kontuzją, ciśnienie wywoływane lekturą nt. cudzych osiągów wypracowanych na treningach odbierających pół życia  (ale pozostawiających go „mnóstwo” dla rodziny), cudownych gadżetów, cudownych suplementów, trenerów i innych „musisz mieć”. Ten rok odwrócony o 180 %. Triathlon dla zdrowia nie zdrowie dla triathlonu. Pomimo że trenuję bardzo wcześnie rano, kiedy rodzina jeszcze śpi, same starty to tu to tam, średnio raz na miesiąc, powodują że moje sportowe życie mocno się zaznaczyło w rodzinnym kalendarzu. Nie bardzo sobie wyobrażam jakbym mógł zakładać że to tylko niewielka absencja, gdybym pod hasłem to tylko 80 km wysmykał w ciągu week-endu na rower albo bieg ( to tylko 20 km).  Poszedłem drogą którą odnalazłem głównie na zagranicznych forach- treningów od 8 do 13 godzin max w tygodniu, głównie w strefie aerobowej (tzw. MAF) urozmaiconych terenem a nie papierem na których trener albo internetowy plan udaje teren. Tegoroczne starty w paru imprezach biegowych, jedna olimpijka a wreszcie start na średnim dystansie w Poznaniu dały mi poczucie komfortu jeśli chodzi o plan na przyszły rok. I nie chodzi o to że na pewno zrobię Ironmana (odpukać) ale że jeśli go zrobię to zakładam i czuje że będzie to tak jak było 26 lipca tego roku w Poznaniu. Przed zawodami nie przegrzałem, na zawodach nie leserowałem. Pływanie podobno nie należało do najłatwiejszych, dystans rowerowy dał w kość z uwagi na wiatr ale ani przez moment od chwili wystrzelenia armaty nie płynąłem inaczej niż kraulem, nie przestałem z tą samą siłą kręcić pedałami i nie zwolniłem tempa biegu. Szczególnie ten ostatni etap dał mi niezmierną satysfakcję. Po dotarciu na metę chciało mi się biec dalej. Zostałem do końca imprezy nie czując się wyczerpany a następnego dnia byłem gotowy nawet na mocny trening. Ale go oczywiście nie zrobiłem. Organizm musi dostać to co mu się należy. A wynik? Mnie w pełni satysfakcjonuje. Jak to mówią Rosjanie ‚ beyond expectation’- o dobre 20 minut. Średni dystans zajął mi tyle co niecałe dwie ćwiartki. Chociaż nie lubię plasować swojego wyniku na tle innych, początek drugiej połowy stawki i fakt że za mną nie byli tylko równolatkowie lub starsi, daje mi prawo myśleć że stan mojego ponad półwiekowego organizmu ma się nieźle. A jak to przebiegało, w gęstszym zapisie spróbuję oddać niżej.

Jako ze miał to być mój najważniejszy start w tym roku a przede wszystkim debiut na średnim dystansie, emocje rosły z tygodnia na tydzień. Wyjazd na zawody połączony miał być z odwiedzinami Poznania, żeby najbliżsi mieli jakąś ‚ludzką’ rozrywkę. Oczekiwanie na start miało być nienerwowe i spokojne. Nocleg zarezerwowany w pobliżu starówki. Malta czyli pole bitwy niedaleko. Autostradą z Warszawy kilka godzin. Już jednak na owej autostradzie zaczęły się schody. Najpierw wielokilometrowy korek później grad, przed którym samochody chowały się pod wiadukty blokując całkowicie autostradę. Dotarliśmy jednak na miejsce około 14 w sobotę, tak więc czasu niby sporo. Po rozpakowaniu wyjazd na Maltę. Miałem nadzieję zobaczyć końcówkę wyścigów na dystansie olimpijskim i nakręcić się pozytywną atmosferą. Niestety co okazało się charakterystyczne dla tej imprezy, ludzie w większości szybko czmychali do domów. Teraz rozumiem jakie znaczenie dla budowania atmosfery triathlonowej społeczności mają nagrody losowane po zawodach. Tym razem nie były przewidziane. Odebrałem pakiet i chciałem zostawić już rower w strefie, żeby móc spokojnie przemieścić się z powrotem do miasta na jakiś obiad a o 19 planowana była odprawa techniczna. Niestety nastąpiła obsuwa czasowa i dopiero po godzinie ruszyliśmy na poznańską starówkę. Zaczął się nieplanowany pośpiech. Zgłodniałem strasznie w międzyczasie i to był gwóźdź do trumny sensownego jedzenia na kilkanaście godzin przed startem. Co prawda zamówiłem sobie filet z kurczaka z sałatką, ale żeby na ‚przekąskę’, nie zjeść świeżo nabytego szczeniaka, który dzielnie nam towarzyszył, wziąłem chleb ze smalcem. Dostałem chyba bochenek i słoik smalcu oraz pół beczki ogórków. Szkoda było zostawić :-). Ponieważ wszystkie porcje zrobione zostały pod hasłem‚ ‘zjedz mnie a dołączysz do grona puszystej części populacji’ oczywiście żadna z moich pań nie była w stanie tego przejeść. Ale nie ja – w końcu ‚ nie ma nie mogę’. Po zjedzeniu rzeczonej stopionej świni i swojego ‚kurczaczka’, który za życia mógłby machnięciem skrzydła wykoleić Pendolino, pobrałem solidny kawał byka z napoczętego tylko lekko przez córkę hamburgera jaskiniowców. W tym momencie poczułem się gotów. Niestety nie do czekającej mnie za kilkanaście godzin trasy ale do zalegnięcia w jakimś barłogu i przespania zimowych miesięcy bez ryzyka zbędnego ubytku tłuszczu. A tu już trzeba pędzić na odprawę techniczną. Zostawiłem swoje panie oraz szczeniaczka, który wyraźnie miał dosyć wrażeń tego dnia i ‚popędziłem’. Kiedy dotarłem na miejsce atmosfera przypominała koncert rockowy. Wielki namiot, wiele setek prężących sportowe sylwetki zawodników oraz sporo wspierających najbliższych. Telebimy i muzyka dopełniały ten obraz. Wymiar imprezy mnie poraził. Na darmo wypatrywałem znajomych ze zdjęć twarzy. Narodu tyle co Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy. Zająłem zatem strategiczne miejsce z boku na wypadek gdybym miał zwymiotować podchodzący do gardła obiad i zacząłem chłonąć nowy świat Challenge Family. Było podniośle, dostojnie i wzruszająco. Najbardziej jednak wzruszył mnie współprowadzący Amerykanin reprezentujący typ ‚Max Kolonko prototyp’. Uwielbiam takie egzemplarze, najbardziej w wydaniu parodiujących je komików, chociaż oni mają ułatwione zadanie, bo wystarczy że wiernie odtworzą pierwowzór który parodiują i już jest prześmiesznie. Ale jakby co to koleś był częścią superatmosfery i nawet fakt że czasami wyglądało jakby merytorycznie nie odróżniał elementów triathlonu od programu ‚celebryty splasz’ i tak był cudowny. Po odprawie technicznej, która trwała ponad godzinę, przemieściłem się do strefy zmian gdzie chciałem sprawdzić czy mój rower wylądował na stojaku. Jako że organizatorzy odnotowali ponad godzinne opóźnienie, podczas poprzedniego pobytu w strefie razem z innymi ustawiłem rower w namiocie na wielkiej kupie. Zadeklarowano że po tym jak strefa zostanie otwarta, wszystkie rowery znajdą się na właściwych miejscach i tak się stało za co chwała organizacji. W drodze powrotnej nie omieszkałem zajrzeć ponownie do namiotu odpraw, w którym odbywało się pasta party. Ludzi już było w nim niewielu, znajomych twarzy nie spotkałem za to spotkałem znajome smażone racuszki, z którymi postanowiłem się przywitać. O reszcie nie wspomnę, żeby relacja nie była wyłącznie o wielkim żarciu. Kiedy dotarłem z powrotem do „apartamentu’ w którym się zatrzymaliśmy była już prawie 22 i pozostało przygotować rzeczy żeby następnego dnia wyruszyć na miejsce startu. No jeszcze trzeba było posłuchać ulicy, która była bardzo rozrywkowa i wyraźnie wskazywała że w walce z dopalaczami Polska poniosła sromotną klęskę. Nasz mały psiak niestety niedobrze przeżył ten dzień i nie wyobrażałem sobie żeby następnego dnia miał spędzić tyle godzin we wrzawie, która towarzyszy zawodom. Moje panie też nie wyglądały na bardzo szczęśliwe szczególnie po tym jak dotarła do nas wiadomość, że jeden z zawodników trakcie dystansu olimpijskiego zmarł. Postanowiłem więc, że rano wybiorę się na start sam a moje panie spokojnie spędzą czas przed południem oraz dotrą na Maltę w okolicach etapu biegowego. Parę minut przed północą udało się wreszcie położyć do łóżka. Byłem wykończony. Ten dzień miał być spokojnym przygotowaniem do startu, niestety nie wyszło tak jak zakładałem. Krążenie pomiędzy Maltą a starówką, poszukiwanie jedzenia, głód po którym nastąpiło obżarstwo, panujący upał- to wszystko nie sprzyjało przedstartowemu wyciszeniu. Zasnąłem jednak dosyć szybko i na szczęście nie śniły mi się żadne koszmary. Obudziłem się koło 6. Zmierzyłem puls spoczynkowy – niestety spoczynkowy to on tym razem nie był, raczej wskazywał że mój organizm pracował przez całą noc nad z trawieniem masy pożywienia jaką w siebie wrzuciłem poprzedniego wieczora. Nie za dobrze pomyślałem- zrób coś, skup się. W tym stwierdzeniu zawiera się dokładnie to co zamierzałem osiągnąć . Pierwsze dwa „zrzuty’ wykonałem jeszcze w hotelu i poczułem się deko a właściwie dużo więcej lepiej . Do momentu startu zaplanowałem kolejne. Zapakowałem przygotowane poprzedniego wieczora rzeczy, sprawdzając po raz kolejny czy czegoś nie pominąłem i ruszyłem w drogę. Po kilkuset metrach mój puls znalazł się w strefie 4. Miałem zamiar dziarsko się przemieszczać traktując to jako rozgrzewkę przed startem, niemniej jednak z powodu takiego wyniku zwolniłem. Po półtora kilometra trochę się sprawa uspokoiła. W końcu dotarłem na brzeg jeziora. Do strefy pozostał tylko kilometr. Wkrótce dogoniłem takiego jak ja piechura, który trzymał w ręku trzy upakowane worki. System worków jaki zastosowano na tych zawodach bardzo mi się spodobał. Dostaje się 3 wory, jeden z nadrukiem swim, drugi bike no i wreszcie run. Worka swim używa się jako depozytowego, pozostaje on na mecie, do worka bike co do zasady należy włożyć wszystkie rzeczy potrzebne w trakcie etapu kolarskiego. Ten worek ma również służyć zapakowaniu po pływaniu pianki oraz innych akcesoriów użytych w trakcie pływania. Kask i buty rowerowe można też zostawić przy rowerze, niemniej jednak nie ma przy rowerach żadnych koszy, z założenia wszyscy przebierają się w namiocie przed wejściem do strefy stojaków rowerowych, co powoduje, że traffic w strefie jest zdecydowanie luźny i nie ma bałaganu. Jedynym mankamentem takiego rozwiązania jest odcięcie kibiców którzy gromadzą się wokół strefy od możliwości oglądania typowych sytuacji zawodników kicających i próbujących utrzymać równowagę ściągając z siebie pianki , leżących na plecach i siłujących się z nogawkami, próbujących zachować równowagę a czasami wpadających na siebie tudzież na zaparkowane w strefie rowery .

Wracając do porannego spaceru, kiedy zobaczyłem zawodnika przemieszczającego się z wypchanymi workami startowymi postanowiłem doszlusować do niego i zagadać. Zagadnąłem jednym z moich głupawych dowcipów, coś w stylu że niezłą miał noc tu nad jeziorem bo tyle udało mu się nazbierać do worków. Widać że był skoncentrowany na starcie ponieważ dopiero po chwili dotarło do nie do niego moje niewyszukane zagajenie, kolejną chwilę trawił to czym go przywitałem. Nie dał mi jednak w twarz, ale uśmiechnął się i po chwili zmierzaliśmy już dalej razem wymieniając uwagi i spostrzeżenia na temat czekającej nas imprezy. Po odstawieniu dwóch worków i załadowaniu bidonów do roweru, przemieściłem się w kierunku miejsca startu, obok którego znajdował się hangar z depozytem. Do startu mojej ostatniej fali pozostała jeszcze ponad godzina, za chwilę miało nastąpić oficjalne otwarcie zawodów a 0,5 h później czyli dokładnie o 9 miała wystartować pierwsza fala. Po przebraniu się w piankę odstawiłem swoje nie wszystkie rzeczy do depozytu z zamiarem zastanowienia się czy jest jakaś szansa na wykonanie rozgrzewki w wodzie. Chyba za bardzo się na tym skoncentrowałem co kosztowało mnie powrót do depozytu i dopakowanie worka klapkami, które wciąż miałem na nogach. Jakoś nie dostrzegłem nikogo kto by rozgrzewał się w wodzie, w związku z tym ja też z tego zrezygnowałem i przez prawie godzinę oczekiwania na swoją falę rozgrzewałem się na brzegu w pewnym momencie głównie jednak z powodu narastającego chłodu aniżeli przyczyny dalszego kontynuowania „wyginam śmiało ciało’. Oczekiwanie na moją falę zaczęło się w pewnym momencie dłużyć, chciałem już mieć to za sobą i sprawdzić co z mojego organizmu pozostało po żywieniowej rozpuście. Miałem nadzieję że po wskoczeniu do wody poczuję się lżej niż na twardym gruncie. Grzmiąca co i rusz armata odliczająca start kolejnych fal działała na mnie jak strzały adrenaliny. Wreszcie moja fala została wpuszczona do wody, czekała nas kilkudziesięciometrowa przeprawa w kierunku miejsca startu. W związku z tym że był to mój pierwszy kontakt z wodą od ponad tygodnia a jeśli chodzi o piankę to grubo ponad miesiąca, postanowiłem wykorzystać ten odcinek na gry i zabawy. Zgodnie z moimi oczekiwaniami woda sprawiła że pomimo wciąż zalegającego uczucia lekkiego już tylko na szczęście przesytu z dnia poprzedniego, poczułem się jeszcze lżej. Po dotarciu na miejsce startu spojrzałem na zegarek- do startu pozostawało jeszcze około 4 minut wobec czego położyłem się na wznak testując swoją wyporność. Po chwili znalazł się jeden czy dwóch naśladowców i usłyszałem komentarz że to niezła pozycja. Powiedziałem że właściwie mógłbym już tak do końca, niestety w odpowiedzi usłyszałem że jednak jest limit czasu pływania – co robić trzeba było wracać do rzeczywistości. Za kilkanaście sekund miała wystrzelić armata. Zacząłem płynąć tak jak wszyscy inni, ponieważ okazało się że miejsce startu nie jest linią o której myślałem ale jakimś bliżej nie określonym obszarem. Po chwili wystrzeliła przerywając moje rozterki czy aby 80% zawodników a wraz z nimi moja osoba nie popełniło falstartu i zaczęliśmy płynąć. Ponieważ ustawiłem się maksymalnie z prawej strony pozwoliło mi to uniknąć największej pralki. Jako że znosi mnie na prawo nie ryzykowałem też wpłynięcia do niej a co najwyżej na mieliznę. I tak pozygzakowałem pierwsze 800 metrów. Parę razy uderzyłem w kierunkowe bojki, parę razy zbliżyłem się niebezpiecznie do ratownika na desce, który przyglądał mi się chyba w związku z tym z rosnącą paniką. Po pierwszym nawrocie jego panika chyba osiągnęła apogeum. Kiedy w okolicach drugiej boi nawrotowej mocno szarpnąłem w lewo kierując się w prawidłową stronę, doszedł do mnie łoskot oraz fala uderzeniowa. To „mój’ ratownik wpadł do wody i zrobił z deską jeśli nie całego grzybka to przynajmniej podgrzybka. Myślę że przygotowywał się na atak w prawo z mojej strony i zwrot w odwrotnym kierunku zachwiał jego równowagę. Spojrzałem kątem oka czy nie potrzebuje pomocy ale już gramolił się na deskę. Pozostała mi ostatnia „prosta’. Po jakimś czasie trafiłem na pochylnię gdzie zamiast typowego dźwigu do wyciągania statków, rolę wyciągarki pełniło dwóch panów. Otrząsnąwszy się z pozostałości wody na twarzy spojrzałem na zegarek-około 45 minut. Czas w góry skonstatowałem i ruszyłem w kierunku największego przewyższenia tych zawodów jakie znajdowało się pomiędzy wyjściem z wody a parkingiem rowerowym. Opróżniłem i napełniłem drugi wór i ani się obejrzałem, mój rowerowy licznik pokazywał 37 kmh a ja się zastanawiałem o co chodzi, tak było lekko. Trochę czasu na to miałem, ponad 20 km, a później zacząłem się zastanawiać dlaczego stoję choć kręcę z taką samą a nawet większą siłą. Okazało się że, jak to rzekł pan z kabaretu parodiując prognozę pogody – „a w Wielkopolsce, co w Wielkopolsce, w Wielkopolsce piżdże i gwiżdże’. Nie było rady, czekało mnie 20 km przeciskania się. W pewnym momencie z letargu w jaki wprawiło mnie owo piżdżogwiżdżenie wyłoniła się jakby znajoma twarz. Jakiś człowiek biegł poboczem w przeciwnym kierunku przypatrując mi się. Dopiero po 100 metrach moje szare komórki zaskoczyły i zidentyfikowały znanego nieznajomego. To Marcin Konieczny a ja przecież jadę w kiecce AT. No dobra ale czemu on biegnie po trasie kolarskiej, to nie tędy. Po kolejnym nawrocie postanowiłem sprawdzić czy to nie były jakieś omamy i jeśli nie to ewentualnie wskazać mu gdzie się biega na tych zawodach. Rzeczywiście, dostrzegłem go znowu, niestety biegł na tyle daleko, po drugiej nitce szosy, że musiałbym się strasznie drzeć i bałem się kary za zakłócanie spokoju. Kolejny nawrót, kolejna jazda „slow motion’ była gorsza niż za pierwszym razem – w końcu to już 70 kilometrów w nogach. Z drugiej strony wiedziałem że zbliża się koniec. Jakbym dał na maksa na tych najgorszych odcinkach pod wiatr to pewnie kilka minut bym urwał ale trzymałem się pomysłu ukończenia całości w wersji „motion’ a nie „stosunek przerywany’ , poza tym średnia powyżej 30 kmh mnie satysfakcjonowała tak czy siak. Marcina już na trasie kolarskiej nie spotkałem za to w międzyczasie minął mnie kolarz w takim jak mój „stroiku’ pozdrawiając serdecznie. Oczywiście i w tym przypadku moja reakcja była spóźniona. Żona twierdzi, że ciężko ze mną nawiązać jakiś kontakt w trakcie zawodów, wydaje się bardzo skupiony, lub nieobecny. Osobiście wolałbym aby to zjawisko miało coś z „ultramaratońskiego transu’ a nie sytuacyjnego autyzmu.

Warto też kilka słów poświęcić dopingowi na trasie rowerowej . Z powodu długości trasy rowerowej, nie była ona tak gęsto obstawiona jak trasa biegowa nie mniej jednak dopingujących nie brakowało. Na każdym skrzyżowaniu, na przystankach autobusowych czy wreszcie przy zabudowaniach byli zgrzewający do walki. W jednym miejscu zgromadziła się nawet grupa chilliderek z bogatym repertuarem. Kto był ciekaw mógł też obserwować zmagania policji kierującej ruchem i przepuszczającej samochody przez skrzyżowania w lukach pomiędzy zawodnikami. Przyznam że pomimo zaufania do tego systemu za każdym razem przy dojeździe do takiego miejsca czułem się lekko nieswojo i zwiększałem czujność. Draftingu prawie nie stwierdziłem. Na drugim odcinku slow motion jadąca przede mną grupa tak jakby trochę coś z tego draftingu wykazywała ale miałem wrażenie że ludzie po prostu nie dają rady się wystarczająco rozstrzelić w tych warunkach. Widziałem też dwa razy zwalniających przy nich sędziach ale było za daleko żeby usłyszeć czy były i jakie uwagi.

Ponieważ na ostatnich kilometrach biegnących przez miasto efekt wiatru słabł, dojazd do T2 był już „czystą przyjemnością’. Pozostaje jakoś pobiec. Stanowiło to dla mnie przede wszystkim zagadkę. Nie dość że nigdy wcześniej nie przejechałem 90 km rowerem za jednym zamachem to nawet na znacznie krótszych dystansach zrobiłem zaledwie kilka zakładek. Dojechawszy do strefy gdzie trzeba było dobiec z rowerem ze dwieście metrów do stojaka, stwierdziłem jednak że nie jest źle. Trzeba tylko wsmyknąć się na chwilę do Toi Toia, który zaprzątał mi umysł od dobrych paru kilometrów. Przepakowałem ostatni worek, zaliczyłem kibelek i w drogę. A ta jakby wyrzeźbiona pod dobry rozruch. Pierwsze kilkaset metrów to łagodny zbieg, akurat żeby wpaść na właściwy rytm bez nadmiernego katowania pulsu. Następnie po dobiegnięciu do jeziora, czekały mnie cztery pętle dookoła maltańskiego akwenu. Z zasady bieganie czy jeżdżenie w kółko nie należą do moich ulubionych ale jak się nie ma co się lubi….., poza tym na poprzednich zawodach na dystansie olimpijskim pętli biegowych było aż osiem i było to bardziej zadanie matematyczne niż fizyczne. Tak czy owak tu było mniej. Krążenie wokół jeziora maltańskiego okazało się jednak być bardzo przyjemne. Człowiek się nie nudził ani przez pięć minut. Po pierwsze aż trzy MOP-y (miejsce obsługi pasażerów) po drodze i to full wypas z prysznicem włącznie. Jeśli chodzi o kulinarne specjały upatrzyłem sobie żele firmy Ale z których „skorzystałem’ już podczas etapu kolarskiego. Ponieważ wyposażony byłem w swoje Vitargo do którego przyzwyczaiłem już swój organizm o ile można się przyzwyczaić do ohydnie słodkiej, kleistej mazi, nie zdecydowałem się przerzucić na Ale aż do ostatniej pętli i ostatnich punktów żywieniowych. Oczywiście pobieranie żeli na kilkanaście minut przed ukończeniem zawodów ma dla samych zawodów znaczenie dyskusyjne ale mój plan poboru był zgoła inny. W końcu w domu się nie przelewa, sezon się nie skończył, będzie jak znalazł na kolejne zawody. Jak dają to trzeba brać – jak z owym smalcem z początku wpisu. W istocie rzeczy jeśli chodzi o ten bieg, żele wydawane w punktach żywieniowy raczej negatywnie wpłynęły na moje osiągi – trochę mnie dociążyły ;-). Wypada jednak pochwalić pojemność kieszeni w stroju AT. Walki o ogień nie było. Kilkaset metrów za pierwszym MOP-em licząc od startu do biegu, pojawiał się pierwszy, ogólnie zaś było ich zgodnie z liczbą dyscyplin trzy. Dobiegając do nawrotu w kierunku miejsca finiszu, do uszu zaczęło przedostawać się ostre dudnienie perkusji w połączeniu z rzężeniem gitar. To pierwsza z dwóch, grupa heavy metalowa zagrzewała do boju. Brak muzyki własnej wreszcie został zrekompensowany. Drugie rydwany ognia można było spotkać dwa kilometry dalej. W tym przypadku chłopcy dawali ognia utworem Highway to Hell i robili to z takim czadem, że wystarczyłoby na całe pięciokilometrowe okrążenie. Dla mnie bomba, mniej dla moich pań które stacjonowały nieopodal tego miejsca i nauczyły się każdego taktu z tego utworu na pamięć. Ale to nie koniec, kolejne kilkaset metrów i słychać było narastający łoskot tłuczonego z pełną energią kijem garnka. W tym samym miejscu jak się okazało rezydował już z wielką łapą wspomniany Mkon. W pierwszej chwili myślałem że owa rozpłaszczoną łapa to efekt biegania w miejscu niewskazanym i zmiażdżenia dłoni przez walec drogowy. Jednak był to rekwizyt wspomagający doping, którym Marcin zagrzewał do walki. Było bosko, aż nogi same rwały się do biegu. Zaraz potem wbiegało się do strefy mety gdzie gorąca atmosfera znowu dodawała skrzydeł. Za strefą mety następowało uspokojenie poprzedzone jedynym na tej trasie podbiegiem. Bieg po tej stronie jeziora był tym gorszym odcinkiem pod względem atrakcji, choć nie brakło przybijających piątki i drących się stymulująco kibiców. Spotkałem kolejnego członka AT albo raczej zostałem przez niego wyprzedzony. Jak się okazało aż czterech z „nas’ ukończyło zawody w przedziale 8 minut.

Dzięki córce która za każdym mijaniem pytała się ile jeszcze kółek mi zostało, miałem poczucie dobrej orientacji w czasie i przestrzeni i kiedy rozpocząłem ostatnie okrążenie a moje Panie ruszyły w kierunku mety opuszczając rockowy koncert jednego utworu, zacząłem powoli oswajać się z poczuciem że to już koniec imprezy. Wypadało coś z tym zrobić. Jako że nie czułem wyczerpania i nie musiałem się zmuszać do zadowolonej miny przecinając linię mety, stwierdziłem że to za mało. Postanowiłem skończyć nie tylko zadowolony ale w miarę odświeżony. Na ostatnim MOP-ie postanowiłem wziąć solidny prysznic. Jak pomyślałem tak zrobiłem i po kilkunastu sekundach spędzonych pod prysznicem ( cóż za niewybaczalna strata !) biegnąc dalej, poczułem towarzystwo. Jakiś młody człowiek dołączył do mnie i biegł ramię w ramię. Sto, dwieście, trzysta metrów – biegniemy razem. Zerkałem na niego nieswojo. Czyżby moja kąpiel sprawiła że stałem się aż tak pociągający? Do mety pozostało nie więcej niż drugie tyle. Jak się zachować kiedy wbiegniemy razem, w stosunku do niego, żony ? Na szczęście ten sam prysznic który wpakował mnie w tę nieco kłopotliwą sytuację, również mnie z niej wybawił. Pod wpływem rozmiękczenia wodą rozwiązały mi się sznurówki w obydwu butach co groziło upadkiem. Opuściłem więc mojego towarzysza, zatrzymując się aby zasznurować buty. Żeby skompensować dwie przerwy, na metę wbiegłem żwawiej. Uczucie euforii nie zdążyło mi się udzielić bo natychmiast wpadłem w panikę. Dlaczego ja się tak dobrze czuję? Już wiem, na pewno źle policzyłem pętle i  skończyłem przed pełnym dystansem. Na szczęście wszystko było w porządku.

Jaskiniowcy chodzili na siłkę wieczorami. Napisane – Kwiecień  2015

 

W trakcie  poszukiwania odpowiedzi na pytanie jak  zyskać lub chociażby   nie tracić ( z wiekiem)  na sile,  aby wpadać na metę zawodów triathlonowych roześmianym i dźwigać jak najwięcej zdobytych trofeów, natrafiłem na naukowo  opisane zależności pomiędzy dwoma enzymami które odpowiedzialne są w naszym organizmie,   jeden za  wytrzymałość ( Activated Protein Kinase)  i drugi za siłę (mTORC1) . Efektem tych zależności ma być blokowanie działania enzymu „siłowego”  podczas aktywności enzymu „wytrzymałościowego” i  odwrotnie.  Nie będę opisywał szczegółów bo na pewno coś bym poprzekręcał. Przekładając to na trening,  nie powinniśmy wykonywać ćwiczeń siłowych przed pływaniem, biegiem czy rowerem ale po i to w znacznym oddaleniu czasowym. Mowa jest o zatem zestawie poranny trening  bieg, rower, pływanie i wieczorny trening  siłowy.  Pierwsza cześć bardzo mi pasuje bo co do zasady trenuję zanim obudzę koguta, który budzi resztę społeczeństwa. Gorzej z tym wieczornym treningiem siłowym bo ja wtedy preferuję  wyłącznie sporty grupowe godzinami oglądając zawody tenisowe w telewizji.

Nie wiem do jakiego stopnia wierzyć tym wskazówkom, tym bardziej,  iż stoją one w sprzeczności z wcześniej nabytą  wiedzą zgodnie z którą trening siłowy powinien być pierwszy. Autorzy materiału w zgodzie z trendami odwołują  się  do praprzyczyny w postaci  naszych przodków,  którzy nam podobno zafundowali taki a nie inny genetycznie uwarunkowany układ. Otóż, uganiając się całymi dniami za zwierzyną przyblokowali sobie „efekt siłowy’ aby nie nabijać mięśni i nie  zużywać w związku z tym za wiele energii. Może ( tu już mój wkład twórczy do tej naukowej teorii) chodziło też o to żeby polując nie tłukli się nawzajem tak jak to ma miejsce dzisiaj chociażby między PIS i PO. No ale po zakończeniu polowania mogli zacząć prężyć muskuły przed swoimi lub cudzymi kobietami, podnosząc kamienie lub też naparzając się maczugami w celu zbudowania masy. Do tego jeszcze się nażarli wysokobiałkowymi produktami co nabijało im mięśnie wieczorami przy gitarze. Odwoływanie się do  powrotu do naszych przodków w dziedzinie zdrowia jest bardzo ostatnio  rozwinięte- stąd miedzy innymi diety paleo i teoria że jesteśmy natural born runners.

I w tym wszystkim zadaję sobie jeszcze jedno pytanie. Jak ta teoria ma zastosowanie w przypadku kobiet,  których rola społeczna w tamtych czasach nie była związana ani z polowaniem, ani dźwiganiem kamieni ani laniem się po pysku choć w tym ostatnim przypadku chyba można by uczynić wyjątek na lanie po pysku niesubordynowanego partnera. Pozostaje jeszcze jednak pytanie  czy zajęcia domowe także u kobiet wytworzyły efekt działania w ciągu dnia enzymu wytrzymałościowego i blokowania siłowego do czasu powrotu chłopaków z polowania. Przypomniała mi się jednak słyszana kilka razy formuła „ ja już nie wytrzymam z tym bachorem” stosowana przez matki do opisywani swoich codziennych kontaktów z wychowywanymi pociechami. I to może być kluczem do uzupełnienia teorii i zrównania wpływu dziedzictwa naszych jaskiniowych przodków zarówno na dzisiejszych triathlonistów jak i triathlonistki.

Poparzeni lodem. Napisane – marzec 2015

 

Jest taki stary kawał o murzynie który leżąc pod drzewem nagabywany jest przez bogatego biznesmena jak marnuje życie nie zarabiając pieniędzy za które mógłby wiele kupić. Puenta jest taka że biznesmen wymieniwszy liczne dobra warte pieniędzy które w życiu zarobił,  dochodzi do momentu w którym znalazł się w tym samym miejscu co murzyn słono jednak wcześniej  opłaciwszy swoją wycieczkę.

Triathlonista też musi  przejść zazwyczaj długą drogę żeby „położyć się  pod  drzewem”. No bo w końcu nie po to  ruszył się z kanapy żeby z powrotem na niej zalegnąć. Ale w sukurs przychodzi mu magiczne i naukowo potwierdzone słowo „regeneracja”. Rzecz więc będzie o „ regeneracji’ w środku okresu  zwiększania mocy treningowej.

Już po raz piąty udałem się na trzydniowy ‚camp’ do Holandii organizowany cyklicznie co dwa lata  do urokliwego miejsca zwanego Port Zelande nad Morzem Północnym. Marcowy zazwyczaj week -end,  gromadzi w rozlegle położonym ośrodku ponad 3 tysiące entuzjastów intensywnych doznań w raczej lodowatych   jeśli chodzi o temperaturę warunkach. Nie przeszkadza to jednak spędzić codziennie kilku godzin w wodzie, na rowerze jak i biegając. Atmosfera jest gorąca od piątkowego popołudnia aż po środek nocy z niedzieli na poniedziałek kiedy to zmęczone acz tryskające ciągle energią towarzystwo udaje się na spoczynek przed poniedziałkowym rozjazdem do domów.

Na miejsce udaliśmy się rodzinnie samochodem , zatrzymując się sentymentalnie  na nocleg w niedalekiej  Antwerpii gdzie w ramach przygotowań do” biegu głównego” jaki mnie czekał w Port Zelande, wykonałem drugi już pokontuzyjny trucht. Po parunastu minutach dopadł mnie ból kontuzjowanej stopy, jednak głównie w miejscu które do tej pory przez cały okres kontuzji bólu nie doznało. Dziwne- pomyślałem, nieoptymistyczne- pomyślałem jeszcze później, tym bardziej że ból nasilał się w miarę upływu godzin i przespacerowanych już z rodziną  po Antwerpii kilometrów. Mój optymizm co do powrotu do biegania znacznie się tego dnia zmniejszył  ale postanowiłem nie odbierać sobie radości z wyjazdu.

Po przybyciu  na miejsce w piątek późnym popołudniem,  rzuciliśmy się przede wszystkim żeby zaklepać sobie rowery które udostępniane są na miejscu. Niestety o tej porze  była marna szansa na to że zostały jeszcze jakieś wolne co się potwierdziło. Coś się wykombinuje i będzie dobrze skonstatowałem na bazie doświadczeń z  ubiegłych lat. Nastąpiła lustracja akwenu w temperaturze powietrza ok.  3 stopni  i słabej widoczności pierwszej bojki. Bez niespodzianek.

Najpierw jednak opiszę bieg,  bo to doświadczenie silnie zakotwiczyło się licznymi meandrami w moim umyśle. Dwa lata wcześniej nie brałem udziału w biegu jako że w tym czasie biegaczy uważałem za inną „rasę”. Moja wyobraźnia i obserwacje z tamtego czasu umiejscawiały  jednak ten   bieg w skali rozrywkowej przebieżki raczej skacowanego towarzystwa. Pasowało to zresztą do rekreacji  jako zadania bodźcowego na ten weekend.Z takim nastawieniem udałem się na miejsce zbiórki na którym oprócz zawodników tłoczyli się kibice. Media też były obecne w oczekiwaniu na leadera biegu.

Punktualnie o 10.30 jak było wyznaczone pojawił się rzeczony leader – Mark Kelly w czarnym stroju z zielonymi wstawkami. Kilka pamiątkowych zdjęć  sprawdzenie  identyfikatorów i  ruszyliśmy. Moje wyobrażenie o luźnym biegu szybko minęło. Jak na mnie 5 km w 25 minut  ( Mark nam zrobił parunastu sekundową przerwę na nawrocie) po tylu miesiącach niebiegania oznaczało poważny wysiłek. Jakoś jednak dotrwałem do końca choć miny nie miałem zbyt tęgiej. Usprawiedliwieniem było to co zweryfikowałem w statystykach biegu. Nigdy nie zmierzyłem sobie maksymalnego pulsu a z formuły wiekowej wychodzi mi w okolicach 170.  Po sprawdzeniu  jak przebiegł bieg,  wyszło że poziom ten osiągnąłem w trakcie pierwszego kilometra a od trzeciego   przekraczałem 180 z porywami do 185!

No cóż, jak przekonał się kawałowy bizensemen, regeneracja często kosztuje. Po ochłonięciu  z adrenaliny biegowej z przerażeniem przypomniałem sobie o stopie. O dziwo stopa przetrwała ten intensywny jak by nie było dla mnie  bieg bez szwanku a po bólu z Antwerpii nie pozostało ani śladu. Hasło regeneracja zadziałało więc  świetnie.  Nie mniej jednak  porzuciłem myśli o wchodzeniu do lodowatej wody,  zadowalając się tym co stanowi ulubioną rozrywkę wielu uczestników  zjazdu w Port Zelande a więc rafting  na otwartym powietrzu ale za to w gorącej wodzie w basenowym kompleksie jaki znajduje się w ośrodku.  Rowery też mnie już jakoś nie ciągnęły pomimo że pojawiły się licznie w strefie zmian.

Oddaliśmy się w pełni regeneracji  której głównym coachem był Steve Hogarth. Jako że tradycyjnie w  tym czasie przypadają moje urodziny,  grupa trenerów stanęła na poziomie czego efektem pisemne życzenia.  Uprzejmości zostały odwzajemnione pamiątkowym zdjęciem na tle dużych chłopców.  No i  trzema  nocami  wspólnej zabawy.

Może to nie obóz triathlonowy na Majorce  lub inne „Kanary”  ale ślady i motywacja po  wydarzeniu jakim jest trzydniowy koncert mojej ukochanej grupy Marillion, połączony z totalnym relaksem i luzem, wśród mnóstwa fajnych ludzi  jak zwykle  wystarczą mi na długo,  znacznie dłużej niż przetrwa  napis który w trakcie pobytu ktoś wyrzeźbił na piasku.

Walka z rozcięgnem podeszwowym.

Napisane – listopad 2014

Przez ostatnie siedem miesięcy tyle się naczytałem o rozcięgnie podeszwowym, że mógłbym z tego złożyć niezłej objętości książkę. Z drugiej strony jednak patrząc, byłaby to bardzo skromna objętość jeśli chodzi o niepowtarzalną treść. W większości każdy piszący, czy to amator z przypadłością  czy człowiek z branży medycznej lub sportowej pisze te same rzeczy podstawowe al a Wikipedia, co to jest (skąd się bierze), z czym się to  je (co z tym zrobić) itd. Niby o to właśnie chodzi, w końcu jak każda kontuzja, ta także ma swoją przyczynę (wymienianych jest sporo różnych), swój skutek (ból przeszkadzający nie tylko trenować ale i normalnie funkcjonować) i swoje metody leczenia (też krąży ich sporo).

Specyficzne są relacje tych którym przyszło spotkać na swojej drodze rozcięgno a raczej kontuzję tegoż. Otóż w żaden sposób nie da się wywieść co tak naprawdę skuteczne leczy to draństwo, natomiast da się z tego wywieść że jest to doskonała okazja na wypróbowanie wielu metod, wydanie mnóstwa kasy, poznanie wielu lekarzy i fizjoterapeutów oraz odkrycie całego szeregu przedmiotów o których istnieniu człowiek wcześniej nie  miał zielonego pojęcia. Po miesiącach zajęć praktyczno- technicznych oraz pogłębionych studiów internetowo  teoretycznych w zakresie tego czym można próbować pacyfikować kłopotliwe rozcięgno i wreszcie spotkania z lekarzem ( ups. Dlaczego w tej kolejności ?? Napiszę na końcu), postanowiłem dołączyć do grona dostawców  treści traktujących o tej  przypadłości do przestrzeni publicznej. Aby nie powielać treści już opublikowanych, po prostu opiszę  swoje dotychczasowe doświadczenia  starając się też unikać medycznych opisów problemu których dziesiątki można znaleźć za jednym kliknięciem w internetową wyszukiwarkę.

Kontuzja  rozcięgna   Co to jest ?

Mój przypadek narzuca porównanie do spotkanej fascynacji ( ja biegam !!!)  która,  kiedy już wdepnąłem w nią po uszy  i przesłoniła mi pół świata,  dała mi bolesnego kopa tyle że bezpośrednio rażone nie były inne zazwyczaj kojarzące się z kopem części ciała ale stopa. Po czterech miesiącach  biegania od podstaw, zera itd. kiedy z lekkością przebiegłem swój pierwszy dystans przekraczający 20 km, przebiegłem pierwsze 10 km  na zawodach i z pełnym zapałem przygotowywałem się do kolejnych startów  „dostałem  po stopach ” tak że aż mi  w piety poszło. Na szczęście ( być może) jedna z tych pięt jakoś  się obroniła po kilku dniach sama i do dziś pozostała mi zabawa z drugą.

Z czym to się je?

Zacząłem od statystycznie powtarzających się w 95 % składników polecanych w Internecie co nie znaczy że tylko przez amatorów zabawy ale także świat medyczny, naukowy i terapeutyczny.  A więc masowanie stopy piłką, butelką z  lodem, rozciąganie zaraz po wstaniu z łóżka paskiem albo gumą, wznoszenie się na stopniu na schodach na stopie opartej do połowy ( bez pięty) i wreszcie masaż śródstopia. Jako zwolennik lodów najdłużej zasmakowałem w butelce z lodem – praktykowałem tę  operację dwa lub nawet trzy razy dziennie przez 5 miesięcy. Masowanie piłką tenisową  jako stosującemu ten przedmiot do innego celu ( odbijania rakietą) nie przypadło mi  do gustu szczególnie że za każdym razem po takim zabiegu bolało mnie dwa razy bardziej niż przed. Po kilkunastu dniach zarzuciłem ten proceder aby od czasu do czasu do niego powrócić  przekonując się że moje odczucia i uczucia do niego się nie zmieniają. Podobnie z bujaniem się na schodach z tym że ponieważ po tym zabiegu bolało mnie cztery razy bardziej niż przed,  skończyłem z nim jeszcze szybciej.  Rozciąganie po  przebudzeniu jako ze dawało podobny efekt ulgi jak butelka, praktykowałem mniej więcej tyle samo co butelkę. Długo też masowałem sobie regularnie śródstopie i tu muszę powiedzieć że po jakichś 8 tygodniach przestałem czuć ból w trakcie masowania. Może wymasowałem sobie jakąś martwicę w tym miejscu bo zasadniczy ból ( bez masowania) pozostał,  Wchodzenie głębiej w temat zaowocowało dość wcześnie bo  już pod dwóch tygodniach  nowymi praktykami. Pierwsza za duża kasę – fala uderzeniowa w serii. Ten zabieg ma tak cudowne właściwości jak walenie młotkiem w palec. Ulga jest jak się nie trafi   w przypadku palca i młotka  a  w przypadku fali jak terapeuta wyłącza urządzenie,  bo po bólu jakiego się doznaje w trakcie zabiegu codzienny ból rozcięgna  jest jak łaskotka. I może o to chodzi. W końcu odwracanie uwagi od problemu też jest jakimś sposobem na jego rozwiązanie. Następnie przyszła kolej na zakupy kolejnych składników potrawy podeszwowej. Skarpeta bez palców ale za to z cudownego materiału ściągająco rozciągającego, którą nosiłem dzień i noc. Taśmy Kinesio  przyklejane różnymi technikami , poprzedzone  zwykłym plastrem. Różnica między jednym a drugim oprócz ceny ( plaster jest oczywiście znacznie tańszy) jest taka,  że podczas gdy  plaster odlepia się zaraz po wejściu do wody, taśmy Kinezio odlepiają się w połowie pływackiego dystansu 1/4 IM powiewając radośnie do końca pływania oraz zanim dotrę do strefy zmian i je odkleję  do końca.

Następnym rewelacyjnym zakupem był foam roller czyli wałek do automasażu. Akurat kiedy go kupiłem przeczytałem książkę  tenisisty Nowaka Djkovica który okazał się być wielbicielem jeżdżenia po wałku. Tak więc z zapałem i nie ukrywam z przyjemnością wałkowałem się od połowy czerwca  do połowy września. Rozcięgno oczywiście oparło się wałkowi ale chyba tak jak makaron dobrze rozwałkowany jest sprężysty i jędrny tak i ja się czułem po wałku więc wałkowałem.

Bardzo „fajne”  w  sumie w tym rozcięgnie jest to że  człowiek coraz głębiej wchodząc w temat odkrywa coraz to nowe przejawy ludzkiej inwencji i  przedmioty które może sobie kupić. Trochę więc się waham czy podawanie ich wszystkich w jednym miejscu ( ja nie trafiłem nigdzie na taki jednorodny zbiór) nie odbierze przyjemności moim ewentualnym następcom .  Zastrzegam jedynie że niektóre występują dość rzadko w przyrodzie( jak owa skarpeta)  i znalezienie dostawcy wcale nie jest takie łatwe.

Kolejny zakup to opaski kompresyjne na łydki. Dużo o nich czytałem i myślałem w kontekście biegania które musiałem zarzucić ale jak tylko trafiłem na nie jako na przedmiot leczący rozcięgno, nie wahałem się ani chwili. Lubię je,  szczególnie że są odblaskowe i widać  mnie  dobrze jadącego na rowerze ( mama nadzieję że kierowcy nie dostają oczopląsu na widok kręcących się w kółko dużych gabarytowo odblasków). Rozcięgno na pewno nie ma nic na przeciwko moim opaskom bowiem w przeciwieństwie do masowanych piłek tenisowych które są tego samego koloru, nie zwiększa się poziom bólu w przypadku noszenia opasek.

Wypada mi się przyznać że nie wszystko co pomaga na rozcięgno zakupiłem. Nie kupiłem przyrządu do masażu stopy coś a la dwa kółka  na wałku, pałeczki czyli stick(a) a także urządzenia do spania w nocy z nogą w „butoszynie”. W tym ostatnim przypadku obawiałem się pozwu ze strony małżonki gdybym jakimś przypadkiem kopnął ją w czasie snu taką nogą Terminatora. Wreszcie nie kupiłem gumy do nocnego naciągania stopy z podobnego do powyższego powodu. Zwolennicy tych przyrządów zapewne by powiedzieli : i to cię mogło wyleczyć. Pewnie tak ale jako masochista muszę mieć swoje rozcięgno w stanie czynnym.

Wyczerpawszy możliwości dalszych akwizycji ( poza przedmiotami wymienionymi wyżej które mnie jakoś nie kręciły) zwróciłem się w stronę bardziej naturalnych metod. Pierwsza to rozciąganie łydek. Człowiek stoi przy ścianie  i wygląda albo jakby ją dynamicznie  podtrzymywał albo jakby musiał się jej trzymać,  jednocześnie blokując wzmagające się odruchy wymiotne. Oczywiście ten sposób rozciągania poznałem znacznie wcześniej i też go od czasu do czasu  praktykowałem. Ale kiedy przeczytałem że komuś w Internecie nie pomogło nic innego jak właśnie takie co najmniej trzy razy dziennie zmaganie się ze ścianą, dałem się uwieść tej cudownej metodzie. Bolało jak cholera  i to właśnie rozciągana łydka od mojego bolącego rozcięgna,  tym razem mnie to nie speszyło tak jak w przypadku piłki – w końcu przy każdym rozciąganiu ma „trochę” zaboleć zgodnie z teorią.  No cóż,  to była pewna rewolucja  na tle dotychczasowych  praktyk i jako taka po kilku tygodniach musiała się przerodzić w kontrrewolucję. Przyszła więc faza zero rozciągania – rozciąganie jest be!  Muszę przyznać,  że dopóki nie znajdę nowej kontrrewolucji zero rozciągania bardzo dobrze do mnie przemawia. Abstrahując od tego że praktykując  także obecnie nową metodę nie wypada mi na nią psioczyć  ale moim całkowicie nienaukowym umysłem jakoś najbardziej potrafię sobie wytłumaczyć dlaczego nie rozciąga się czegoś co jest naciągnięte, nadszarpnięte i naderwane. W końcu idealna metodą  rozciągania rozcięgna byłoby  bieganie  a jednak jakoś bieganie z kontuzją rozcięgna tej kontuzji nie leczy. Owszem po przebiegnięciu w bólu kilometra z hakiem ból słabnie  tak jak słabnie  ból rozdartej siłą rany która właśnie się zaczęła goić. Tyle tylko że po skończonym biegu znowu boli a żeby zostać XXL  ultra ultra maratończykiem i biegać bez przerwy do końca życia brakuje mi formy.  Dla kompletności obrazu nierozciąganiu towarzyszyło  przez kilka tygodni  uciskanie „triger points” cokolwiek toby znaczyło oraz chwytanie palcami stopy niewielkich przedmiotów oraz zakrojone na szeroką skalę chodzenie na bosaka. Ciekawą sprawą jest to że po miesiącach chodzenia w butach jak najbardziej „przeznaczonych” do tego żeby rozcięgno  i bolącą  za jego sprawą piętę oszczędzać  a także używania specjalnych wkładek które komputer mi przepisał za kilkaset złotych odkryłem że zło dobrem się stało. Otóż jako poczatkujący biegacz chłonący jak gąbka wiedzę na temat nowej fascynacji w pewnym momencie zaciągnąłem też ideę biegania w butach minimalistycznych co się prawdopodobnie okazało gwoździem do trumny a raczej do pięty. Moje New Balance  Vibramy czekały co prawda kilka tygodni grzecznie w szafie  i tylko sporadycznie zakładałem je na próbę parunastominutowych przebieżek ale    w pewnym momencie ogarniętemu  euforią biegową puściły mi hamulce i pewnie pobiegłem o parę kilometrów za dużo.  Teraz nawrócony na minimalizm w postaci chodzenia na boso nie odmówiłem sobie założenia też dla  zabawy porzuconych  po ujawnieniu się kontuzji Vibramów.  Jakież  było moje zdziwienie kiedy te „zło” i przyczyna moich problemów łagodnie oplotły moją stopę i poczułem się  pawie jak stąpający po chmurkach. A poważnie, od tego czasu a minęło już  dwa miesiące chodzę w nich prawie non stop a jak nie mogę bo zbyt sportowe to chodzę w butach z jak najniższą piętą i moja noga wręcz śpiewa z zachwytu. I kolejny „mit” o wkładkach i butach z amortyzacją jako panaceum na rozcięgno  przynajmniej w moim przypadku się obalił. Notabene te ostatnie dwa miesiące  kiedy przestałem robić cokolwiek z wachlarza  rzeczy które robiłem wcześniej, moje „leczenie” osiągnęło największy postęp. Oczywiście rzecz jest prosta. Po ostatnim ( drugim ) starcie w zawodach triathlonowych w tym roku na początku września,   postanowiłem że moja noga nie pobiegnie już więcej póki rozcięgno na dobre nie zaśnie. Wyeliminowawszy w ten sposób element nieuniknionej hipokryzji, gdybym szedł po  leczenie biegając ( nawet w taki ograniczonym zakresie jak zawodowe dwa razy po 10 km), wkroczyłem śmiało do gabinetu z głową pełną tematów do dyskusji z lekarzem na temat skomplikowanej natury rozcięgna i jego leczenia.. Wyszedłem po 3 minutach ze skierowaniem na rentgen trochę smutny że moje tematy nie zaskoczyły,  ale że sam  jestem z natury małomówny,  zrozumiałem że pod drugiej stronie stołu też może siedzieć człowiek czynu a nie pustej gadki. Grzecznie wykonałem rentgen i wróciłem na tym razem dłuższą około 6 minutową wizytę trwającą tyle głownie z powodu tego że zawiesił się system komputerowy w lecznicy ( skąd my to znamy szczególnie po ostatnich wyborach). Wynik badania rentgenowskiego oczywiście bez rewelacji ( niewielka ostroga piętowa) aczkolwiek jak dla mnie całkiem przyjemny no bo niewielka to znaczy dająca większą nadzieję. No cóż teraz czeka mnie cykl kilkunastu  zabiegów terapeutycznych . Wobec dziesiątek godzin samoterapii wygląda to na cudowny środek ale przecież medycyna wielką jest i cudowną.

Tak naprawdę jednak to  dzięki swojemu niebiegowemu  postanowieniu empirycznie  poznaję  truizm,  który być może zaoszczędziłby mi fatygi zdobywania wiedzy,  przedmiotów oraz czasu poświęconego na zajmowanie się swoim ciałem  w kierunku eliminacji problemu z rozcięgnem. Im mniej używa się nogi tym lepiej dla rozcięgna. Ostatnio,  kiedy jest ono ( tfu tfu) prawie na granicy  braku bólu i coraz częściej prawie o nim zapominam,  nawet basen podkręca ból do bardziej wyczuwalnego.  Nie powiem że tego nie wiedziałem że trzeba odpuścić, nie powiem też że nie byłem świadomy że szybciej się z tym uporam jak przestanę tę nogę eksploatować. Prawdą  jest też jednak że nawet normalne chodzenie nie sprzyja leczeniu rozcięgna a wiele nabywa ten problem chociaż wcale nie biegają.  I wreszcie nie  byłem jedyny bo wiele razy czytałem o ludziach którzy mimo problemów z rozcięgnem  trenują  i biegają.  No coż idea Ironmana obliguje do tego żeby być twardym a nie wieszać nogę na haku na parę tygodni. Ale o tym już każdy musi decydować samodzielnie i ponosić tego konsekwencje.

Początki

Swoją przygodę z triathlonem rozpocząłem  będąc rok starszy niż gdy robiła to  słynna triathlonowa zakonnica w osobie Madonny Buder (to jest w wieku 53 lat) , ale tak jak ona planowałem  start w pierwszym ironie mając 55 lat co wyznaczało  sezon 2016. Kiedy  robiłem te plany  w 2014 roku,  miałem   za sobą pierwszą triathlonową  „ćwiartkę” i pierwszy dystans olimpijski. Napisałem  wtedy na blogu w jednym z portali triathlonowych:

Odpowiedzi na pytanie dlaczego triathlon  jest zapewne tyle ile osób uprawiających ten sport. Żeby jednak zawęzić temat, uściślam pytanie. Dlaczego człowiek   w wieku dawno już nie sportowym nagle zabiera się za uprawianie  i to nie jednej dyscypliny ale trzech i to naraz w obrębie jednego startu? Pierwsza odpowiedź-  jest wiele takich osób,  więc trzeba zapomnieć o „byciu wyjątkowym” choć oczywiście na tle przeciętnej, średniej krajowej czy jak ją tam zwał na pewno coś w tej wyjątkowości jest. Ale im prędzej się tego pozbędziesz tym lepiej. No bo nawet jak znajomi poklepią cię po  ramionach kiedy dowiedzą się o Twoich kolejnych  zaliczonych startach i wyrażą swój podziw, potrwa to krótko i na pewno nie wystarczy do tego aby katować się codziennie na treningach ( to  że nie trzeba się katować to inna sprawa) co więcej odmawiając tym znajomym w tym czasie udziału w dużo mniej sportowych rozrywkach. Poza tym triathlon od pewnego czasu w Polsce zmienił się z elitarnego na medialny. Cóż to za wyczyn ukończyć 1/2 Ironmana ( 1,9 km pływanie,90 km rower, 21 + km bieg) jeśli rok rocznie całkiem nowa grupka wyciągniętych znikąd ( w sensie sportowym) celebrytów po parumiesięcznych przygotowaniach kończy ten dystans. Trąci to trochę tańcem z gwiazdami albo inną tego typu imprezą. Z innego punktu widzenia z kolei,  co to za wyczyn ukończyć stosowne dystanse  z czasem kilka godzin gorszym od  zawodników,  uświadamiając sobie że choćbyś flaki z siebie wypruł to i tak  będziesz wbiegał na metę kiedy oni będą po długim i  obfitym obiedzie delektować się zimnym piwem ( choć  pytanie oczywiście czy będą)

Aby uprawiać triathlon  trzeba sobie to wszystko przewartościować i dobrze poukładać w głowie. Oczywiście na początku wszystkie bodźce są pożądane nawet te podświadome. Patrząc na swój przypadek, ewidentnie moje wejście w świat triathlonu nastąpiło za sprawą wszędobylskiej reklamy i marketingu. Moja wiedza o tej dyscyplinie była prawie zerowa, cośkolwiek jej  liznąłem z okazji obozowych zawodów dziecka. Zapytany o Ironamana, bez wahania wskazałbym na superprodukcje – filmy z udziałem Roberta Downey’a Juniora. Chodząc na basen nie mogłem jednak uniknąć bombardowania mnie informacjami na plakatach  o szkołach i kursach triathlonu które z każdego zdolne były uczynić żelaznego człowieka. W pewnym momencie zacząłem się zastanawiać czy z faktu że ( prawie) za każdym razem na przydzielonej mi szafce w przebieralni przyklejona jest ulotka szkoły triathlonowej nie wynika jakaś misja dla mnie. Wreszcie poddałem się. Zrobiłem milowy krok, choć nie w postaci uczestnictwa w kursie,  zacząłem jednak biegać. Była to z trzech,  jedyna dyscyplina z którą nigdy ( odkąd przestałem jeździć autobusami) nie miałem do czynienia. Co więcej serdecznie nienawidziłem biegania tak zresztą jak nienawidzi jedzenia dziecko – bez próbowania.

Tak więc zadziałał na mnie typowy bodziec z dzisiejszego przeładowanego marketingiem  świata. Zostawmy to, początek nieważny.  Moja niewiedza o triathlonie dawała mi jakieś intrygujące sygnały których nie potrafiłem rozczytać a które dopiero po jakimś czasie okazały się jak najbardziej prawdziwe. Pierwszy z nich jest taki że  specyfiką triathlonu jest to że startujesz razem z zawodowcami ( jest tak jeszcze w biegach długodystansowych). Pozwala Ci to poczuć się prawdziwym sportowcem. Dla kogoś kto wyczynowo sportu nigdy nie uprawiał ( jak ja) albo dla kogoś kto dawno już o tym zapomniał, jest to z pewnością atut uprawiania  tej dyscypliny.   Fajnie jest uczestniczyć w  prawdziwych zawodach,  kiedy wstajesz  się z kanapy przed telewizorem i wchodzisz do tego pudełka w którym jest relacja z zawodów. Jesteś traktowany ( prawie) jak zawodnik, ludzie Ci kibicują, wbiegasz na metę i dostajesz taki sam medal. Czujesz całą atmosferę wielkiej imprezy sportowej a  zawody triathlonowe potrafią być naprawdę wielkimi imprezami choćby z racji coraz większej ilości uczestników. Starczy ? Chyba nie. Może na pierwsze miesiące i parę pierwszych startów. Sygnał drugi- w triathlonie odnajdziesz wiele inspirujących historii ludzkich.  Mówię tu o zwykłych ludziach, nie sportowcach typu L:ance Armstrong czy Oskar Pistorius. Ten pierwszy choć z pewnością mógłby swoją historią inspirować – przecież wrócił na tor po walce z rakiem – nie wytrzymał presji na wynik ( nigdy nie poddawaj się tej presji niezależnie od poziomu) i czar prysł. W przypadku tego drugiego sprawa jest dużo bardziej skomplikowana ale też nie wygląda najlepiej.

Odwołam się do trzech  napotkanych inspiracji triathlonowych. Siostra Madonna Buder – człowiek legenda triathlonu – wszystko znajdziesz wpisując jej nazwisko w przeglądarce internetowej. Przygotowując się do swojego pierwszego startu  przeczytałem książkę mistrzyni świata Chrissie Wellington zatytułowaną Bez ograniczeń. Pomijając fakt że stałą się zawodniczką profesjonalnie uprawiającą triathlon  i zwyciężającą na całej linii (odzyskany kanapowiec w wieku pośrednim nie ma na to szans) cała reszta ( też) to naprawdę inspirująca historia. I z naszego podwórka – historia która mnie zafascynowała  znajduje się tutaj   http://strakman.com/ultraman2014-1/ . Poznając te historie człowiek trenujący do triathlonu powinien zobaczyć dużo więcej rzeczy które nadadzą sens temu co robi.

Triafterfifty – Nie ma muszę!!!

Małe podsumowanie na koniec 2018 roku.

W w 2013 roku po trzech miesiącach systematycznych ćwiczeń biegowych, udało mi się przebiec na raz 3 kilometry. Zacząłem gdzieś w październiku tamtego  roku, początkowo bez zadyszki pokonując kilkaset metrów. W kolejnym roku kontuzja wyłączyła mnie na 11 miesięcy z biegania. Odkryłem jednak w międzyczasie triathlon. Od tego czasu ukończyłem trzy razy triathlon dystans Ironman, sześć razy triathlon dystans 1/2 Ironman. trzy razy triathlon dystans olimpijski, pięć razy triathlon dystans 1/4 Ironman,jeden ultramaraton, cztery maratony , pięć półmaratonów i różne zawody na 10 i 5 km.
Zaczynałem mając 53 lata . Chyba można.