Augustów- „socjalne zawody”

Start w Augustowie, równo tydzień po Ślesinie potraktowałem w pierwszej kolejności głównie jako powód do spędzenia kilku dni na działce na Mazurach oraz okazję do spotkania ze znajomym trathlonistą. Pierwszy element nie wyszedł mi za bardzo,  bo z powodu ograniczeń czasowych, mój pobyt na działce ograniczył się do jednej nocy i poprzedzającej ją połowy dnia spędzonej na koszeniu trawy. Wiedziałem że ta trawa może mnie trochę sponiewierać przed startem tym bardziej że był upał. Założyłem że start też będzie w wysokiej temperaturze,  tak więc dołożyłem sobie jeszcze do „pieca” i po skończonej pracy pogrzałem się jeszcze na leżaku. W nocy przyszła potężna burza i temperatura spadła radykalnie. Do Augustowa dotarłem  w blasku błyskawic  i kończącej się ulewy. Na szczęście start zapowiadał się już bez deszczu a utrzymujące się ciepło w gruncie,  szybko odparowywało pozostałości po ulewie. Kilka godzin pozostałych do startu spędziłem na pogaduszkach ze starymi i nowo poznanymi tritowarzyszami. Po Ślesinie gdzie błąkałem się sam jak kołek, Augustów eksplodował socjalną aktywnością. Socjalny aspekt zwodów zawsze jest doceniany w społeczności. Mi jakoś jednak ciężko wychodzi nawiązywanie znajomości i kiedy jadę na zawody sam bez rodziny to często nie czuję tego socjalnego elementu. Poza tym na długich dystansach jakie przeważały w moim wydaniu w ostatnich latach, starty o świcie i kończenie wieczorem nie dają okazji do celebrowania zawodów z pozycji towarzysko rozrywkowej. Na krótkim dystansie tego czasu jest mnóstwo bo startuje się późno i kończy wcześnie. No ale jak za bardzo nie ma do kogo gęby otworzyć to tym bardziej szkoda. W Augustowie tego problemu nie było. Sam start był więc w pewnym sensie epizodem całej wyprawy tym bardziej  że to już trzeci w ciągu czterech tygodni. Po raz kolejny specjalnym elementem także i  tego startu był etap pływacki. Start falowy tym razem był więc nie było zamieszania jak w Ślesinie ale po raz pierwszy na zawodach startowałem bez pianki. Woda miała 23 stopnie i organizatorzy zachęcali do tego by nie grzać się w piankach. Nie mniej większość zdecydowała się jednak te pianki  ubrać.  Ja się jakiś czas wahałem. Był to dla mnie ciężki wybór bo moje czasy w piance i bez wydawały mi się zawsze kosmicznie inne. Nie pływałem nigdy w piance na basenie,  więc dokładnej różnicy nigdy nie zmierzyłem, nie mniej jednak wyniki danego dystansu na zawodach w porównaniu z takim samym dystansem przepłyniętym na basenie bez pianki dawały mi poczucie że w piance płynę dużo szybciej. Zresztą wystarczyło porównanie pływania na basenie w neoprenowych spodenkach i w normalnych a już ta różnica była znacząca. Mimo wszystko postanowiłem jednak spróbować, wybierając opcję gdzieś po środku bo akurat miałem ze sobą swoje neoprenowe spodenki. Jeśli chodzi o czas pływania to na tak krótkim dystansie nie zakładałem że zbyt dużo stracę a poza tym wiedziałem że trochę  zaoszczędzę czasu normalnie potrzebnego  do zdejmowania pianki.  Po parogodzinnym koszeniu dnia poprzedniego, dziwnie mocno czułem przemierzony w jego trakcie dystans więc i tak wydawało mi się że za bardzo w tym Augustowie nie powalczę i nie liczyłem na poprawę wyniku ze Ślesina który i tak wydawał mi się nieźle wyśrubowany jak na mój stan i możliwości. Tak też się stało, wyniku nie poprawiłem ale znowu nie był on tak nominalnie dużo gorszy bo tylko około minuty a biorąc pod uwagę niedomierzony dystans biegowy w Ślesinie być może suma summarum Augustów był nawet realnie  szybszy. Porównywanie zawodów do siebie jest obarczone dużym marginesem błędu szczególnie jak się nie ma precyzyjnych narzędzi do pomiaru. Ja takowych nie posiadam. Po raz kolejny bardzo byłem zadowolony ze swojego stanu na koniec zawodów a również po nich. Nie „zajechałem” się i to sobie cenię nawet jeśli zajechanie mogłoby oznaczać tak jak w Augustowie 1 miejsce na pudle ( zabrakło mi niecałe trzy minuty do zwycięzcy). Moje drugie miejsce na kilkunastu startujących w mojej dużej kategorii ( 10 lat) w której  jestem już w przedostatnim roku  oraz uplasowanie się w środku całej stawki w zupełności mnie satysfakcjonuje. Teraz miesięczna przerwa i kolejne zawody na „moich śmieciach” w Gołdapi.

Ślesin- nowy wymiar „pralki”

Jak do tej pory największą tzw. „pralkę” na dystansie pływackim przeżyłem kilka lat temu w Piasecznie. Malutki akwen sprawił że tłum zawodników nie był w stanie przemieszczać się płynnie a na bojach nawrotowych ścisk panował taki,  że praktycznie „płynęło” się w pionie. To plus moje indywidualne przypadki na wielu zawodach, kiedy to raz po raz zaliczałem potężne kopnięcia w twarz, wręcz odstręczało mnie od startów na krótszych dystansach. Te dłuższe na ogół mniej okupowane dawały szanse na unikniecie twardych spotkań w wodzie. Zapisawszy się na zawody 1/8 IM z ulgą przyjąłem informację o wprowadzeniu w tegorocznym cyklu Garmin Iron Triathlon  zasady startów falowych polegających na wpuszczaniu do wody zawodników mniejszymi grupami zgodnie z zadeklarowanym czasem pokonania dystansu. Jak się okazało jednak w Ślesinie, zasada dopuszcza wyjątki. Specyficzny układ płynięcia przez dwa połączone kanałem jeziora, sprawił że na pierwszy plan wysunął się tenże właśnie kanał. Zawodnicy dłuższych dystansów mieli swój start falowy a my zostaliśmy stłoczeni wszyscy razem przed kanałem łączącym oba jeziora skąd startowaliśmy wszyscy razem z wody. Parędziesiąt metrów po starcie, akwen się zwęża jako że zaczyna się kanał i przez kolejne 150 metrów nie ma szans na jakiekolwiek rozpłynięcie się na boki. Jedyna ucieczka to do przodu dla najszybszych lub do tyłu dla najwolniejszych. Reszta w tym ja skazana była na płynięcie ramie w ramię co nie dawało praktycznie żadnych szans żeby nie tłuc się wzajemnie. Paradoksalnie jednak tym razem nie byłem stroną „tłuczoną” w takim zakresie i z takimi konsekwencjami jak wcześniej bywało. Mi z kolei „udało” się kilka razy zahaczyć towarzyszy tej niedoli. Oczywiście ten ścisk spowodował że płynęło się co do zasady wolniej. Rekompensatą było urokliwe miejsce, bardzo sympatyczna trasa kolarska ani zbyt nudna ani zbyt trudna i ciekawa trasa biegowa, pozwalająca przyjrzeć się w trakcie biegu na spokojnie wodzie w której niespełna godzinę wcześniej odbyła się wielka młocka rąk i nóg. Trasa i warunki nieporównywalne do Płocka ale wynik lepszy o 10 minut niż ten płocki,  wejście na podium i powyścigowe odczyty pulsu, uznałem za oznakę poprawienia formy sprzed dwóch tygodni  i  odchodzenia „problemu” kolca w stopie definitywnie w przeszłość. Uczciwość każe jednak zwrócić uwagę na jeszcze jeden element jakim było bardziej konsekwentne i zdecydowane niż przed poprzednim startem odstawienie alkoholu. Wreszcie też, uznałem,  że dla zadowalających szybkościowo wyników nie muszę katować się interwałami na treningach ale same zawody potraktować jako element wypracowywania i szybkości i siły. Wejście w pełnię sezonu być może nie będzie tak jak w poprzednich latach, oznaczało więc przerwania treningów metodą MAF i pozwoli przez dłuższy czas kultywować metodę budowania wytrzymałości poprzez aktywność na umiarkowanym poziomie.

Płock 2019

Za mną już trzy tegoroczne starty triathlonowe. Trzymam  się wcześniejszego postanowienia jeśli chodzi o tegoroczne starty, tak więc  były to starty na krótkich dystansach tj. 475 m pływania, 22,5 km jazdy na rowerze oraz 5,250 m biegu. Rozpocząłem sezon w Płocku 26 maja. Poprzedzające ten start 6 tygodni zmagałem się z kontuzją stopy która na większość tego okresu wyłączyła mnie z biegania. Kontuzja najgłupsza z możliwych. Nie spowodował jej żaden bieg czy inny trening ale sprzątanie lasu w ramach lokalnej akcji eko. W trakcie zbierania śmieci w lesie stanąłem na zdrewnianą gałąź z kolcem długości kilku centymetrów. Tenże kolec przebił grubą podeszwę mojego buta i wszedł jak w masło w stopę. Całe zdarzenie potraktowałem raczej lekko nawet mimo to że gumowa podeszwa ciasno trzymała kolec i nie udało mi się go wyjąć tylko musiałem dosłownie wyrwać stopę z buta i w ten sposób pozbyć się z niej kolca. Nie przyglądałem się specjalnie czy pozbyłem się całego kolca  i po usunięciu go wreszcie z buta  kontynuowałem sprzątanie a następnego dnia jakby nigdy nic pograłem sobie  w tenisa. Od tego dnia przez następne tygodnie walczyłem z bólem i opuchlizną, przez długi  czas mając  problem nawet z chodzeniem. Ponieważ po pierwszych dniach kiedy spuchniętą miałem całą  stopę   nie widać było żadnego stanu zapalnego w okolicach ukłucia, doszedłem do wniosku że najwyraźniej gdzieś kolec spotkał się z nerwem i to było przyczyną  bólu który jak się okazało ciągnął się następnie  tygodniami. Na dwa tygodnie przed startem w Płocku, mogłem jednak już lekko truchtać, czując wprawdzie ból ale do zniesienia. Tak więc truchtałem tak sobie zastanawiając się co z tego będzie. Start na krótkim dystansie, zakładając że chce się „pocisnąć” a nie tylko pospacerować, jest całkiem sporym wyzwaniem. Wiedziałem że moja ogólna kondycja, choć niespecjalnie trenowana w ostatnich miesiącach powinna sobie poradzić z półtoragodzinnym wysiłkiem ale dość ciężko było mi wymyślić jakie miałoby być tempo poszczególnych etapów żeby nie paść przed końcem. Postanowiłem więc zrobić to na czucie choć z założeniem że będę próbował cisnąć. Nie zamierzałem patrzeć na puls bo wiedziałem że będzie bardzo wysoki ale zdecydowałem się go rejestrować, żeby sobie obejrzeć rezultat po zawodach. Start w Płocku jest dość specyficzny ze względu na kilometrowy dobieg do roweru po etapie pływackim w tym kilkaset  metrów pod górę,  w pewnym momencie  ostro i wreszcie po schodach. Ponieważ start był falowy więc ustawiłem się wg. moich obliczeń  co do zakładanego tempa pod koniec drugiej fali. Było to błędem bo na tym dystansie startuje dużo debiutantów,  którzy przeszacowują swoje możliwości i w efekcie zamiast typowej  pralki startu wspólnego miałem pralkę związaną z ciągłym  wyprzedzaniem  co też jest i stresujące( że ktoś kopnie) i męczące,  bo prawie cały czas głowa musi być w górze i obserwować co się dzieje. Ale efekt tej był nadspodziewanie dobry. W miarę żwawo pokonałem też dobieg do roweru. Przed startem dowiedziałem się że czeka mnie ostry zjazd niedaleko początku etapu rowerowego  a następnie równie ostry podjazd. Radzono aby na zjeździe rozpędzić się maksymalnie skracając w ten sposób wysiłek na podjeździe.  Nie trenując wcześniej tego typu atrakcji, zjazd potraktowałem jednak zachowawczo a na podjeździe  ostro cisnąłem. Efekt był taki że jak się podjazd skończył to parę osób połknęło mnie zaraz po nim bo byłem mocno wypompowany. Dogoniłem je dopiero w okolicach połowy dystansu i spokojnie odjechałem im na drugiej połowie. To pokazało że przegiąłem na podjeździe i zresztą post factum potwierdził to horrendalnie wysoki puls jaki tam uzyskałem, wyższy nawet niż na końcówce  biegu. No ale potraktowałem to jako naukę. Na biegu po prostu starałem się biec tak aby nikt mnie nie wyprzedził. Efekt końcowy był zadowalający z każdego punktu widzenia. Nadspodziewanie dobre pływanie choć nie wiem do końca czy  dystans był domierzony, niezły rower no i przetrwanie biegu w miarę równym i w miarę szybkim tempem bez dolegliwości ze strony stopy która tylko lekkim kłuciem przypominał mi o wbitym  w nią półtora miesiąca wcześniej kolcu. Czwarte miejsce w mojej grupie wiekowej i pierwsza połowa stawki ogólnej a poza tym bardzo dobre samopoczucie na mecie   dopełniły  obraz ogólnego zadowolenia. Dziegdziu dolał tylko epizod rowerem któremu udało się spaść na maskę samochodu w trakcie powrotu z zawodów. Los który pozwolił mi uniknąć udziału w kraksie w trakcie zawodów, wywołanej przez upadek rowerzysty jadącego przede mną odebrał swoje za sprawą mojego gapiostwa i nieprzymocowania prawidłowo roweru do bagażnika dachowego.