Bieg Niepodległości -napisane listopad 2016

Maraton Warszawski pozostawił mnie z tyloma oznakami biegowego upodlenia że nawet nie zwróciłem za bardzo uwagi na ból w kolanie jaki się pojawił pod koniec biegu. Ot, jeden z takich bólów które się przydarzają na długim dystansie. Przypomniałem sobie o nim dopiero parę tygodni później podczas Maratonu Kampinoskiego. Tym razem już nie zakwalifikowałem go jako dolegliwość przechodzącą kilka dnia po biegu. Nie było to zbyt trudne i odkrywcze, kolano po prostu nie przestawało boleć. W normalnym użytkowaniu nic się nie działo ale jak tylko zacząłem truchtać po kilku kilometrach ból się pojawiał. Tymczasem zbliżał się termin Biegu Niepodległości na który się zapisałem z czysto socjalno-rodzinnych powodów i dlatego był to ważny bieg. Chciałem pobiec z synem i wnukiem ( wnuk w wózku). Ten układ zresztą częściowo uśpił moje obawy o kolano. Wolniejsze tempo z uwagi na wózek dawało poczucie że wysiłek będzie mniejszy i obciążenie kolana też. Trochę jednak niepokoił mnie fakt, iż każda próba pobiegnięcia niezależnie od mijających od maratonu dni kończyła się tym samym. Na parę dni przed Biegiem Niepodległości najdłuższy dystans bez wyraźnego bólu kolana jaki osiągnąłem to 5 km. Brakowało drugie tyle. Tymczasem okazało się że wnuk najprawdopodobniej „ nie pobiegnie” więc odpadł też wózek. Nie mniej jednak syn zasadził się na wynik sub 50 minut co zinterpretowałem jako 50 minut bez sekund. To dalej nie wskazywało że się będę zarzynał. Ostatecznie zdecydowałem – biegnę a jak będzie naprawdę źle z nogą to się zatrzymam. Ale mimo wszystko myślami byłem na mecie z Maćkiem. Rozpoczęliśmy tempem w miarę zgodnym z zakładanym ciut poniżej 50 i po kilometrze, dwóch oderwałem się od tempa pulsu itp. Biegłem za Maćkiem i plan był prosty aby trzymać się razem i tak też wbiec na metę. Zgodnie z przedstartowymi wskazaniami, ból kolana pojawił się w okolicach piątego, szóstego kilometra. Czułem jednak że tempo które było zdecydowanie wyższe niż ostatnio biegane, i pewnie samo wydarzenie tłumią przykre odczucia związane z kontuzją. Bolało ale skupiałem się coraz bardziej na czymś innym. Maciek zaczął wyraźnie przyspieszać i to już było dla mnie wyzwaniem. Wszystkie moje dotychczasowe doświadczenia wskazywały że najlepiej się czuję biegnąc równym tempem od początku do końca. Zwalnianie to przymus więc nawet jeśli bezpośrednio pomaga to i tak towarzyszy temu dyskomfort. Nawet podczas tych biegów kiedy zdarzało mi się zwalniać do marszu, kiedy zaczynałem biec ponownie, w sposób naturalny wracałem do wcześniejszego równego tempa. Przyśpieszanie z kolei to już bez dwóch zdań sprawa problematyczna. Nie „wchodzi” mi koncepcja „negative split” ( przyśpieszenie w drugiej fazie biegu) i to raczej nie moja bajka. Zależało mi jednak na tej wspólnej mecie z Maćkiem – w końcu po to startowałem. Kiedy zostało 2 kilometry do mety podjąłem jednak decyzję że odpuszczam. Widziałem że Maciek rwie się do przodu ale lojalnie spogląda czy nadążam. Niech robi tą swoją życiówkę, pomyślałem i dałem mu sygnał żeby pędził do przodu. I popędził. Na ostatnim kilometrze pobiegł szybciej o minutę- to już raczej nie moja bajka. Ale w sumie nie byłem niezadowolony choć czułem wyraźnie że czeka mnie pokuta. Zanim to jednak nastąpiło dobiłem swoje kolano maszerując w marszu KOD-u a nad ranem następnego dnia próby przekręcania się z boku na bok wybudzały mnie i stawiały na baczność- bolało jak cholera.

Maraton Kampinoski- Napisane październik 2016

Maraton Kampinoski- chyba dosyć tych maratonów w tym roku.

Tydzień po Maratonie Warszawskim powrót do biegania bo przecież za dwa tygodnie maraton numer dwa. Pierwsza próba nie wypaliła. Organizm zareagował tak jakbym znowu miał biec maraton. Puls wystrzelił do 170 i nawet zwolnienie do marszu nic nie dawało. Dopiero brak ruchu powodował niemal błyskawiczny powrót w okolice spoczynku. Trzeba było „wytłumaczyć” mojemu ja że nie biegamy póki co żadnych zawodów. Pomógł rower i rodzinna impreza. Sygnały były jasne. Wróciliśmy zatem do normy. 5 km przebieżki w kontrolowanym zakresie. Żadnych niespodzianek choć tempo wolniejsze niż wypracowane przed maratonem. Potrzebne było jeszcze parę dni regeneracji.

Może za dużo już tych zawodów w tym roku a może jednak za mało długiego wybiegania. Wszystkie moje tegoroczne długie biegi od pewnego momentu stawały się marszobiegami. Maraton Warszawski był ewidentnie rozpoczęty zbyt szybko i w okolicach 30 kilometra zarówno mięśnie miały dość jak i cała reszta też. Maraton Kampinoski rozpocząłem wolniej, ale też to tempo byłem w stanie utrzymać do ok. 30 km. Potem zwolniłem i to „wbrew” psychice która jeszcze dawała radę aby biec poprzednim tempem. Dopiero kiedy do niej dotarło że jest zdecydowanie wolniej, przestawiła się na tryb rezygnacji z szybszego tempa. Zatem może po prostu wytrenowania wystarcza mi na 30 km ? Przeczy jednak temu wiosenny ultramaraton kiedy równe tempo byłem w stanie utrzymać aż do 45 km. To był z kolei początek sezonu więc z jednej strony mniej w nogach ( mniejsze zakumulowane zmęczenie) ale z drugiej mniej w nogach ( mniejsze wytrenowanie). Czyli dalej nic nie wiem. Po maratonie w trakcie Ironmana z kolei, miałem w głowie teorię że to głównie psychika mnie zwolniła ( tam po 20 km) bo kiedy po zwolnieniu do marszu zdopingował mnie znajomy, przebiegłem z nim całą 10 km pętlę nie odczuwając przy tym ekstra zmęczenia. Ostatnia pętla która biegłem sam była już gorsza ale też nie czułem wyczerpania a raczej pewne znudzenie długością całej zabawy. Ciężko z tego wszystkiego wyciągnąć jakieś jednoznaczne wnioski. Ewidentnie jednak muszę dalej próbować „wybiegać” więcej kilometrów na niższym pulsie i ten wciąż utrzymujący się w trakcie biegów wysoki muszę uznać za istotny sygnał od organizmu. Najbliższe pół roku przeznaczam zatem na budowanie aerobowej wytrzymałości. A sprawdzian jak się to udało będzie 23 kwietnia na Maratonie Łódzkim

Maraton Warszawski -Napisane wrzesień 2016

Jak spieprzyć swój pierwszy Maraton.

Technicznie nie był on pierwszy. Rok wcześniej przebiegłem Maraton Kampinoski a dwa miesiące temu maratoński etap Ironmana. Ale ten „prawdziwy” uliczny pierwszy zdarzył się 25 września w Warszawie jako 38 PZU Maraton Warszawski. Przed dwoma laty, niesiony euforią świeżo upieczonego biegacza chciałem też w nim pobiec. Zamiast tego walczyłem z kontuzją niedoświadczonego biegacza. Tym razem walka się rozegrała już podczas biegu. Głupi niedoświadczony może powiedzieć o sobie naiwny. Głupi doświadczony zostaje z tym ze jest głupi. Doświadczenie dawało prostą wskazówkę co do zakładanego czasu ukończenia maratonu. Wychodziło okołu 4 godzin. Ciut poniżej 4 godzin jak jak na debiut 55 latka wystarczało żeby to uznać za dobry bieg i oznakę dobrego przygotowania i zdrowia. Niby osiągnięty wynik się zgadza, 3:56 z sekundami. Poza tym nie zgadza się nic. Podpuszczony swoją głupotą stanąłem na starcie w grupie biegnącej na 3.40.Taki byłem kozak. Kwadrans w tę czy we wtę – dam radę. Ale przyswajane choć jak się okazuje nie przyswojone prawdy nie dają złudzeń. Królewski dystans nie daje się oszukać w tak dyletancki sposób. Trzeba na nim swoje zostawić. Wysiłek, pot i często zdrowie. Pytanie tylko w jakich ilościach i czy w „normie”. Nawet źle mi się nie biegło na te 3.40 ale puls od razu zameldował się na 160 + i nie miał zbytniego zamiaru schodzić niżej. Po paru kilometrach podjechał w górę do 170. To powyżej wzorcowego poziomu maksymalnego. Oczywiście ten wzorzec u mnie nie działa a mój maksymalny puls plącze się gdzieś w okolicach 190. Ale i i tak te 170 dobre by było na bieg na 10 kilometrów ale nie na 42. Podczas biegu na Ironman po 10 godzinach wysiłku utrzymywałem puls w okolicach 150. I tak powinienem biec ten warszawski maraton. Ale tak nie biegłem. Nawet jeśli na starcie nie byłem jeszcze palantem to byłem już nim bez dyskusji po paru kilometrach kiedy nie skorygowałem tempa w dół tak żeby tętno utrzymywać na przyzwoitym poziomie. Wytrzymałem tak do 25 kilometra po drodze wyrównując prawie życiówkę z półmaratonu. Wysoki rachunek za to płaciłem przez następne 15 km. Warunki płatności były ciężkie i nienegocjowalne. Zaczął się bieg przerywany marszem. W innym razie nie ukończyłbym tej imprezy. Kiedy puls przekraczał 180 i na błękitnym niebie pojawiały się gwiazdy musiałem hamować. Te 15 km to też kilometry skurczy – udało się je na tyle kontrolować że nie dołączyłem do innych stających na poboczu z wygiętymi kończynami. Kiedy czułem że następne mocniejsze zgięcia nóg mogą skończyć się katastrofą musiałem zwolnić. Ale wielokrotne zwalnianie i przyspieszanie było tak „przyjemne” jak ruszanie do kolejnego morderczego biegu zaraz po ukończeniu poprzedniego. Powtarzało się to i trwało na tyle długo że zakuty łeb przyjął chyba na długo porzucone wraz z początkiem tego maratonu zasady. Kiedy ukończyłem Ironmana nie bolało nawet w części tak jak bolało po tym maratonie. A może o to chodziło ?

Polska -Dania -napisane czerwiec 2016

Za mną dwa starty w tym roku. Jak to na ogół się w takim przypadku zaczyna – czas na podsumowanie. Pierwszy start 1/4 IM w Piasecznie był moim pierwszym zmaganiem w tej urokliwej podwarszawskiej miejscowości, od pewnego czasu strategicznie położonej w odniesieniu do innej podwarszawskiej miejscowości w której mieszkam. Wyznacza je możliwość dojazdu za pomocą tras szybkiego ruchu. Drugie zawody to już dystans tzw. średni w Billund (Dania), miejscowości narodzin klocka lego. I w tym przypadku położenie zawodów oferowało dojazd prawie w całości autostradą więc prawie tak jak do Piaseczna. Podobieństw w obu imprezach było jeszcze więcej ale występowały tez różnice. 
Pływanie
Nie wiem jaka jest geneza powstania akwenu w Piasecznie, akwen duński został mi przedstawiony jako twór sztuczny. Stosunkowo też ( jak w Piasecznie) niewielki, pomieścił jednak startujących w taki sposób że można było płynąć. Piaseczyński akwen także pomieścił startujących ale na tym że pomieścił sprawa się kończyła. Być może organizatorzy zawodów w Piasecznie stosują inne mierniki zagęszczenia ludności ( na tego typu różnice ostatnio można się natknąć przy ocenach zagęszczenia podczas różnych marszów) albo przyjmują że da się pływać w pionie. Woda w Piasecznie nie dawała możliwości sięgnięcia wzrokiem dalej niż do krawędzi okularków pływackich ale było to całkowicie wystarczające jako że tuż za tą krawędzią, niezależnie od tego w którą stronę obróciło się głowę była jakaś część ciała innych startujących. Dotyczyło to również obszaru „pod” ( zawsze ktoś był pod spodem) jak i „nad” gdzie unosiły się szczęśliwe z uzyskanej chwili wolności ręce, które po chwili wgniatały napotkane ciała w głąb wody. Efektywne pływanie w Piasecznie łączy się z wykorzystaniem techniki chwytu i odepchnięcia czyli klasyki kraula ale zmodyfikowanej tym że chwyta się nie wodę ale współtowarzyszy i odpycha się od nich. W Danii musiałem się niestety przestawić na nudę pływania klasycznego. Nie chodzi tu oczywiście o żabkę ale o fakt normalnego płynięcia pomijając pierwsze kilkadziesiąt metrów „pralki”. Z żabką przyszło mi jednak też się zmierzyć. Nudziło mi się tak przez około kilometr kiedy nagle poczułem niekontrolowany wyrzut głowy ponad wodę połączony z mocnym naciskiem na oczy. Okazało się że natrafiłem w tym „pustawym” akwenie na solidnie umięśnioną żabkarkę, która zapewne wpadła w panikę że ktoś (ja?) ją śledzi i zademonstrowała mi kopnięcie a la Chuck Norris. Wycelowała przy tym bardzo pewnie grzbietem stopy w moje oczy. W efekcie przerobiła moje okularki pływackie na szkła kontaktowe. Skutkiem dodatkowym była szarpana rana nosa. Środowisko wodne pomogło nosowi. Krew też nie mogła mi zalać oczu bo miałem w nie wbite okularki. Zupełnie niespodziewanym efektem tego zdarzenia było jednak to że nareszcie przestały mi parować szkła i mogłem podziwiać w całej krasie zarówno świat podwodny jak i nadwodny. 
Rower
Celowo póki co używałem Danii jako określenia miejsca zawodów Challenge Denmark Billund, jako że pływanie odbywa się w miejscowości (Herning) oddalonej o wiele kilometrów od Legolandu który jest w Billund właśnie. Pozwala to na rozegranie etapu kolarskiego na dystensie średnim bez jazdy w pętli. Dla mnie bomba. Czego nie lubię w zawodach bowiem to pętli właśnie. Mam dziwne wrażenie chomika biegającego w kółku. W Piasecznie dzięki pętlom chyba, zawodnicy tworzyli zespoły składające się przeciętnie od kilkunastu do kilkudziesięciu kolarzy. W Billund składy takie można było tylko zobaczyć w miasteczku zbudowanym z klocków lego. Jeździły one po tym miasteczku w kółko tak jak kolarze w Piasecznie. Myślę że drugi powód dlaczego było tak jak było w Piasecznie, to wodne zbliżenia. Po prostu nie można sobie wyobrazić że świeżo co nawiązane bliskie znajomości podczas pływania miałyby nie być kontynuowane podczas jazdy rowerem. Do tej kontynuacji najwyraźniej też zachęcali motocykliści ( sędziowie?) którzy robili sobie selfie na tle licznych triathlonowych pociągów. I tak o to nie tylko udało się rozegrać zawody triathlonowe ale też można było posmakować kolarskie Tour de Piaseczno. W zasadzie to tyle co można napisać o etapie kolarskim w Piasecznie- jak ktoś lubi patrzeć na przejeżdżającego pociągi to z pewnością warto się tam wybrać.
Na odprawie przed zawodami w Billund sprawa draftingu została postawiona nie tylko wyraźnie ale również specyficznie. Przekazano nam że „w odróżnieniu od zawodów rozgrywanych w Południowej Europie” sędziowie w Danii są bardzo aktywni jeśli chodzi o wlepianie regulaminowych kar. W tym momencie poczułem się nieswojo. Czyżby nawiązywali do Piaseczna? No bo Polska to na tle Danii już południe ( chociaż w świetle ostatnich wydarzeń niekoniecznie Europa). Ponieważ nie było pętli i jechało się prawie cały czas w tym samym kierunku, z ciekawością patrzyłem na prognozę która wyraźnie wiązała wzrost siły wiatru oraz zmianę jego kierunku na czołowy z przewidywanym czasem mojego opuszczenia T1. I znowu powiedzenie że lepiej być młodym, pięknym i bogatym przypomniało o sobie. Ach jak dobrze byłoby wystartować w pierwszej fali ale latka już nie te. Mniej więcej do 50 kilometra wiatr to się wzmagał to lekko słabł, głównie jednak z powodu terenu który był mniej lub bardziej osłonięty, więc udawało mi się utrzymać moją zakładaną dziadkową prędkość podróżną wynoszącą 32 km/h, choć mocniej niż zwykle musiałem naciskać na pedały. Na 70 km po zjedzeniu zabezpieczonych własnym sumptem banana i dwóch paczek sezamek, przeszedłem na korzystanie z opcji all inclusive. Startowe „nutrition” zapewniał jeden ze sponsorów i podczas roweru składały się na to woda i izotonic w bidonach kolarskich, batony, żele i coś pomiędzy. Pobrałem więc bidon z wodą oraz dwa żele. Zgodnie z zapowiedzią żel smakował jak miód. Zjadłem więc dwa popijając wodą. Było nieźle ale tuż po skończeniu konsumpcji zabawa się skończyła. Ostanie 15 kilometrów wiatr dawał z taką mocą że moja podróżna prędkość średnia spadała na łeb na szyję. W okolicach 85 km doszła do 30 km na godzinę. Mocowałem się jeszcze trochę żeby taką średnią utrzymać ale na długich odcinkach nie dało się jechać więcej niż 20 km/h. Po przejechaniu 90 km miasteczka z klocków w dalszym ciągu nie było widać. No tak, teraz sobie przypomniałem że trasa jest ok 3 km dłuższa. Dodatkowe kilometry w tunelu aerodynamicznym zapadają w pamięć nie mówiąc już o mięśniach. Nadchodziło jednak bieganie a tu już zapowiadał się fun.
Bieg
Bieganie w Legolandzie daje dużo przyjemności i tu fakt że były pętle mnie jakoś nie deprymował. Zresztą podobnie było w Piasecznie. I tu i tu trochę się biegło po miękkim podłożu, choć w Billund było tego zdecydowanie więcej nie tylko ze względu na dłuższy dystans. Myślę że ok 1/4 drogi nie było po twardym. W Billund rodzina nie musiała się nawet specjalnie ruszać z domku w którym mieszkaliśmy, bowiem znaczna część trasy biegnie właśnie przez teren mieszkalny turystów odwiedzających Legoland. Mankamentem był ruch pieszy ludzi którzy przemieszczali się pomiędzy domkami a centrum rozrywki. W czasie kiedy biegło dużo zawodników nie było to uciążliwe ale pojedynczy biegacze pod koniec z długiego dystansu mogli się dodatkowo zmęczyć, musząc na kilkukilometrowym odcinku lawirować pomiędzy spacerującymi. Część trasy w Billund wiodła przez centrum miasteczka z licznie zgromadzonymi miejscowymi kibicami. Sąsiedztwo Legolandu nadawało tej części imprezy klimat zabawy. Na czterech punktach żywieniowych ustawionych na 7 km pętli dobra było po pachy włączając w to coca-colę a nawet red bulla dla chcących polatać. Podczas całego 1/2 IM zużyłem 0,7 litra płynu zawierającego wegański proszek węglowodanowy, jeden banan, dwa opakowanie sezamek i 3 żele ( łyżeczka do herbaty żelu w każdym). Do tego trochę coli w trakcie biegu no i oczywiście woda. Tradycyjnie podczas 21 km dopalacz biorę koło 12 km, być może tym razem było to ciut za późno bo lekko zaczynało mi brakować paliwa w okolicach 15 km ale czy było to rzeczywiste czy wydumane faktem oczekiwania na to aż zadziała zjedzony żel, nie wiem. W każdym bądź razie oprócz tego nie odczułem żadnych efektów niedożywienia. Zawody w Legolandzie polecam bardzo. Oczywiście trzeba wziąć pod uwagę budżet ale jak ktoś chce przy okazji zapewnić dzieciom kupę rozrywki i w samym klockowym miasteczku i w miejscowym aquaparku który jest w pakiecie z zakwaterowaniem ( dając też okazję do wodnej regeneracji zaraz po ukończeniu zawodów) to już wyprawa przestaje być tylko kosztowną imprezą triathlonową. Organizacja bez zarzutu. W zawodach typu IM nie powinno się oczywiście wybrzydzać na jakiekolwiek przeciwności więc co do Piaseczna podałem tylko fakty a każdy samodzielnie musi ocenić te piaseczyńskie warunki. Ja na własny użytek takiej oceny dokonałem.