Trzy Połówki kolejno – napisane lipiec 2017


Po ukończeniu zawodów na dystansie długim w Poznaniu w ubiegłym roku, rozsypał mi się worek z planowanymi startami. Zapisywanie się na zawody triathlonowe z dużym wyprzedzeniem jest jak zauważyłem  normą wynikającą z rynkowych warunków – wcześniejsze zapisy + niższa opłata, a często też i często konieczności – zapisy na oblegane imprezy trzeba robić szybko bo można się nie załapać. Oczywiście może to być pułapką w przypadku wypadków losowych, kiedy nie da się wystartować. Dla mnie okazało się inną pułapką. Ten rok 2017  to już na pewno jakiś mój rok kryzysowy. Motywacja spadła mi bardzo choć nie wiem do końca czy to tylko problem motywacji do startów czy też w ogóle ogólny kryzys. Dobrze chociaż,  że  większość startów na ten rok mam już za sobą ale chyba głownie  dzięki inercji. W tym trzy zawody na dystansie 1/2 Ironman na przestrzeni niewiele ponad 1,5 miesiąca.

Najpierw na początku czerwca Samorin na Słowacji. Ubocznym  skutkiem ukończenia przeze mnie z dobrym wynikiem pełnego dystansu w Poznaniu na zawodach organizowanych przez Challenge, było zakwalifikowanie się na organizowane przez tę  firmę mistrzostwa na początku czerwca 2017 na Słowacji na dystansie  1/2 Ironman. Miejsce jak i oprawa zawodów a także sporo triathlonowych gwiazd pro które tam startowały, przydały tej imprezie i rozmachu i prestiżu. Ja dla „przeciwwagi”  postanowiłem wziąć w niej  udział na „spartana”. Po wypróbowaniu noclegu w samochodzie tydzień wcześniej na zawodach w Gniewinie, postanowiłem to powtórzyć również na Słowacji. Wyjechałem z domu wcześnie rano w dniu poprzedzającym zawody tak, aby dojechać o godzinie pozwalającej na spokojne zarejestrowanie się i udział w przedstartowych informacyjnych ewentach a także wieczornej pasta party. Ośrodek w Samorin położony kilkadziesiąt kilometrów od Bratysławy, nad Dunajem, w którym mieliśmy pływać, oszałamiał swoją wielkością i infrastrukturą. Jakoś jednak nie byłem w nastroju do radosnej celebracji, co jeszcze zostało spotęgowane zgubienie już na wstępie numeru startowego. Na szczęście się znalazł. Spotkałem znajomych i trochę się pod wieczór rozluźniłem. Niemniej z uwagi na wczesny start, zadaniem było wyspanie się tej nocy. Trochę byłem zażenowany moszcząc się do spania w samochodzie stojącym na parkingu nieopodal  głównego wejścia do kompleksu budynków ośrodka, szczególnie że przez cały  dzień  przewijali się tam zawodnicy w większości przypadków zaopatrzeni w horrendalnie drogie rowery czasowe. Ale  dokonawszy wcześniej w pełni świadomego wyboru co do formuły mojego noclegu, nie stresowałem się tym za bardzo. Zawodami też niezbyt, uznając, że jestem tam bardziej z „przypadku” niż z powodu wyników dających mi podstawy do wygórowanych oczekiwań. Mając niezłe przygotowanie biegowe potwierdzone wiosennymi startami liczyłem tylko  na niezły bieg i że się w związku z tym nie „zajadę”. Co do roweru też wydawało mi się że dam radę nawet w braku długich wyjeżdżeń  treningowych. Podstawę do takiego myślenia dały mi zawody w Gniewinie i przyzwoite zarówno samopoczucie jak i wynik na odcinku kolarskim. Zupełnie nie wiedziałem jak to będzie z pływaniem. Cały czas bolał mnie bark po wywrotce na rowerze sprzed kilku tygodni. Mała objętość pływania też nie nastrajała optymizmem. W Gniewinie nie dane mi było zweryfikować co mi dały treningi z trenerem z powodu zaliczonego kopniaka w twarz i ostrożnego wywijania kontuzjowaną ręką,  więc też nie wiedziałem co mi te treningi i mała objętość zarazem przyniosą.  Pływanie w Dunaju mogło też się wiązać z prądem, który mógł jakoś odcisnąć się na organiźmie.

Okazało się że jednak chyba tego prądu nie było albo był tak mały że nie odczuwalny- płynęliśmy w zatoce rzecznej. Mój „fart” do zaliczania kopniaków w twarz i tym razem nie zawiódł,  jednak kopnięcie było na poziomie znośnym.

Na rowerze  stopniowo robiło się coraz goręcej i pod koniec pierwszej połowy trasy przed nawrotem ( pętla była tylko jedna) dodatkowo pojawił się wiatr i kiepska nawierzchnia kiedy trasa przebiegała po wale nad brzegiem rzeki. Za to Dunaj można było w tym miejscu podziwiać w całej jego okazałości. Etap kolarski ukończyłem bez większych kryzysów. Wyruszyłem jeszcze w miarę żwawo na trasę biegową, której pierwsze dwa kilometry przebiegały w sercu ośrodka i zapełnione były kibicami. Zaraz jednak   tragicznie wysoka temperatura zaowocowała   umieralnią na dalszym etapie  dystansu  biegowego. Bieg  co do którego czułem się najpewniej przed startem okazał się zmorą. Przeplatałem go  licznymi i wydłużającymi się odcinkami marszu. Jakoś jednak dotrwałem do końca, ale po drodze długo rozmyślałem nad sensem tego, co robię. Ogólnie wynik nie odstawał kosmicznie od poprzednich startów na tym dystansie, ale w żadnej mierze nie był adekwatny do  rangi zawodów. Na moje pocieszenie temperatura dała się we znaki wielu innym w tym kilku pro którzy się wycofali właśnie na etapie biegowym.

Kolejna „połówka” to Susz 25 czerwca. Chciałem tam wystartować ze względu na legendę tych zawodów. Z legendy się nieźle uśmiałem podczas oczekiwania na falowy start pływacki. Fale były tylko dwie i wydawało się, że podział na te dwie grupy został dokonany w sposób precyzyjny i nadający się do  klarownego  przekazu. Kiedy jednak ów przekaz zaczął być powtarzany   tuż przed startem, z każdym powtórzeniem a było ich w okolicach dziesięciu, rosła wśród zawodników konsternacja, rozbawienie aż wreszcie obawa czy wiedzą w której grupie mają się ustawić.  Ja skoncentrowałem się na środkowej emocji odbioru, nie mogąc wyjść z podziwu,  jak daleko prosty do wygłoszenia komunikat może zostać przerobiony na kabaret. Może jednak ta impreza miała mieć taki „artystyczny” sznyt. Zaczęło się już poprzedniego dnia na odprawie na której również informacje przekazywane zawodnikom, były bardziej dywagowaniem a nie dyrektywą. Potem nastał czas muzycznego szaleństwa za sprawą występów zespołu Kombi. Mnie ten występ zakłócił mocno wieczorny rytuał. Kolejny raz mieszkałem w samochodzie. Ciesząc się początkowo  z miejsca, w którym zaparkowałem, usytuowanego tuż przy starcie, kiedy w trakcie  przygotowywania  się do snu z głośników ryknęła muzyka, której towarzyszyła dźwiękowa fala uderzeniowa, musiałem je czym prędzej zmienić, bo w tym nie dosyć żebym nie zasnął to prawdopodobnie również ogłuchł oraz wpadł w takie wibracje,  że miałbym problem z utrzymaniem się na rowerze następnego dnia. Po wieczornych perypetiach, rano już było wszystko normalnie. Pogoda dawała nadzieję na zdecydowanie lepsze warunki niż w Samorin. Pływanie i rower przebiegły sprawnie i bez wypadków- tym razem oszczędzono moją  twarz.  Wobec kryzysu biegowego w Samorin, w Suszu  przetestowałem ustrukturyzowany marszobieg zamiast dotychczasowego przechodzenia w marsz z powodu kryzysów na trasie. W sumie nieźle  to wypadło. W efekcie wynik ponad 15 minut ogólnie lepiej niż w Samorin i najlepszy z dotychczasowych.

Na koniec tego połówkowego tryptyku, wystartowałem 23 lipca w Gołdapi, miejscu debiutu w tri i mojego „drugiego” domu. Choć  mój kryzys motywacyjny był w  pełnym rozkwicie, jakoś chciałem tam dobrze wypaść. Wiedziałem że tylko szybki rower da mi może nawet lepszy rezultat niż w Suszu. I tak się stało choć za lepszy rower zapłaciłem zdecydowanie gorszym niż w Suszu  etapem  biegowym. Kontynuowałem  rozpoczęty w Suszu marszobieg wg. metody Galloway’a,  tyle tylko że oderwałem się od zasad które należy w tej metodzie przestrzegać. W drugiej połowie dystansu odcinki marszowe znacznie się wydłużyły. Choć wynik całych zawodów był jeszcze lepszy niż w Suszu, moja spadająca  motywacja w tym sezonie  nie wzrosła. Czekał na mnie za półtora  miesiąca ostatni akcent tego roku w postaci pełnego Ironmana w Malborku i zupełnie nie byłem na to psychicznie przygotowany.

Biegi 2017 -napisane kwiecień-maj 2017

Dziwna to była zima.
Po ubiegłorocznych startach przyplątała się kontuzja kolana. Konsultacje i diagnozy lekarskie nie napawały optymizmem. Ja jednak zdiagnozowałem ją jako przeciążeniową i postanowiłem głównie dać nodze wypocząć. Przez kilka tygodni nie biegałem a i jazda na rowerze prawie nie występowała. Ostał się tylko basen, jako że podjąłem naukę z trenerem. W ramach leczenia kolana dołożyłem tygodniowy post i parę zabiegów jakimiś wiekowymi „urządzeniami” które kiedyś kupiłem i nie do końca byłem przekonany czy do czegokolwiek zbliżonego do tego co moja noga potrzebowała sie nadają. Ale stwierdziłem, że raczej nie powinny zaszkodzić, więc przez dwa tygodnie grzałem sobie lampą kolano na przemian z przepuszczaniem przez nie jakiegoś prądu albo może pola magnetycznego. Pod koniec tej parotygodniowej terapii dołożyłem jeszcze za sprawą rozmowy z kolegą suplement wspomagający ścięgna. W efekcie nie mam zielonego pojęcia, co z tego wachlarza zastosowanych środków mi pomogło ( najbardziej jednak stawiam na odciążenie nogi poprzez przerwę w bieganiu) ale coś pomogło. W okolicach świąt Bożego Narodzenia zacząłem truchtanie i po kontuzji pozostał już tylko niewielki ślad w postaci może lekkiego bólu a może niewygody. Styczeń miał przynieść powrót do regularnego biegania, ale nie przyniósł z powodu choroby. Na dwa tygodnie wyłączyła mnie z wszelkiej aktywności poza oglądaniem po parę godzin dziennie meczów tenisowych.
Na początku lutego znowu zacząłem truchtać i powoli sobie tak truchtałem nie czując się ani źle ani dobrze choć tempo było bardzo wolne a tętno jak na to tempo wysokie. Generalnie byłem słaby. Podjęta na jesieni nauka stylowego pływania doprowadziła mnie do poczucia pewnej beznadziei. Osiągnąwszy całkiem zadowalający jak dla mnie poziom pływania kraulem dający poczucie pewności na dystansie paru kilometrów, dzięki szkoleniu zostałem zawrócony do poziomu walki o pokonanie 25 metrów na basenie. Godzinne zajęcia na basenie wypruwały ze mnie wszelką energię na cały dzień. Dawało mi to jakieś poczucie niemocy rozciągające się nie tylko na pływanie, ale też na wszelkie postacie aktywności. Po raz kolejny okazało się,  że „dyscyplina treningowa” nie idzie u mnie w parze z przyjemnością. Zamiast 2-3 wypraw na basen tygodniowo jak przez ostatnie kilka lat, chodziłem tej zimy tylko raz w tygodniu na zajęcia z trenerem na ogół przerażony i zestresowany. Nie zrezygnowałem z jakiegoś powodu i postanowiłem że dociągnę moją „naukę” do lata. Trochę optymizmu dawał mi fakt, iż z treningu na trening mój próg zmęczenia pływaniem obniżał się, choć daleko mi wciąż do poczucia swobody w wodzie. Od drugiej połowy lutego bieganie stało się już regularne a wobec zbliżającego się startu na 10 km na początku kwietnia, w połowie marca zacząłem sprawdzać jak to jest z moją prędkością. Było fatalnie. Zejście ze spokojnych 6 min/km poniżej 5 min stało się nie lada wyzwaniem a jeszcze ciut niżej prawdziwą męką. Dodatkowo ogólnie psychika mi siadła bardzo mocno. Trochę wróciłem do stanu sprzed kilku lat, kiedy zacząłem stosować aktywność fizyczną, jako siłę napędową mojego funkcjonowania. Zima sponiewierała mnie mocno. · 

Pierwszy start w tym roku 2017  to  Dziesiątka Babicka 8 kwietnia. Start pełen obaw po słabych przygotowaniach. Duża asekuracja okazała się niepotrzebna. Całkiem fajnie się biegło, no i koło domu. Jednak z  ustanowiona rok wcześniej życiówka właśnie na tej trasie nie została pobita. Niewiele zabrakło, tylko parę sekund wolniej niż rok wcześniej i moje asekuracyjne biegnięcie przynajmniej na tym polu nie wyszło na dobre. · 

Mój pierwszy półmaraton pełen radosnej ekscytacji, ale zarazem bólu nowicjusza i to dodatkowo obciążonego kontuzją stopy miał miejsce trzy lata wcześniej w maju w  Węgorzewie. Rok później pojechałem tam znowu zaledwie po miesiącu wznowienia aktywności przerwanej na wiele miesięcy przez niewyleczone rozcięgno podeszwowe. W tym roku wreszcie startowałem na „czysto” z bardzo zadowalającym efektem i życiówką na tym dystansie. · 

W ciągu tygodnia po półmaratonie wystartowałem w dwóch biegach na 10 km. Kwietniowy start w Babicach pozostawił mnie w niedosycie. Dlatego postanowiłem sprawdzić czy uda mi się zawalczyć o jakąś większą prędkość zdopingowany bardzo dobrym wynikiem w Węgorzewie. Pierwszy bieg – „Wegański”, w niedzielę 7 maja był błotno-terenowy i nie dał szans przyspieszenia w stosunku do trasy ulicznej. Drugi trzy dni później, z cyklu GP Żoliborza częściowo przebiegał tą samą terenową trasą co „Wegański”, druga część jednak to już twarde podłoże Bulwarów nad Wisłą. Udało się jednak pobiec zdecydowanie szybciej i odłożyć rekord z Babic do historii. Kolejny sezon „zaniedbałem” rower w okresie zimowo wiosennym. Z ambitnych planów jeżdżenia do pracy nawet w zimie na rowerze nic nie wyszło. Zawsze cis stało na przeszkodzie. Kręciłem trochę na trenażerze. Przyszła wiosna i dalej jakiś nie ciągnęło mnie w trasę. Tym razem jednak istotny wpływ na niechęć w tym kierunku miała seria śmiertelnych wypadków z udziałem rowerzystów. Zdziczenie kierowców doszło do takiego stopnia, że się odechciewa. Nadszedł ostatni weekend przed pierwszymi zawodami tri, a ja nie miałem nawet jednej porządnej jazdy po szosie. Postanowiłem zrobić, chociaż tę jedną 70 km. Efekt- przeszlifowanie asfaltu, liczne otarcia a co najgorsze tak stłuczony bark ze pływanie wykluczone. A za tydzień miałem  płynąć 950 m na zawodach. 

Gniewino – napisano czerwiec 2017



26 maja rozpocząłem sezon startowy w triathlonie na ten 2017 rok. Pierwszy start to  1/4 Ironman w Gniewinie. Ten start był najmniej zaplanowany. Zapisawszy się chaotycznie na cztery „połówki” w krótkich odstępach czasowych w czerwcu i w lipcu, czułem że przesadziłem i przepisanie się z jednej z nich na Gniewino w ramach tego samego organizatora i bez dopłaty, pomogło mi wykaraskać się z niezręcznej psychicznie sytuacji. Po przepisaniu dowiedziałem się że Gniewino ma swój charakterystyczny punkt programu w postaci dwukrotnego podjazdu o dużym stopniu nachylenia, tak dużym że nawet nie dało się niczego podobnego wynaleźć w Warszawie do potrenowania. No cóż, jak się w głowie kołatały myśli o triathlonach w górskim terenie, to dostałem co najmniej namiastkę ich spełnienia. Poobijany po upadku  w poprzedzającym tygodniu, jechałem do Gniewina już głównie na sprawdzenie czy dam radę pływać z ubitym barkiem. Obawy o podjazd na rowerze zeszły na dalszy plan. Odżyły jednak kiedy w przeddzień startu postanowiłem przejechać się po owym podjeździe i jego stromizna ujawniła mi się z całą mocą, kiedy po założeniu łańcucha, który spadł mi w czasie podjeżdżania,  nie byłem w stanie wystartować pod górę. Zawody zapisały się jednak etapem pływackim i to nie z powodu mojego barku. Po przepłynięciu pierwszych kilkudziesięciu metrów  już czułem że dam radę robić normalny ruch do kraula obitą ręką,  byle bym nie starał się nią silnie odpychać. I tak sobie płynąłem raz tylko mając problem z bólem,  kiedy w ramach pływackiej pralki ktoś na mnie wpłynął uderzając mnie w kontuzjowaną stronę. Na sto metrów przed końcem pływania dostałem jednak ( po raz już kolejny jeśli chodzi o moje starty) potężnego kopniaka w twarz, w wyniku którego moje okularki pływackie wbiły mi się w nos. Krew lała się strumieniem a ponieważ nie było jak się obejrzeć,  nie wiedziałem tak naprawdę jak mocno ucierpiałem. Przez kolejne minuty w wodzie i już po wyjściu walczyłem aby zatamować krew, która przeszkadzała mi w przebraniu się do etapu kolarskiego. Wreszcie przycisnąłem sobie do nosa tampon zrobiony z chusteczki i docisnąłem go okularami. Tak „wyposażony” przejechałem pierwszą pętlę rowerową a irytacja spowodowana otrzymanym  kopniakiem, odciągnęła moją uwagę od stromego podjazdu. Jak już go pokonałem raz i udało mi się na pozostałym odcinku osiągnąć całkiem niezłą „podróżną” prędkość, powtórny podjazd nie wydawał się już taki straszny choć oczywiście było to pełzanie nie jazda. Do końca zawodów nic nadzwyczajnego się już nie wydarzyło, choć moje nogi na biegu dawały znać że podjazd nie był nic nie znaczącym epizodem. W sumie jednak, biorąc pod uwagę przedstartowe obawy, start w Gniewinie uznałem za dobry wstęp do tego co miało się zadziać już za tydzień w zawodach na Słowacji. Szrama na nosie wyglądała w końcu  lepiej niżby na to wskazywała ilość krwi z niej tryskającej przez pierwsze minuty. A ponieważ poobdzierany już i tak byłem wcześniej, stanowiła tylko dodatek do poprzednich szram.