Jaki był 2025


Mam nadzieję że przełomowy. Kontuzje trapiące mnie przez cztery lata odpuściły tak nagle że
przez cały rok niedowierzałem że tak się stało. Stąd ostrożność w aktywności fizycznej. Kiedy
zaczęły się moje problemy właśnie skończyłem 60 lat. Mimo iż nie zaprzestałem całkowicie
aktywności, z dawnej formy niewiele pozostało a przekroczywszy barierę 60 lat wszedłem do
nowego świata w którym całkowicie trzeba porzucić aspiracje do poprawiania wyników z
ostatnich lat przed tą datą. Nie mniej jednak po okresie kilkunastu miesięcy kiedy na powrót
mogłem swobodnie biegać i jeździć czy pływać a może nawet jeszcze bardziej na skutek w
miarę regularnego dbania o ćwiczenia siłowe, to co wydawało mi się stromą linią pochyłą w
dół jeśli chodzi o stan fizyczny, udało się lekko odwrócić. Czuję się znacznie silniejszy i
sprawniejszy niż rok temu. Nie mogę też pominąć zmiany diety i mocnej inwestycji w regularne
dostarczaniu organizmowi odpowiedniej porcji białka co w połączeniu z ćwiczeniami
niewątpliwie mnie wzmocniło, a mam nadzieję iż także lepiej uodporniło na kontuzje. Jestem
prawie pewien że moje problemy 6 lat temu w dużym stopniu spowodowane były
niezapewnieniem organizmowi niezbędnych składników. Będąc na diecie wegańskiej nie
potrafiłem dostarczyć tyle białka ile potrzebowałem i zwyczajnie wyniszczyłem swój
organizm.
Rok 2025 był próbą powrotu do wcześniejszej aktywności triathlonowej i nowego rozdziału
jakim są maratony rowerowe. Obydwa jednak były tylko skromnymi próbkami. Zacząłem w
maju od startu w maratonie rowerowym na Suwalszczyźnie. Początkowo zapisałem się na
dystans 100 km ale po próbie generalnej około tygodnia przed startem z pokorą przepisałem
się na krótszy, niecałe 70 km. Startowałem na nowym gravelu, który leżał jakiś czas w pudełku.
Jak się okazało za bardzo się wyleżał co skończyło się problemami. Już na próbnej jeździe
miałem wrażenie jakby tylne koło było skrzywione i przy większej prędkości mocno biło.
Pojechałem jednak na tym co miałem, nie mając czasu na naprawy. Zafundowałem też sobie
uchwyty na bidony za siodełkiem nie pomny na problemy jakie z takim sprzętem mają ich
użytkownicy. Nawet na równej nawierzchni bidony często wypadają co dopiero na szutrach.
Przekonałem się o tym na 20+ kilometrze, kiedy okazało się że straciłem oba i tym samym
zanosiło się na to że cały dystans będę bez picia. Jedyny punkt żywieniowy na trasie minąłem
kilka kilometrów wcześniej ale się nie zatrzymywałem bo przecież „miałem” swoje bidony.
Kojarzyło mi się coś że powinien być sklep na trasie około 50 kilometra i z tą nadzieją jechałem
dalej. Na 45 kilometrze moja przednia przerzutka powiedziała pas i zapowiadało się na to że to
koniec mojego uczestnictwa w imprezie, ponieważ zablokowała się na dużej tarczy a z takim
przełożeniem nie byłbym w stanie dalej jechać przy ciągłych stromych podjazdach. Udało mi
się jakoś zrzucić łańcuch na mniejszą tarczę i w ten sposób mogłem jechać dalej, choć już
pozbawiony możliwości jechania z większą prędkością na płaskich odcinkach czy z górki. Te
problemy oraz jeszcze kilka innych skutecznie odciągnęły moją uwagę od tego jak fatalna była
pogoda. Druga dekada maja a temperatura rzeczywista kilka stopni, odczuwalna na minusie,
ciągły deszcz i wiatr. Kiedy nie doczekałem się sklepu, niedługa przed metą skorzystałem z
momentu że trzeba było przeprowadzać rowery przez bagno i wydębiłem trochę wody od
innego zawodnika. Dojechawszy do mety dowiedziałem się że mój oryginalny dystans 100 km,
właśnie został zatrzymany z powodu fatalnych warunków pogodowych. Także ogólnie pomimo
wszystkich porażek na trasie byłem zadowolony. Kolejny start to już triathlon w lipcu w
Gołdapi. Rok wcześniej przypadała 10 rocznica mojego pierwszego w życiu triathlonu właśnie
w Gołdapi. Miałem nadzieję że wystartuję, nie udało się więc nie w rocznicę ale rok później
postanowiłem sprawdzić się na tym samym dystansie ¼. Celem było uzyskaniu czasu nie
gorszego niż w debiucie co pozornie nie wydawało się trudne, szczególnie że debiutowałem
na rowerze górskim nie mając praktycznie żadnego doświadczenia w jeżdżeniu na szosie z
większą prędkością no i z zepsutą w tamtym czasie stopą. Mimo to udało mi się wtedy skończyć
w niecałe 3 godziny co było dobrym wynikiem. Mając za sobą przed 2020 wyniki w okolicach
2 g 40 minut, myślałem że aż tak się nie zestarzałem żeby nie zmieścić się tym razem także w
3 godzinach. Rzeczywistość jednak okazała się inna a zaskoczeniem było to jak słaby byłem
na rowerze pomimo tego że akurat w jeżdżeniu na rowerze prawie nie miałem przerwy. Myślę
że błędem było trenowanie na poprawę mocy zamiast budowania bazy. Owszem „pary” mi
wystarczało ale tylko na połowę tego dystansu co też było trochę dziwne biorąc pod uwagę
wcześniejszy start w maratonie rowerowym. Organizm dziwnie reaguje. Pływanie i bieg poszły
mi nieźle i bez żadnej bomby. To wszystko jednak dało trochę ponad 3 godziny więc ewidentnie
gdyby rower poszedł lepiej, cel zostałby osiągnięty. I to tyle. Dalej to już zobaczę w 2026

Pierwszy start. Ostrożna kontynuacja.

Jak zwykle na fali euforii z danych mi przez zdrowie i los możliwości, zapisałem się dość szybko na bieg na 10 km. Głównym powodem były same zawody, które odbywały się niedaleko domu i w których już kilkakrotnie uczestniczyłem wcześniej. Mowa o Babickiej Dziesiątce, półkameralnym ale już mocno popularnym  i obsadzonym biegu. To już była 8 jego edycja. W poprzedniej nie startowałem z powodu rozcięgna, w jeszcze wcześniejszej w 2023 r wystartowałem kiedy wydawało mi się że rozcięgno się zagoiło, co nie było prawdą i przez kolejne wiele miesięcy dalej nie mogłem się z nim uporać. Wtedy podszedłem ostrożnie do biegu i trochę żałowałem bo czułem zapas. Zapisując się teraz nie miałem zupełnie pojęcia jak to będzie bo dopiero co zacząłem znowu biegać i miałem za sobą tylko  kilka przebieżek na 3-4 kilometry. Brakowało mi bazy biegowej nie mówiąc już o prawdziwym treningu. Miałem więc opcję biegnę lub nie,  to zależy. I tak praktycznie było do ostatniego dnia. Udało mi się wykonać w międzyczasie kilkanaście biegów, najdłuższy z przerwami 8 kilometrowy. Kiedy został już niecały tydzień do zawodów zachorowałem. Cały ten tydzień nie biegałem. W dzień zawodów postanowiłem sprawdzić czy jakkolwiek jestem w stanie biec i przebiegłem 4 kilometry próbując szybszego tempa. Jakoś poszło chociaż przeziębienie czy co to nie było dawało cały czas znać o sobie. Chyba byłem tak niezdecydowany,  że właściwie spóźniłem się na start. Za późno wyjechałem z domu i choć teoretycznie miałem do miejsca startu 10 minut, utknąłem w korku i dwie minuty przed strzałem parkowałem dopiero samochód kilkaset metrów dalej. Przymusowy rozgrzewkowy sprint doprowadził mnie do miejsca startu kiedy większość już je opuściła. Musiałem jeszcze przeskoczyć przez barierki żeby wylądować na starcie tuż za ostatnimi uczestnikami. Duże zdziwienie wywołało u mnie tempo tej ostatniej grupy. Zakładałem że są to raczej ci,  którzy będą oscylować wokół limitu czasu, a tu niespodzianka. Tempo  końca wyścigu  było większe niż moje zakładane więc przez kilkaset metrów biegłem ponad to co chciałem żeby nie zostać zupełnie w tyle. Jednak wkrótce sytuacja się unormowała, mogłem zwolnić i tak przesuwając się w górę peletonu. Postanowiłem biec maksymalnie na odczucia, ulotnie tylko myśląc iż dobrze byłoby mieć taki lub inny czas. Wyszło wolniej niż dwa lata wcześniej ale wciąż jak dla mnie przyzwoicie. Biegając dalej coraz silniej przekonuje się do tempa wskazywanego przez organizm zamiast wyznaczonego cyferkami. Wiem że żeby mieć jakieś wyniki w biegach, musiałbym wdrożyć reżim oparty na parametrach ale chyba pozostanę przy odczuwaniu a nie ściganiu. Nastawiam się tak czy owak na zawody triathlonowe w których na bieg zostają już ograniczone zasoby po pływaniu i rowerze więc nie oczekuję prędkości tylko wytrzymałości. Tym samym wykluczam raczej w tym roku starty na 1/8 Ironman,  które co do zasady powinny być relatywnie najszybsze. Jeśli by się udało, chciałbym w tym roku wystartować raz na ¼ i raz na połówce. Tym samym po dziesięciu latach od pierwszego w życiu startu na ½ powtórzyłbym „rozpoczęcie cyklu” który za rok może uda się tak jak 10 lat wcześniej sfinalizować pełnym dystansem.

Czy to już koniec dużych kłopotów?

Moje ostatnie normalne starty miały miejsce pod koniec 2020 roku. Od tamtej pory borykam się z kontuzjami a te nieliczne zawody w których brałem udział w ciągu ostatnich czterech lat odbyłem w trakcie  jakiejś  niepełnosprawności. Paleta przypadłości w tym czasie była imponująca. Zaczęło się na wiosnę 2021 kiedy to dopadło mnie trio : złamanie zmęczeniowe kości łonowej, przepuklina sportowa i naderwany przywodziciel w pachwinie. Po roku różnorakiego leczenia i rehabilitacji, podczas prób powrotu do biegania naciągnąłem achillesy a zaraz potem  dopadło mnie zapalenia rozcięgna podeszwowego z którym zmagałem się aż do teraz. W kolejnym roku przyszła kolej na ręce oraz bark. Wiele wizyt u lekarzy, lekarstw i fizjoterapii ale chyba w tym wszystkim największą rolę odegrał czas w którym organizm doprowadzał po kolei te przypadłości do ładu. Najdłużej zmagałem się z rozcięgnem i właściwie już nawet po powrocie (po raz pierwszy od 3 lat bez bólu) do biegania, nie mam pewności czy to już koniec albo przynajmniej kilkuletnia przerwa, jak było 10 lat temu, od tej przypadłości. Czas pokaże. W czasie tych kontuzji cały czas starałem się coś robić, eliminując te aktywności którym kontuzje najbardziej przeszkadzały. W pewnym momencie dopadł mnie strach że już nic nie będę mógł ćwiczyć. Kiedy miałem uszkodzony bark oraz rozcięgno a na rowerze odzywała się przepuklina, czułem się naprawdę zagrożony. Na szczęście od początku 2025 roku moje zdrowienie postępuje w sposób bardzo odczuwalny dając nadzieję na powrót do triathlonu może  jeszcze w tym roku. Byłoby fajnie gdyby ten powrót rzeczywiście miał miejsce w pełni sił i zdrowia, bo roi mi się Ironman w 2026 roku  kiedy to stuknie mi 65 lat żywota. Sześćdziesiątka okazała się pechowa w tym względzie, lecz mam nadzieję że tym razem się uda i nie będę musiał liczyć na przysłowie do trzech razy sztuka i czekać kolejne pięć lat. W każdym razie do roweru z którym miałem w ciągu ostatnich lat najkrótszą przerwę, dołączyło ostatnio pływanie oraz bieg. Udało mi się nawet po paru wybieganiach ukończyć pierwsze „zawody”. W tym roku mój ukochany zespół Marillion po raz ostatni po 18 latach dawał koncerty na specjalnej imprezie weekendowej w uroczym zakątku Holandii. Tradycyjnie na tych imprezach odbywały się biegi z i pod patronatem ich klawiszowca Mark Kelly. Tym razem oprawa była profesjonalna, były opłaty ( na charity), oznaczona trasa, wolontariusze wskazujący drogę, numery startowe i medale. Marillionowa społeczność w sposób imponujący uczciła to wydarzenie pomimo dwóch koncertów w poprzedni dzień  do późnego wieczora, po których odbyły się imprezy kończące się grubo po północy. W biegu w którym zazwyczaj brało udział kilkadziesiąt osób tym razem na starcie pojawiło się grubo ponad trzy setki.

Koniec triathlonowej dekady

Ten rok jest pierwszy,  w którym od 2014 roku nie wystartowałem w żadnych zawodach triathlonowych. Nie to że nie chciałem. Ostatnie 4 lata to ciągłe kontuzje. W 2021 był niepełny Ironman ( bez biegu i ze skróconym rowerem). W kolejnych latach jakiś mały dystans plus sztafeta dało się zrobić pomimo dolegliwości. W tym roku jednak już nic. Do starych wciąż nie wyleczonych kontuzji doszły nowe. Sztafetę w części rowerowej mógłbym zrobić ale moi sztafetowi wspólnicy oznajmili, że tym  razem pójdą na solo i w ten sposób ani ja ani oni ( z ich  solówek nic nie wyszło) nie mieliśmy nic. W mojej głowie cały czas ścierają się dwie przeciwstawne  hipotezy. Jedna że już nigdy więcej nie będę uprawiał triathlonu,  a druga że owszem i na 65 urodziny za dwa lata zrobię sobie Ironmana. Jak na razie pierwsza ma większe szanse się ziścić biorąc pod uwagę chroniczność moich dolegliwości. Rozcięgno dokucza mi już ponad dwa lata co może wskazywać na stałą już przypadłość a od roku mam duży problem z obydwiema górnymi kończynami. Mogę co prawd pływać  bez komfortu ale regularnego pływania w takim stanie chyba nie da się robić nie pogarszając sprawy. A może jednak da się i powinienem spróbować. Tak właśnie się ciągle odbijam od ściany do ściany. Raz wydaje mi się że jakoś da się rozchodzić, rozpływać rozjeździć a po paru parunastu próbach przechodzę w stan spoczynku z nadzieją że on mnie wybawi.  Z bieganiem tak długo próbowałem i nie  chce mi się już tego tematu wałkować. Nie biegam i nie będę dopóki i o ile moje rozcięgno nie postanowi odpuścić. Ponieważ cały czas je „czuję”, jeszcze bardziej chociażby po dłuższym marszu więc nic z prób  biegania. Irytuje mnie to bardzo ale jak chcę wyciągać z tej sytuacji jakiś pozytyw to to że po raz pierwszy od lat mam szansę dobrze zająć się jeżdżeniem na rowerze. Kiedy biegałem, zawsze tak jakoś był to priorytet. No to jeżdżę i nie chcę zapeszać jakimiś poważnymi planami rowerowymi bo to z tri już ostatnia dyscyplina jaka mi została choć i tu w ostatnich latach pojawiały się problemy. Zobaczymy co przyniesie kolejny rok. Triafter sixty jak na razie nie wychodzi dobrze, Jest nadzieja w triafter sixty five.

Garmin Iron Triathlon Serock

Jak zwykle start w triathlonie nawet „ niepełny” bo w sztafecie, stymuluje do kolejnego. I prawie dokładnie tak jak w ubiegłym roku po sztafecie w Gołdapi, postanowiłem wystartować już solo w ostatnich zawodach z cyklu Garmin organizowanych przez Labosport. Jakoś najbardziej mi ten organizator przypadł do gustu i już kilkadziesiąt razy u nich startowałem. Różnica w stosunku do poprzedniego roku była związana z miejscem zawodów kończących cykl. Rok temu był to Płock tym razem Serock w którym jeszcze cykl nie gościł. Dystans wybrałem taki sam, choć wewnętrznych dywagacji miałem sporo a wśród nich nawet spacerowy cały Ironman w Malborku który odpadł ze względu na termin. W Serocku wchodził w grę dystans 1/4 albo 1/8. Coś ostatecznie przekonało mnie do 1/8 i dobrze się stało bo “Pan porażka” znowu dał znać o sobie. Nie trenowałem pod ten start. W całym roku przepłynąłem może z 5 km. Bieganie oczywiście kuśtykało niemrawo i co jakiś czas zamierało na tygodnie. Rower też w kratkę i bardziej dla rozrywki. Jako że ciężko się uwolnić od lekkiej paniki niedotrenowania nawet kiedy dystans krótki a ty startujesz dla fanu a nie dla wyniku, ostatnie dwa tygodnie jakie pozostały do zawodów po podjęciu decyzji, postanowiłem jednak mocno wykorzystać na przygotowanie. W planie wszystkie trzy dyscypliny co miał mi ułatwić tygodniowy pobyt na Mazurach. Po raz chyba czwarty w tym roku ( trzy poprzednie bezskuteczne) zapakowałem piankę żeby poważnie popływać przed startem w jeziorze. Zapisałem się na zawody i następnego dnia podczas drogi na Mazury poczułem że coś mnie „rozbiera”. Ponieważ żona od dwóch tygodni zmagała się z wyjątkowo paskudną infekcją dużo wskazywało że właśnie i mnie dopadła. Zamiast trzech dyscyplin przez tydzień uprawiałem chorobę. Każdy nawet niewielki wysiłek wzmagał objawy. Zaczęło odpuszczać dopiero w niedzielę na tydzień przed zawodami. Nie było już mowy żebym cokolwiek „dotrenował”. Kilka przebieżek pod koniec tygodnia, jeden raz basen i trochę kręcenia na trenażerze musiało zastąpić zaplanowane i tak już przecież mizerne przygotowania. Wydawałoby się że do tak krótkiego dystansu nie ma co panikować i przesadzać z niedotrenowaniem. Może to częściowo prawda ale organizm złomotany chorobą to trochę inna kategoria. Właściwie bardziej już myślałem żeby znowu się nie rozchorować przez ten start, niż cokolwiek innego ale z drugiej strony nie chciałem sobie odebrać fanu z tego jedynego prawdziwego triathlonu w tym roku. Dlatego nie bardzo wiedziałem jak to się potoczy i czy nie przesadzę na początku żeby zdychać pod koniec. Po noclegu spędzonym niedaleko u rodziny, wybrałem się rowerem na miejsce startu. Miałem do pokonania 10 km, akurat na niewielką rozgrzewkę. Pogoda bardzo dobra, letnia ale nie upalna. Dojeżdżałem na miejsce po trasie kolarskiej i zauważyłem że czeka mnie na koniec etapu rowerowego podjazd o niewielkim nachyleniu ale wystarczająco długi żeby dać się we znaki. Po dojechaniu na miejsce zainstalowałem się w strefie zmian i już niedużo czasu pozostało do startu. Zaletą tego dystansu jest że nie trzeba czekać paru godzin tak jak w przypadku 1/4. Rekonesans wykazał jeden killer a mianowicie 100- 150 metrowy bardzo stromy podbieg, który najpierw trzeba pokonać po wyjściu z wody a drugi raz przed metą na biegu. Chciałem trochę rozgrzać się pływacko ale za bardzo warunków nie było ze względu na bliskość płynących już zawodników z 1/2. Tyle się rozgrzałem że stwierdziłem że woda jest zimniejsza niż myślałem że będzie. Plywanie swoim zwyczajem prowadziłem po łuku tak żeby jak najbardziej zminimalizować ryzyko kopnięcia przez kogoś i tak jak zwykle trafił mi się w pobliżu żabkarz na którego cały czas musiałem uważać żeby mnie nie znokautował. Udało się i po pokonaniu owego podbiegu dotarłem do strefy zmian gdzie czekało całkiem sporo rowerów co oznaczało że pływanie poszło nieźle. Po wyjechaniu z miasta i ustabilizowaniu tempa jazdy, wśród jadących upatrzyłem sobie „ofiarę” która jak mi się wydawało była w moim zasięgu i postanowiłem się jej trzymać, oczywiście w przepisowej odległości. To ułatwiło mi wytrwanie w powziętej decyzji żeby nie patrzeć na prędkość i jechać na wyczucie. Praktycznie nie spojrzałem na zegarek przez cały etap, który przebiegł bardzo spokojnie z wyjątkiem jakiegoś nawiedzonego gościa, który jechał na tyle wolno że go wyprzedzałem jadąc równym tempem, ale jak tylko to się stało to przyspieszał i wyprzedzał mnie po czym zwalniał i tak parę razy. Ktoś inny go za to opieprzył bo wjeżdżał niebezpiecznie pod koła wyprzedzających. Na kilka kilometrów przed końcem zagapiłem się trochę i „ofiara” odjechała a ponieważ zaczął się już ten podjazd który rano pokonałem nie chciałem się za bardzo napinać żeby ją dogonić. Mimo to szybciej ogarnąłem się w strefie zmian i na bieg wystartowaliśmy praktycznie razem. Ale to tyle bo biegła jednak zdecydowanie poza moim wybranym tempem. Jak się okazało była to kobieta z podium w kategorii wiekowej 25 lat młodszej, więc i tak byłem zadowolony że na rowerze tak nieźle mi poszło co zresztą potwierdziła niezła średnia prędkość. Biegło mi się dobrze, tak samo jak pływało i jechało. Oczywiście tempo nie było oszałamiające ale prawie nikt mnie nie wyprzedził a mnie się udało kilka osób. Szykowałem się powoli na ten podbieg przed samą metą ale według moich wyliczeń musiałem jeszcze trochę wytrzymać. Ku mojemu zdziwieniu nagle pojawił się nawrót i wszystko wskazywało na to że moje wyliczenia były o kilkaset metrów za długie. Wskazanie zegarka skróciło przepisowy dystans o niecałe 150 m i być może było to na poczet długiego dobiegu pod tę samą górę po pływaniu. W każdym razie kiedy okazało się że meta jest bliżej niż zakładałem, postanowiłem pokonać cały podbieg nie dużo wolniej niż po płaskim. Pod koniec czułem jednak że organizm już nie daje rady ale udało się dobiec do mety. Rezultat pierwszy w swojej kategorii ale nie to było dla mnie najbardziej istotne jeśli chodzi o wynik. Nie zarżnąłem się po chorobie i choć pilnowałem żeby nie przesadzić mój czas był tylko o około 7 minut gorszy niż 5 lat temu kiedy cały sezon starowałem na tym dystansie i w którym to roku byłem blisko szczytu formy. Wynik w Serocku wystarczył też na to aby wyprzedzić dwóch konkurentów z pudła o 14 minut i być szybszym niż ponad połowa ( ok 150 osób )wszystkich startujących w tym sto czterdzieści parę osób młodszych lub zdecydowanie młodszych. Nie do końca mogłem uzasadnić ten wynik i jedyne co przyszło mi do głowy to świeżość wynikająca z braku przeciążenia treningami której nawet choroba nie pokonała. Oczywiście zacząłem robić różne plany na kolejny sezon w tym regularne starty oraz natychmiastowy powrót do regularnego biegania. Wytrzymałem 5 tygodni. Moje rozcięgno po każdym biegu mocno dawało się we znaki i o żadnej poprawie nie było mowy. Kiedy sobie uświadomiłem źe trwa już tak prawie 14 miesięcy musiałem skapitulować. Albo zrobię tak długą przerwę że się naprawi- poprzedni raz trwało to ok. pół roku, albo będę cały czas żył w bólu i powłóczył nogami biegając raptem po kilkanaście km. tygodniowo. Pozostałe mieć nadzieję że kolejny sezon nie będzie znowu stracony.

„Sezon triathlonowy”

Zmiażdżony palec wyeliminował mnie z biegania na dobre 6 tygodni. Jak nie urok to sraczka. Przynajmniej nie musiałem się w tym czasie irytować dokuczliwym rozcięgnem. Też jakaś korzyść. Wcześniej mój sztafetowy partner poddał pomysł wystartowania na jednych zawodach ( jak zwykle w Gołdapi) tego samego dnia najpierw samodzielnie w 1/8 a później w sztafecie na 1/4 Ironmana. Pomysł podobał mi się ale wobec kontuzji z dnia nadzień stawał się coraz bardziej bez szans na realizację. Przez pewien czas kiedy lider sztafety nie odzywał się a ja nic nie robiłem oprócz niewielkiego kręcenia na trenażerze w klapkach, zacząłem nawet liczyć że i ze sztafety się wycofamy. Tak się jednak nie stało. W ostatnim dniu czerwca odezwał się i klamka startową zapadła. Zostało niewiele ponad trzy tygodnie a moja rowerowa forma wypracowana w maju w Holandii była już dawnym wspomnieniem jak mi się wydawało. Okazji do jej poprawy w czasie pozostałym do zawodów też za dużo już nie było. Coś tam jednak pojeździłem, głównie po szutrach więc nie bardzo wiedziałem jak stoję z prędkością. Dystans 45 km też nie wydawał się już bułką z masłem jeśli mialem go pokonać z sensowną prędkością żeby nie zwieść sztafetowych partnerów. Dzień przed startem zmieniłem opony na szosowe i jak zwykle zacząłem projektować kichę w trakcie zawodów. W poprzednim roku dętka mi strzeliła zaraz po zawodach. Tym razem miało być inaczej. Przyjechawszy na miejsce dopompowałem koła do startowego ciśnienia i po pół minucie rozległ się huk który wystraszył innych uczestników ( zawody dwa kilometry od granicy z Rosją). Pęknięcie dętki wywołało taki odrzut że opona w całość spadła z obręczy. Przynajmniej szybko mi poszła wymiana. Trochę jeszcze było stresu z dokupieniem zapasu dętki i byłem gotowy do zostawienia roweru w strefie zmian o czasie. Pozostało czekanie na start. Projektowałem mękę z utrzymaniem sensownej prędkości ale pozytywnie się pomyliłem. Najbardziej składam to na fakt że tak mała ilość przygotowań dała mi świeżość która skompensowała niedotrenowanie. Czas był porównywalny z najlepszymi moimi wynikami na tym dystansie sprzed paru lat kiedy regularnie i często startowałem. Oczywiście jazda w sztafecie daje przewagę bo człowiek niezmęczony po pływaniu i nie musi się oszczędzać na bieg. Ale i tak byłem zadowolony bo zakładałem że będzie istotnie słabiej. Oczywiście jak zwykle najlepsze było w tym ponowne spotkanie z moimi sztafetowymi partnerami i atmosfera zawodów przypominająca doznania z poprzednich lat.

W trakcie sztafety pomagamy sobie wzajemne ????

Zdrowy sen w hamaku

Pomyślałem że może czas przerwać jednak serię tych negatywnych opowieści, które zapanowały na tym blogu. W końcu znowu zaczynam trochę truchtać, schodzenie paznokcia oceniam na 98% zaawansowania ( więc efekt kolejnej kontuzji i ograniczeń z tym związanych także dobiega końca) no i zbliża się mój kolejny ( skromny drugi) start w tym roku, tym razem w sztafecie ¼ Ironmana. Tak jak rok temu, zostałem wyznaczony przez kolegów do etapu rowerowego co mi bardzo pasuje ze względu na brak biegania ( bo kontuzje) oraz brak od wielu miesięcy pływania ( bo jakoś mi się nie chciało jeździć na basen). Ale o tym starcie napiszę osobno jak już się odbędzie. Generalnie moje życiowe „triafterfifty” zmienia swoje oblicze i zmierza coraz bardziej w kierunku wyprawowym, choć na razie więcej o tych wyprawach myślę niż je realizuje. Codzienną aktywność fizyczną staram się realizować ale coraz bardziej o niej myślę jak o podtrzymywaniu starzejącego się organizmu w kondycji a nie w aspekcie osiągnięć (quasi) sportowych. Oczywiście poprzednie przyzwyczajenia do rutyny startowej gdzieś ciągle we mnie tkwią i od czasu do czasu wpychają się do mojej świadomości powodując pomysły aby wystartować tu czy tam, ale przydarzające się od kilku lat kontuzje nie tylko je niweczą co do konkretów ale również wpływają na ogólne podejście. Chciałbym aby moje konkretne ruszanie się było bardziej przejawem „bo mi się chce” niż obowiązku wynikającego z faktu zapisywania się na kolejne zawody i konieczności przygotowania się do nich. Do tej pory od czasu kontuzji na początku 2021 która wykluczyła mnie z biegania na wiele miesięcy, nie udaje mi się nie tylko wrócić do regularnego biegania ale także poczuć że po prostu chce mi się biec tak jak to było kiedyś. Ale pomijając kontuzje, pamiętam przygotowując się do biegów ultra już gdzieś ta przyjemność z biegania zaczęła mnie opuszczać. No ale miało być pozytywnie więc zostawię aktywność na boku i przejdę do tematu o którym chciałem napisać. Parę lat temu trafiłem na wypowiedź jednego z moich ulubionych podcasterów, który podzielił się swoim zwyczajem spania we własnym domu na jego dachu w namiocie. Esencją tej informacji było to że śpi mu się znacznie lepiej z uwagi na temperaturę i świeże powietrze. Jakoś w tym samym czasie, nie wiem jednak z jakiego źródła, doszła do mnie informacja o dobrym wpływie spania w hamaku na odpoczynek ciała i kręgosłup w trakcie snu. Z tych dwóch informacji zrodził się u mnie pomysł aby te sposoby wypróbować w codzienności. Nie chodziło mi o naśladownictwo\podążanie za czyimś kaprysem. Nie wysypiałem się dobrze a dodatkowo miałem właśnie problemy z kręgosłupem po nocy spędzonej na łóżku. W uproszczeniu ból głowy i kręgosłupa. Zacząłem od namiotu. Szczerze mówiąc nie pamiętam czy nastąpiła jakaś radykalna zmiana w odczuciach jeśli chodzi o spanie w nim i to tradycyjne. Z tego co pamiętam było lato więc raczej było mi w nim duszno. Na kręgosłup mi to też nie pomogło. Wtedy wypróbowałem hamak i to był strzał w dziesiątkę. Bóle w kręgosłupie ustąpiły a jako że spałem na otwartym powietrzu to i efekt tego się pojawił – odeszły bóle głowy. Dodatkowo zacząłem stosować technikę uczącą mnie oddychać nosem w trakcie spania i zacząłem się też pozbywać towarzyszącego mi przez lata odczucia Sahary w ustach. Do namiotu jeszcze trochę wracałem jak robiło się zbyt zimno na spanie w hamaku na zewnątrz ale przed kilku laty zwinąłem go ostatecznie z balkonu i zaniechałem. Zdarzają mi się jeszcze epizody spania w łóżku ale wynikają one z okoliczności i dalej wracam do mojego hamaka. Kiedy zacząłem monitorować swój sen a jeszcze bardziej tzw. HRV ( ang. Heart Rate Variability), pozytywne różnice pomiędzy spaniem w hamaku ( na zewnątrz) i w tradycyjny sposób potwierdziły się na cyfrach. Dotyczy to również spoczynkowego tętna które przeważnie jest w okolicach 10 uderzeń na minutę wyższe kiedy sypiam „tradycyjnie”. Właściwie po latach spania w ten sposób, mogę przyczepić się tylko do jednego. Niestety w porze jesienno zimowej bardzo często pojawia się smog i spanie w tych warunkach na zewnątrz prozdrowotne nie jest. Wcześniej stosowałem rozwiązanie że kiedy jakość powietrza była dobra spałem na zewnątrz a kiedy panował smog przenosiłem się do wewnątrz i spałem albo na hamaku prowizorycznie rozpiętym albo w łóżku.

Tej zimy przeniosłem całe swoje stanowisko hamakowe do środka i obniżyłem temperaturę w pomieszczeniu w którym je ustawiłem.

Pan Porażka

Jak już rozpocząłem serię wpisów o moich porażkach, „żal’ ją przerwać, tym bardziej że materiał aż wylewa się przez ręce. Moje zmagania z rozcięgnem podeszwowym trwają już paręnaście miesięcy. Niby dawało się truchtać a nawet trochę biegać ale na bardzo niskim poziomie i w sumie bez większej satysfakcji. Niezależnie od tego co mogłem tu i ówdzie usłyszeć że jak się biegać da choć boli to biegać trza, moja dawna motywacja kiedy to z wlokącą się kontuzją zapisywałem się i startowałem w kolejnych zawodach zgasła a  coraz bardziej do głosu dochodzi konkluzja że przyjemność okraszona tego typu problemem przyjemnością być przestaje. Pozostała jednak pewna determinacja, w związku z tym  i plan na bieganie był cały czas i kolejne i kolejne próby, na tyle jednak „rozsądne” aby nie wchodzić w na wyższe stopnie problemu ze stopą. Zimę więc trochę przytruchtałem  ale już w okolicach lutego definitywnie odrzuciłem plan na maraton w kwietniu w Rotterdamie. Na osłodę zapisałem się na lokalną Dziesiątkę Babicką co też mogło być balansowaniem na krawędzi ryzyka bo jak do tej pory ograniczałem dystans do 5 km biegając wolno i nie często ( w przeciwieństwie do sraczki która jak wiadomo jest rzadka i częsta). Dziesiątka babicka to jednak moja kultowo-nostalgiczna impreza więc postanowiłem jednak wystartować. Stopniowo zwiększałem dystans i trochę intensywność ale nie zakładałem nawet zbliżania się do starych rekordów. Po cichu myślałem że 55 minut byłoby nice i nie byłbym z takim wynikiem totalnym outsiderem w mojej grupie wiekowej. Aby jednak tak pobiec musiałbym to zrobić tempem jakiego nie używałem od prawie trzech lat bo używałem o minutę co najmniej wolniejsze  no i dać sobie z tym radę przez całe dziesięć kilometrów. Nie zamierzałem się forsować w tym celu  z powodów  jak wyżej więc było to bardzo cicho myślane , prawie niesłyszalnie.

No ale udało się. Mimo wszystko ogólna wydajność jednak gdzieś tam sobie na tyle przetrwała w moim organizmie że dycha w 52.45 bo tyle mi to zabrało, nie sponiewierała mnie praktycznie wcale a i stopa dała radę nie dając większego odczucia bólu niż zwykły, codzienny i znośny choć nieznośny zarazem. Ten start był więc moim nowym otwarciem pozytywnego myślenia o bieganiu dalej. Wkrótce później pojawiła się okazja pojeździć na rowerze bo przecudownych drogach rowerowych w Holandii więc to zrobiłem ( ponad 600km), utrzymując  bieganie w ryzach choć już powoli myślałem o tym że może jednak lato będzie jakimś  biegowym sezonem choćby na dystansach ¼ Ironman w triathlonie ( no bo tempo niższe z założenia niż na biegach solo) a jakby się dało to może na jesieni i ½ by się udała.

Pod sam koniec mojego pobytu w Holandii, ostatniego dnia przed wyjazdem na rano zaplanowałem trochę siłowni a popołudniu miałem sobie pobiec niespiesznie koło 10 kilometrów żegnając się z tamtejszymi pięknymi ścieżkami biegowymi. Mój plan a głównie jego druga cześć został brutalnie przerwany. Prawie na koniec pobytu w siłowni udało mi się zrzucić 15kg talerz kantem na stopę  u nasady dużego palca. Jeszcze w pierwszych chwilach  po zdjęciu buta i spojrzeniu na stopę ( palec dalej był do niej przytwierdzony) pomyślałem że dam radę i doćwiczyć i po południu pobiec- adrenalina zadziałała. Na szczęście włączyło się też myślenie i konstatacja że w do owej siłowni dotarłem na rolkach ( 2km) i za chwilę mogę nie być w stanie nawet tych rolek założyć. Więc skupiłem się na powrocie do mieszkania gdzie dopiero moja stopa pokazała stopień zniszczenia. Nie chcę tu nim epatować bo samemu mi się robi niedobrze. Minęły już trzy tygodnie. Palec jeszcze się nie zrósł, krew już się nie leje, czekam na zejście paznokcia. Do biegania w każdym zakresie nie wiadomo ile jeszcze zostało ale z mojego biegowego sezonu znowu nici.

Nie będę morsem

Po prawie dziesięciu latach w miarę regularnych kąpieli w zimnej wodzie postanowiłem odstawić te praktyki. Jak pewnie dla wielu, wiedza o korzystnym wpływie morsowania dotarła do mnie z sieci. Przy czym było to znacznie wcześniej zanim boom na morsowanie zaczął się na dobre w Polsce kilka lat temu. Pierwszą moją „lodową studnią” był duży pojemnik na odpady. Ci którzy o nim słyszeli śmiali się bądź pukali w czoło. Jak się później jednak dowiedziałem nie byłem wyjątkiem w stosowaniu tego rozwiązania. Dopóki miałem miejsce na niezagospodarowanym przydomowym terenie, zakopywałem do połowy ten pojemnik w ziemi co pomagało unikać zamarzania całej wody. Później z kolei pojemnik sprawdził się ze względu na kółka i w duże mrozy mogłem go wciągać do garażu żeby ochronić wodę przed całkowitym zamarznięciem. Kiedy miałem okazje zanurzałem się też w rzekach czy jeziorach.

To strona techniczna. Natomiast w kwestiach odczuć i zdrowotnej to wyglądało następująco.

Nigdy nie byłem fanem pływania w zimnej wodzie ani siedzenia w niej dla fanu. Jednak przemawiało do mnie to co twierdzi się naokoło odnośnie pozytywnego wpływu morsowania na zdrowie. Do tego oczywiście dochodzi cała historia Wima Hoffa i przekazy jego wyznawców. Szczerze mówiąc nie wiem co mi dawały dla zdrowia te praktyki. Nigdy za często się nie przeziębiałem nawet nie morsując i nie dopadały mnie anginy – średnio raz na 1,5 roku. To się nie zmieniło. Z kolei w sferze odczuć to niewątpliwie wejście do lodowatej wody na parę minut daje kopa większego niż poranna kawa. Dla mnie też nie było to „handlem” pomiędzy cierpieniem przebywania w lodowatej wodzie w zamian za świetne samopoczucie po. Nie cierpię siedząc w wodzie czy to 2 minuty czy 5 czy nawet kilkanaście ( robiąc to regularnie). Cierpienie przychodzi później. Po wyjściu z wody przez paręnaście minut jest super. Jasność umysłu, energia itp. Natomiast zawsze mam problem z tak zwanym efektem „after drop” kiedy to zimna krew z rąk i nóg zaczyna docierać do korpusu i zaczyna się odczuwanie zimna przez wiele minut a nawet godzin w zależności od tego ile w tej wodzie siedziałem. Próbowałem wielu sposobów aby ograniczyć ten efekt. Nakładanie wielu warstw ubrań, picie ciepłych napoi, różne dedykowane i niededykowane ćwiczenia fizyczne i wreszcie sauna. Tylko ostanie dwa sposoby pozwalały ograniczyć ten efekt. W sumie jednak w moim przypadku morsowanie równało się minuty fajne, godziny niefajne. Gorsze jednak jeszcze było to co wydaje mi się efektem narastającym w czasie. Wiele można przeczytać o zwiększeniu tolerancji na niskie temperatury jako efekcie morsowania. U mnie było odwrotnie. Tak jak wspomniałem o ile siedzenie coraz dłużej w lodowatej wodzie z pewnością jest efektem większej tolerancji ale jak u mnie tylko w tym aspekcie. Przez ostatnie kilka lat coraz gorzej tolerowałem chłód i to na wielu poziomach. Doszło do tego że praktycznie nie rozstaję się w pomieszczeniach zamkniętych z puchówką przez większą cześć roku. Do tego coraz mniejsza niższa temperatura powoduje że marzną mi dłonie. Kiedyś jazda na nartach w „normalnych” warstwach ubrania nie sprawiała mi problemu nawet w mroźne zimy. Teraz cierpię już w temperaturze lekko poniżej zera. Wiele razy po przebywaniu w zimnej wodzie ( dotyczy to też zimnych prysznicy które regularnie brałem) moje palce u rąk stawały się białe na kilka godzin. Szukałem przez wiele miesięcy odpowiedzi na moje problemy w miejscach w których ludzie wypowiadają się na temat morsowania. Niestety nie znalazłem , oprócz wskazania indywidualnych problemów zdrowotnych ( z krążeniem itd. ). Może to prawda ale tez prawdą jest że kiedy robiłem dłuższe przerwy w morsowaniu moja codzienna wrażliwość na zimno spadała = wzrastała na nie tolerancja. Przez ostatnie trzy lata przyglądałem się temu szczególnie, naprzemiennie przez kilka tygodni morsując i robiąc sobie przerwy.

2022

Po tym jak nie zostałem Ironmanem we wrześniu 2021 roku, stopniowo zacząłem próbować biegać. Zgodnie z sugestią ortopedy,  w październiku uznałem że moja kość łonowa się zrosła i mogę zacząć. Faktycznie ból  w tym miejscu już nie pojawiał się, co uznałem za dobry znak- w fazie złamania pojawiał się niemal po kilku krokach. Pachwina też jakby dała sobie spokój. Plan rozpocząłem od 2 km truchtu i tymczasem nie zamierzałem tego dystansu zwiększać (stopniowo) do więcej niż 4-5km. Tak też upłynęło kilka tygodni, później pojawiła się zima i trochę jazdy na nartach – też już bez bólu. Tak jakoś dotruchtałem do lutego kiedy to tradycyjnie chciałem połączyć jazdę na trenażerze z oglądaniem Australian Open. Coś mniej podkusiło żeby to była mocna jazda. I stało się, po paru dniach wrócił ból w pachwinie i to w wyraźnie zwiększonej dawce zarówno co do nasilenia jak i obszaru występowania. Kolejne diagnozy, wizyty u specjalistów i poważne związane z tymi diagnozami obawy czy uda się obejść bez operacji mojej przepukliny. Postanowiłem jednak spróbować mixu fizjoterapii własnej ( z Youtube) oraz fachowej. Fachowa orzekła że moje problemy biorą się z kręgosłupa i z całą mocą zajęła się naprawą. Po kilku sesjach w czasie których m.in. grzebano mi igłami w ciele tak żebym nie zapomniał gdzie przebiegają istotne nerwy, doszliśmy do stanu kiedy biodro od tego grzebania w nerwie bolało mnie już tak bardzo,  że postanowiłem sprawdzić czy da się ten ból usunąć tylko nie chodząc na kolejne sesje fizjo. Dało się. Po dwóch tygodniach  ból w biodrze ustąpił, o dziwo istotnie zmniejszył się też ból w pachwinie. Do dzisiaj nie wiem co o tym sądzić, w każdym razie do fachowca przestałem chodzić w ogóle, ale dalej ćwiczyłem z Youtuba i też parę ćwiczeń które on-fachowiec  mi pokazał. I znowu zacząłem truchtać stosując plan taki sam jak ten z jesieni. W maju już dawałem radę przetruchtać 4-5 km z kontrolowaną niedogodnością w pachwinie. Zacząłem już nawet myśleć o jakichś biegach i triathlonach w lecie. Tymczasem pojawił się „niewinny” firmowy challenge w ramach którego w czteroosobowych zespołach miało się wybiegać\wyjeździć kilometry na cel szczytny. Miał trwać tydzień. Po dwóch dniach kiedy to ja przebiegłem łącznie kilkanaście kilometrów, rozpętał się prawdziwy bój bo  niektórzy harpagani jeździli po  sto km dziennie lub biegali prawie maratony. I tak przez kolejne pięć dnia najeździłem i nabiegałem paręset kilometrów a adrenalina z tym związana zagłuszyła i moje dolegliwości i zdolność racjonalnego myślenia. Challenge zakończyłem zacnym wynikiem i o dziwo niepogorszeniem problemów pachwinowych. Tyle że totalnie wysiadły mi achillesy. To „zabawne” że po raz kolejny ból który się dopiero co  pojawił przyporządkowałem do „szybko przejdzie”. Nie przeszedł. Achillesy w obydwu nogach wyłączyły mnie znowu na kilka tygodni i z biegania i z jazdy na rowerze. Pozostawało pływanie i tak w czerwcu kiedy sobie pływałem, dostałem propozycję udziału w lipcu w sztafecie triathlonowej – miałem zaopiekować się odcinkiem rowerowym. Biorąc pod uwagę mój stan, to pływanie powinno być moje ale ponieważ dystans był krótki -22,5 km a udało mi się mimo wszystko trochę pokręcić pedałami w poprzednich miesiącach zanim dopadły mnie przymusowe przerwy, zgodziłem się. Niewiele czasu pozostało żeby sobie pojeździć ale przynajmniej jak już zacząłem,  i moje achillesy i moja pachwina dały radę. Start poszedł nadspodziewanie dobrze i oczywiście skłonił mnie do myślenia o „więcej”. Miałem do wykorzystania dwa pandemiczne vouchery. Jeden postanowiłem wykorzystać na start w 1/8 Ironamana w Płocku pod koniec września, tym razem już samodzielny  a drugi na przekładaną już dwa razy (ultra) Łemkowynę – tym razem zapisałem się na 48 km ( You stupid!). I znowu zacząłem biegać mozolnie wydłużając wyjściowy dystans 3-4 km przez cały sierpień. Na początku września wziąłem udział w nowej imprezie biegowej w Kampinosie na dystansie półmaratonu, pokonując ją zgodnie z zaleceniami „lekarza” ( czyli mnie samego) Galowayem. Uznałem że jak dam radę to Łemkowyna pod koniec października z limitem czasu 8 godzin powinna być w zasięgu. Udało się co prawda ale ból w pachwinie trzymał się kilka dni. Dostałem też przypominajkę z pierwszego okresu mojego biegania sprzed ośmiu lat a mianowicie problem z rozcięgnem podeszwowym (what the fuck!!!). Ból rozcięgna pojawił się zaraz kiedy zacząłem znów biegać w sierpniu, kiedy odpuściły już achillesy. Chyba moja pachwina potrzebuje jakiegoś towarzystwa w drugiej nodze. Po skończonym półmaratonie mój optymizm co do 48 km w górach prysł. Ale jeszcze po drodze został triathlon w Płocku a tu wystarczyło cięgiem przebiec niewiele ponad 5 km. Start w Płocku był udany. Mocno się oszczędzałem, wynik i tak przyzwoity ( pominąwszy straszne guzdranie się w strefie zmian z chęci uniknięcia zmarznięcia na rowerze) i o dziwo zero bólu po całkiem szybkim biegu. Łemkowyna znowu stała się realna. Ale nie była. Abstrahując od innych powodów które pokrzyżowały moje plany pobytu i startu w Beskidzie, kilka tygodni biegania po Płocku uświadomiło mi że tak jak już dwa razy wcześniej w tym roku, kolejne przegięcie z intensywnością i dystansem mogą wrócić mnie do stanu zero ( biegania) albo jeszcze gorzej. I tak nastąpił koniec sezonu 2022. To już drugi z rzędu tak porąbany i mało obiecujący sezon. W tym czasie coraz bardziej rozgaszczam się w 7 dziesiątce życia i może wszystko „duże” jeśli chodzi o moje aktywności co miało się stać już się stało i zakończyło.

Zobaczymy. Tymczasem czekam na zapisy na maraton w Rotterdamie który ma się odbyć  drugiej połowie kwietnia 2023 J