Zwolnić ale nie przestawać

Moje ubiegłoroczne posezonowe rozterki co do dalszej formuły „uprawiania” aktywności fizycznej na polu triathlonu, trwały do początku stycznia tego roku. W ich trakcie,  dochodziły do mnie co i raz wieści o tych którzy zaprzestali, zwolnili, zrobili przerwę czy też „przemodelowali” swoje triathlonowe życie. Poczułem się jakbym wstrzelił się w jakiś ewidentnie zataczający szerokim łukiem trend w którym filozofia „ogień z dupy” ustępować zaczęła jakiemuś nowemu podejściu. Nie wiem czy to akurat ugruntowało moje wcześniejsze pomysły na odpuszczenie startów w formule którą realizowałem przez ostatnie 4 lata, nie mniej jednak na pewno miało na nie  jakiś wpływ.  Na początku stycznia podjąłem ostateczną decyzję o swoich startach w 2019  i zapisałem się na pięć zawodów na dystansie 1/8 Ironman. Nigdy jeszcze na tak krótkim dystansie nie startowałem w triathlonie więc mam  element „nowości”, wiem też,  że  wbrew pozorom nie muszą to być starty lekkie przez sam fakt że są krótkie. Mam więc też element „wyzwania”, a przy tym jednak mogę,  jak mi się wydawało, zrealizować zamiar wyrzucenia z głowy wielomiesięcznego obciążenia zbliżającymi się zawodami, tak jako to miało miejsce w przypadku startów na długich dystansach. Układając w ten sposób startowy rok 2019 miałem poczucie że mogę odpuścić i poszukać zgubionej trochę radości z aktywności fizycznej.  Fakty są takie że od końca października do końca lutego nie biegałem. Z tygodnia na tydzień co raz mniejszy na to wpływ miało lekkie niedomaganie nogi, które na samym początku stanowiło motyw przewodni przerwy w bieganiu  a coraz większy  zwykłe poczucie że mi się nie chce. Trochę odczuwana obawa o utratę nabytej sprawności biegowej coraz mniej na mnie działała. Kiedy ustaliłem listę startów,  z których żaden nie miał w programie biegu na dystansie dłuższym niż 5 km, przestałem się już zupełnie przejmować tą kwestią. Uznałem że do pierwszych zawodów  zaplanowanych  na koniec maja,  będę się w stanie przygotować biegowo przez dwa-trzy miesiące a zatem mój urlop może spokojnie trwać przez większą część zimy. Dziwne dla mnie było jednak to że   z trzech moich głównych aktywności  tak dokumentnie odpuściłem właśnie  bieganie. W poprzednich latach to właśnie bieganie wydawało mi się ostatnim kandydatem do odpuszczenia. Pływanie  na ogół wysysające z mnie najwięcej sił w połączeniu z logistyką basenową,  znacznie bardziej skomplikowaną niż w przypadku biegania,  wydawało się dzierżyć pierwszą pozycję do odpuszczenia. Problem z nogą pojawił się za sprawą jazdy na rowerze więc raczej też powinienem prędzej lub bardziej   odpuścić rower a nie bieganie. Może znaczenie miał pomysł pieszych wędrówek które miały poniekąd zastąpić bieganie. Tak czy owak  dalej kręciłem pedałami, od listopada już jednak tylko na rowerze stacjonarnym i w miarę regularnie pływałem. Po raz kolejny zamysł intensywnych ćwiczeń siłowych nie został zrealizowany. Na pewno było tego trochę więcej niż w poprzednich sezonach ale zdecydowanie mniej niż powinno być aby odpowiedzieć na zachodzące z wiekiem zmiany. Jednak to wszystko co robiłem w sezonie zimowym ani nie było wymuszone jakimkolwiek reżimem treningowym czy startowym, ani nie obciążało mnie ponad miarę ani wreszcie nie zmuszałem się do tego, raz po raz zmieniając ad hoc pomysły na to co w danym dniu będę robił. Wreszcie poczułem się nie tylko sprawny fizycznie ale też na ogół wypoczęty z motywacją do codziennej aktywności.

Cierpienia (nie)młodego wertera. napisane listopad 2018

Jest to dosyć powszechne odczucie, że kiedy kończy się jakieś zawody, to niezależnie jak ciężkie by były i ile razy w ich trakcie, człowiek obiecywałby sobie że nigdy więcej, zaraz po ukończeniu zaczyna planować następne. W ubiegłym roku po Ironman w Malborku, który był „ukoronowaniem” wymęczonego sezonu, natychmiast zapisałem się na te zawody ponownie. Umiaru wystarczyło mi na tyle że w tym sezonie byłby tylko trzy zawody triathlonowe oraz poprzedzający je  maraton na wiosnę. Perspektywa Ironmana we wrześniu, przez cały poprzedzający go okres trzymała mnie w „reżimie treningowym” niezależnie od tego że jak zwykle nie miałem żadnego ustrukturyzowanego treningu. Wraz z upływem czasu coraz bardziej dochodziło do mnie jak różnie się czuję  w stanie  trenowania od tego jak było na „samym początku” choć nie tak znowu dawno temu. Pomimo iż treningi statystycznie rzecz biorąc nie były objętościowo oszałamiające – wychodziło jakieś 7 godzin tygodniowo, to na ogół czułem się po nich  zmęczony. Pewnie wiek robi swoje a może skumulowane zmęczenie z pięciu lat w ciągu których sporo jednak było rożnych startów.  Kiedy zaczynałem na dobre się ruszać, aktywność fizyczna dawała mi przysłowiowego kopa i każdego ranka po przebiegnięciu czy przejechaniu swoich kilometrów czułem się pełen energii do działania. Niekoniecznie tak jednak było w dni „basenowe”. Pływanie zawsze „wysysało” ze mnie więcej energii niż jej dodawało. W ostatnich dwóch latach jednak podobnie zacząłem odczuwać pozostałe aktywności. Nie wszystkie ale coraz więcej. Nie wiem na ile zmęczone było ciało a na ile przemęczona głowa ale efekt był taki że po treningu odczuwałem na ogół zmęczenie często mające wpływ na moje pozostałe aktywności. Niby nic w tym nadzwyczaj  dziwnego jak to raportują też inni bawiący się w sport,  ale jakoś w sposób nawarstwiający stawiało to przede mną pytanie czy tak właśnie chcę. Jak wielu „kanapowców” wstałem z niej poszukując utraty wagi i sprawności fizycznej na poziomie młodszych lat z której po latach  niewiele już pozostało. Wkręciwszy się w starty na zawodach, doszły jednak też inne cele, przede wszystkim poprawa tej sprawności mierzona rezultatami. Każdy amator startujący w zawodach myśli o tym niezależnie jakby się tego przed sobą lub innymi wypierał. Startowanie dla samej motywacji może mieć jakiś sens ale z drugiej strony może być w pewnym momencie nieproduktywne  kiedy wyjście na trening zaczyna się bardziej kojarzyć z koniecznością niż przyjemnością bądź nawet rutyną . Po zakończeniu tegorocznego sezonu startowego a tak naprawdę jeszcze przed jego ostatnim akcentem, targały mną sprzeczne odczucia. Z jednej strony mówiłem sobie czas na odpoczynek i kolejny rok powinien być właśnie takim odpoczynkowym, z drugiej chodziły mi po głowie nowe wyzwania, z podwójnym Ironmanem na czele. W trakcie owych rozterek zamieniłem go na triathlon na krótszym dystansie ale bardziej hardkorowy, górski itp. Na przeciwnym biegunie stało kilka startów na najkrótszych dystansach tak aby „podtrzymać” swoje zaangażowanie w triathlon. I tak sobie w myślach dywagowałem tygodniami w między czasie skupiając się na tym co zaniedbywałem przez ostatnie lata a którego to zaniedbania  ze względu na wiek robić nie powinienem. Mianowicie na treningu siłowym. Tak szybko jak się na nim skupiłem tak szybko jednak też zmieniłem swoje podejście  i odłożywszy wzmacnianie siły na późniejsze miesiące zimowe, zacząłem mocno inwestować czas w mobilność, elastyczność i prawidłową postawę. Jako że nie zmieniłem swojego nawyku poświęcania czasu na aktywność fizyczną z samego rana, ćwiczenia moblilności praktycznie wyeliminowały bieganie w ciągu kilku tygodni . Dodatkowym powodem dla którego przestałem regularnie biegać  była choroba która się przydarzyła po drodze. Tak czy owak obudziłem się niedawno ze świadomością że ponad miesiąc już praktycznie nie biegam i „najgorsze” w tej świadomości było to że wcale się z tym źle nie czuję. Pewnie z uwagi na wyjątkowo ciepłą jesień po raz pierwszy w tym roku udało mi się z kolei  pociągnąć przez trzy tygodnie projekt jesiennego przemieszczania się do pracy na rowerze do którego przymierzałem się z niepowodzeniem przez ostatnie dwa lata.  Pływanie jakoś się sprowadziło do 1,5 raza średnio na dwa tygodnie. I po raz pierwszy od wielu miesięcy a może i nawet dwóch lat  poczułem że to co robię nie odkłada się w postaci permanentnego zmęczenia. W związku z tym po trzech miesiącach od ukończenia Ironmana moja sytuacja się ustabilizowała. Usunąłem z planów na następny rok pomysły na długie dystanse czy to biegowe czy triathlonowe. Jeżeli coś dłuższego zrobię to nie na zawodach a tylko we własnym towarzystwie  typu długa wycieczka na rowerze lub bieg przełajowy.  Do wiosny skupię się na sile i mobilności albo odwrotnie, na rowerze będę jeździł ile się da w tym sezonie do pracy a co do biegania to poczekam aż mi się naprawdę zachce. Ponieważ do pływania na basenie potrzebne mi jest przemieszczanie się samochodem bo łączenie tego z dojazdem  rowerem zabierałoby mi za dużo czasu to pływać będę wykorzystując te okazje kiedy muszę wziąć samochód do miasta. Co do startów to zaplanowałem sobie same krótkie i mam nadzieję że ten przyszły sezon da mi zarówno frajdę jak i wzmocnienie organizmu oraz psychiczną i fizyczną podbudowę do kolejnego sezonu w którym może powrócą pomysły na długie dystanse które jak od tej pory były najbardziej upodlająco-motywujące jak we wstępie do tego co powyżej.

Ironman Malbork 9.09.2018

Na ten start czekałem rok.  Jest to oczywiste bo zapisałem się na niego zaraz po ubiegłorocznej edycji która miała miejsce 3 września 2017 r. ale chodzi mi o to w aspekcie „aktywnego” czekania. Miał to być mój najważniejszy  start 2018 ale nawet nie tak jak się to zwykle rozumie wśród startujących,  dzieląc starty na te z kategorii A oraz inne, często o charakterze przygotowawczo- sprawdzającym, lecz miał on domknąć jakiś rozdział w moim życiu. Może to tylko takie myślenie i dopiero po jakimś czasie będzie się można o tym przekonać czy faktycznie domknął, nie mniej jednak myśląc przez wiele miesięcy o zbliżającym się dniu,  kiedy znowu  rozpocznę zmagania z pełnym dystansem Ironmana  w Malborku, tak o tym myślałem. Nieoczekiwana euforia która opanowała mnie po  zawodach w Malborku rok wcześniej,  do których przystępując byłem na etapie „bardzo mi się nie chce i niech będzie co ma być”, pomogła w pierwszych miesiącach przygotowań do kolejnej edycji. W sferze psychicznej bo fizycznie zdecydowanie   przegiąłem i rzucenie się do mocnego trenowania już w pierwszym miesiącu  nie było rozsądne. W miarę upływających kolejnych miesięcy,  moja determinacja jednak słabła i już na początku lata marzyłem aby ten Malbork nadszedł jak najszybciej. Ewidentnie starty przestały być takim motywatorem jak w pierwszych latach mojej przygody z triathlonem. Nie mając żadnego określonego reżimu treningowego, mimo wszystko nie czułem się dobrze z tym że „powinienem” bo trzeba się przygotować. Przygotowania też męczyły mnie fizycznie. Często się nad tym zastanawiałem analizując czas poświęcony na aktywność ukierunkowaną na triathlon. Poprzedni sezon był ewidentnie objętościowo mniejszy niż wcześniejsze dwa lata, ale ten rok nie był z kolei objętościowo większy. Albo więc dwa lata różnicy wieku sprawiły że ta sama ilość aktywności była dla mnie bardziej obciążająca niż wcześniej albo moja głowa nie była sobie w stanie poradzić ze zmęczeniem które ciało odczuwało tak samo. Nie mam na to jednoznacznej odpowiedzi i chyba nie będę jej za bardzo poszukiwał. Raczej  spróbuję kolejny rok płynąć z prądem moich bieżących odczuć nie narzucając sobie żadnego konkretnego celu startowego. Nie znaczy to oczywiście że takie cele nie przychodzą mi ciągle do głowy ( i to jednak  przyjmuję za dobrą monetę), ale ponieważ rynek startowy z mojego oglądu stał się zdecydowanie bardziej rynkiem kupującego, niezapisanie się wcześniej na zawody nie przekreśla możliwości w nich udziału – poza wyjątkami które i tak raczej nie są moim pożądanym celem.

Wracając do startu. Zawody, które odbyły się niespełna miesiąc wcześniej w Gołdapi na dystansie ¼ IM  pozostawiły mnie w stanie mieszanym. Z jednej strony poszło dobrze, przede wszystkim byłem w stanie mocno pobiec,  z drugiej ten astronomiczny puls jaki miałem podczas większości czasu,  przypominał mi  ubiegłorocznego Ironmana i gehennę z tym związaną. Poza tym ciągle nie byłem się w stanie wkręcić sensownie w rower. Wiedziałem że przez kilka tygodni po Gołdapi  niewiele już z roweru poprawię ale jednak próbowałem co mogło się skończyć dokładnie odwrotnie. Ponieważ odnosiłem wrażenie że zbyt nisko siedzę, podniosłem sobie siodełko o kilka milimetrów. Po kilku jazdach dopadł mnie ból kolana jaki przydarzył mi się kilka lat wcześniej i wtedy połączyłem go właśnie ze zbyt wysokim siedzeniem i skutkiem tego zbyt wyprostowanej nodze w trakcie kręcenia pedałami w najniższym ich położeniu. Lekko spanikowany wróciłem do poprzednich ustawień a co do bólu mogłem tylko czekać odpuszczając dalsze mocne i długie wyjeżdżenia. Po dwóch tygodniach ból specyficzny ( na bocznej zewnętrznej części kolana) zniknął pozostał jednak w nodze w formie bardziej rozlanej. Miałem nadzieję że dam rade i pojechać i pobiec w Malborku,  no i też że się nie pogłębi do stopnia ewidentnej kontuzji. Po drugiej stronie były cały czas dobre wskazania HRV i pulsu spoczynkowego zapoczątkowane spaniem w hamaku które to kontynuowałem  z kilkudniową przerwą związaną z wyjazdem  na niespełna 10 dni przed zawodami. Ostatnie dwie noce przed zawodami spędzone w hotelu w Malborku też nie w hamaku „zrzuciły’ moje dobre wskazania w otchłań przepaści. Gdyby te wyniki przetłumaczyć wprost to w dniu startu „czułem” się jak po bardzo ciężkim treningu z którego się nie zregenerowałem. Na szczęście tak nie było ale pozostał pewien niepokój czy te wskazania  nie odbiją się na zawodach. Chyba jednak bardziej powinienem pomyśleć o tym na co miałem chyba większy wpływ (choć gdybym się postarał to pewnie i hamak gdzieś bym rozwiesił) a mianowicie przespacerowanie wielu kilometrów po Gdańsku w przeddzień zawodów co nie było  „by the book” wskazane. Pal licho. Czułem jednak w sobie energię i na to postanowiłem postawić nie przejmując się tym wszystkim co już i tak było historią, kiedy o 4.30 rano jadłem śniadanie przed startem w wodzie,  który miał się rozpocząć za półtorej godziny. Pomimo,  iż rzeka była nieprzyjemnie zarośnięta, pozytywny aspekt pływania w niej jest taki że nie da się za bardzo lawirować i przez to zbędnie wydłużać dystans. Trochę jak na basenie choć szerokość toru wielokrotnie większa. Parę razy wpłynąłem w zarośla, przez jakiś czas też obawiałem się kopnięcia ze strony kolesia,  który przed każdym nawrotem przechodził do żabki ale na 3,8 kilometra nie było tego aż tak dużo. Korciło mnie żeby nie sprawdzać czasu pływania,  ale ponieważ nie zamierzałem włączać Garmina na etap kolarski i tak chciałem sprawdzić o której zacznę jechać. W efekcie sprawdziłem wyjście z wody i sygnał jaki po tym przyjąłem do mózgu był neutralny. Szału nie było ale dołować się też nie było czym. Czas jedna godzina 30 minut to 3 minuty gorzej niż w ubiegłym roku ale nie odbierałem go jako słabego. Ważne też było,  że w porównaniu do Gołdapi gdzie duży wysiłek włożyłem w pływanie, tu w Malborku czułem się jak wiele razy wcześniej – lekko skołowany ale nie wstrząśnięty. Strefa zmian poszła mi sprawnie tak jak zakładałem  co było zasługą maksymalnych uproszczeń jakie zastosowałem. Czas w strefie jak na szybkiej połówce a nie na długim dystansie. Wiedziałem też że wiatr nie powinien być mocną przeszkodą w tym roku i rower zacznie się spokojnie nawet przy docelowej zakładanej średniej o jakiej myślałem – 30 km\h. Więcej z mojego roweru nie spodziewałem się wycisnąć niezależnie od marzeń jakie miałem w tym temacie. Rower zacząłem więc w nastroju neutralnym z przewagą jednak optymizmu. Nie byłbym sobą jednak gdybym nie znalazł dziury w całym więc przez jakiś czas rozmyślałem od tym że wreszcie powinienem doświadczyć jakiegoś kapcia na zawodach. Tyle startów i jak do tej pory się nie przytrafił a podejrzanie niskie ciśnienie w przednim kole,  które zauważyłem dwa dni wcześniej przed wyjazdem do Malborka, dawało dodatkowy asumpt takim myślom. Po jakimś czasie utonęły one jednak w konsumpcji. Zamierzałem porządnie się odżywić na rowerze i w tym celu miałem przygotowane dwie bułki z serem camembert, placki ziemniaczane, chałwę, sezamki no i oczywiście żele. Niby na sześć godzin jazdy nie było tego dużo – objętościowo dość skromny lunch ale zjedzenie tego zaabsorbowało 2/3 jazdy. Na pierwszy ogień poszły bułki ale po zjedzeniu pierwszej byłem już prawie pewien że drugiej już w siebie nie wmuszę. I tak się stało. Resztę w zasadzie przyjąłem co dało łącznie sześć żeli, kilka tabletek z węglami, ową kanapkę, placki, kawałek chałwy i jedne sezamki. Nic się na tym rowerze więcej nie wydarzyło ale też nie zaskoczyłem siebie jakąś niespodziewaną mocą. Toczyłem się pomiędzy 28 a 32 km\h zazdroszcząc naprawdę przetaczającym się z hukiem rowerom czasowym,  w niektórych wypadkach  dobrą jedną trzeciej szybciej niż jechałem ja. Trudno,  taki widać mój limit. Na początku ostatniej pętli stawało się dla mnie coraz bardziej oczywiste że przebiję 6 godzin do góry, choć nie powinno to być więcej niż kilka minut a więc ciągle w granicach satysfakcjonującej tolerancji. Zmieszczenie się w 12 godzinach stawało się jednak coraz bardziej zależne od bardzo dobrego biegu w co nie za bardzo wierzyłem że on taki będzie. Cały czas jednak podchodziłem do sprawy optymistycznie – 12 godzin było sobie takim marzeniem ale nawet paręnaście minut dłużej też bym przyjął  z zadowoleniem gdyby bieg nie był porażką typu zeszłego roku  ale sensownym  w miarę biegiem bez zbytniego człapania.

Bieg zacząłem jak zwykle szybciej niż powinienem co jest naturalnym odruchem po zejściu z roweru ale poddałem się wskazaniom Garmina uruchomionego na bieg  i od razu rozpocząłem kontrolę. Oprócz umierania na biegu w ubiegłym roku etap ten był dla mnie najlepszym elementem zawodów ze względu na kibiców. Oczekiwałem podobnych doznań także tym razem i nie zawiodłem się. Kibice w Malborku są ekstra. Zakładałem że pierwsze kilka pętli z sześciu które miałem do pokonania przejdzie gładko jak zwykle zresztą i powinienem zbierać siły mentalne na kolejne. Zagadką oczywiście było na  ile  ale wyłączywszy ostatnią która co do zasady choć najcięższa z uwagi na zbliżającą się metę jest mocno motywująca, w szarej strefie były te pomiędzy drugą i szóstą. Miałem też nadzieję że do momentu pokonania półmaratonu czyli końca 3 pętli powinno być w miarę dobrze. I tak też było,  co prawda już na drugiej połowie tego półmaratonu tempo mi spadło o kilkanaście sekund ale średnia  w połowie całego dystansu była kilka sekund powyżej sześciu minut na kilometr. Gdybym to utrzymał do końca 12 godzin zostałoby złamane. Ale kryzys musi kiedyś przyjść  i tym razem stało się to na 4 pętli na której jeszcze zwolniłem i chyba po raz pierwszy dwie lub trzy strefy  odżywiania pokonałem  na  piechotę. Chyba bym zwolnił bardziej ale rozpoczynając tę pętlę dowiedziałem się od moich Pań że jestem na pierwszym miejscu w swojej kategorii i poczułem się tym „zmuszony”  do większego wysiłku na który głowa już nie miała zbytniej ochoty. Nie chciałem jednak grać w tę grę i mijając znowu moje Panie  pod koniec tej pętli nie dopytywałem się czy dalej utrzymuję pierwszą pozycję a one same też już nic w tym temacie nie przekazały. Jeszcze zanim wcześniej dowiedziałem się że prowadzę, myślałem o tym że w sumie dobrze by było gdyby ktoś był zdecydowanie szybszy  niż moje 12 godzin bo  nie czekałbym do dekoracji i w miarę wcześnie można byłoby wyruszyć z powrotem do domu.  Może gdybym miał w dalszym ciągu  potwierdzenie  że jestem pierwszy,  to  dodało by mi to energii na kolejną przedostatnią pętlę. Brak wiadomości chyba trochę zacząłem interpretować na niekorzyść wyobrażając sobie, że po zwolnieniu tempa ktoś mnie wyprzedził albo jest tego blisko.  I  tak to właśnie na tej przedostatniej pętli,  która była najwolniejsza oglądałem zawodników  którzy mnie wyprzedzali a z wyglądu mogli się w mojej grupie znajdować i kwalifikowałem sobie w głowie  jako tych którzy zrzucili mnie z 1 a być może i z kolejnego  miejsca. Na ostatnią pętlę więc mentalnie szykowałem się jako na luźną. Nie miałem się zamiaru ścigać w trupa  bo wydawało mi się że moje szanse na duże pudło przepadły, wiedziałem też że 12 godzin też już jest poza zasięgiem. W mojej głowie zadomowił się  więc na dobre  nowy limit mieszący się pomiędzy 12.15 i 12.20 i przyjmowałem go z pokorą i zadowoleniem.  Byłoby to ponad pół godziny lepiej niż w ubiegłym roku i w okolicach tego czasu który miałem dwa lata wcześniej w Poznaniu. Byłbym się więc cieszył że „zjazd” możliwości z uwagi na wiek nie nastąpił. Ale nie dane było mi pokonać ostatniej pętli zgodnie z tym planem. Do większego wysiłku zmotywowała mnie córka,  która tuż przed jej rozpoczęciem wykrzyknęła klasyczne „dasz radę” i to opanowało moją  głowę już do końca. Pętla więc została  pokonana z tym nastawieniem i na metę wbiegłem sekundę po czasie 12 godzin i dziewięciu  minut. Fizycznie te 9 minut ponad 12 godzin byłbym pewnie w stanie pobiec szybciej a gdyby ciut lepszy był rower to nawet bym nie musiał,  ale nie ma co gdybać a wynik jest  dla mnie i tak bardzo satysfakcjonujący.  |Miło też było niezmiernie dostać pośrednio przez moje Panie jak i bezpośrednio od kilku osób bardzo pozytywne komentarze na miejscu odnośnie nie tyle nawet mojego osiągnięcia na tych zawodach ale w ogóle w nich uczestnictwa i aktywności  w moim wieku. Jak się w  końcu okazało utrzymałem też pierwsze miejsce w grupie wiekowej  a następny za mną dotarł do mety po 40 minutach więc moje spekulacje o wyprzedzających mnie zawodnikach nijak się miały do rzeczywistości.

Małe podsumowanie. 

W  w 2013 roku po trzech miesiącach  systematycznych ćwiczeń biegowych, udało  mi się przebiec na raz 3 kilometry. Zacząłem gdzieś w październiku tego roku, początkowo bez zadyszki pokonując kilkaset metrów.    W kolejnym roku kontuzja wyłączyła mnie na 11 miesięcy z biegania. Odkryłem jednak w międzyczasie triathlon. Od tego czasu ukończyłem trzy razy triathlon dystans Ironman,  sześć razy triathlon dystans 1/2 Ironman. trzy razy triathlon dystans olimpijski, pięć razy triathlon dystans 1/4 Ironman,jeden ultramaraton, cztery maratony , pięć półmaratonów i różne zawody  na 10 i 5 km.

Zaczynałem mając 53 lata . Chyba można.

Triathlon Gołdap- 12 sierpień 2018

Zawody na dystansie 1/4 IM w Gołdapi traktowałem w szczególny sposób. Z jednej strony na niespełna miesiąc przed pełnym Ironmanem w Malborku, Gołdap miał być startem testowym. Z drugiej w Gołdapi moja przygoda z triathlonem rozpoczęła się na tym dystansie cztery lata wcześniej i ten kolejny start traktowałem jako zamknięcie pewnego cyklu, tym bardziej że po Malborku planowałem odpoczynek od triathlonu. Założyłem więc że w Gołdapi powalczę i będę cisnął, oraz że zrobię wszystko żeby nie odpuścić na biegu. Zanim jednak  doszło do zawodów, ostatnie kilka poprzedzających je tygodni, przyniosło sporą niespodziankę. Od ponad roku monitorowałem sobie HRV oraz puls spoczynkowy z samego rana. Jeśli chodzi o ten ostatni to pomiary robiłem jeszcze w dłuższym okresie czasu. Na miesiąc przed startem w Gołdapi wróciłem do pomysłu spania w hamaku, będącego zupełnie bez związku z treningami. Ku mojemu zdziwieniu od pierwszej nocy spędzonej w hamaku zanotowałem znaczny spadek spoczynkowego pulsu i znaczny wzrost HRV, w obydwu wypadkach w okolicach 10 i więcej procent. Było tak w dzień w dzień, więc nie mogę tego wiązać z niczym innym ponieważ w tym czasie normalnie się ruszałem tak jak wcześniej. Pomiarów dokonywałem na dwóch różnych aplikacjach przy czym w pierwszym przypadku w pozycji leżącej używając kamery telefonu, w drugim na siedząco z pulsometrem na klatce piersiowej. I tu i tu zanotowałem wyraźnie taki sam efekt. Nie udało mi się znaleźć w Internecie jakiegokolwiek   opisu wskazującego na związek spania w hamaku na któryś z mierzonych parametrów. Tak samo nic konkretnego nie znalazłem odnośnie wpływu na nie spania na dworze. Zamierzam jednak sprawdzić czy efekt się utrzyma po zamianie hamaka na materac na zewnątrz w namiocie. Gdyby tak było to oznaczałoby to że mój organizm nie lubi spać w pomieszczeniach albo bardziej oględnie, woli spać na zewnątrz. Oprócz opisanych różnic w parametrach „sercowych”, spanie w hamaku wpłynęło na zwiększenie długości snu głębokiego według mojej aplikacji Garmin, pomimo tego że  sen odczuwam jako płytszy i bardziej przerywany, zarówno z powodu otoczenia i odgłosów jak i zmiany pozycji która nie „daje się” co do zasady wykonać bezwiednie tak jak w przypadku spania w łóżku. Wreszcie i to jedyny póki co mankament w większości wypadków wybudzam się mniej więcej w połowie cyklu spania z powodu parcia na pęcherz i konieczności udania się do łazienki co mi się prawie nie zdarza w przypadku spania w łóżku. Nad ranem też często mnie wybudza niższa temperatura. Pomimo tych wszystkich wybudzeń, czuję się wyspany i nie odczuwam żadnych dolegliwości z powodu pozycji. Ta zresztą ewoluuje. Jako zwolennik spania na boku na początku ciężko mi było w hamaku tak spać bo raczej wymusza on spanie na wznak. Nawet się z tego cieszyłem że udaje mi się spać w takiej pozycji ale przyzwyczajenie zwyciężyło i coraz więcej śpię na boku, co da się w hamaku wykonać mając trochę wprawy.   Zastanawiałem się jak te wszystkie nowe doświadczenia i efekty wpłyną na start i formę w trakcie zawodów. I chyba nie wpłynęły albo nie byłem w stanie tego zidentyfikować. Jak zamierzyłem tak zrobiłem. Cisnąłemw Gołdapi od samego startu i chyba po raz pierwszy też na etapie pływackim. Robiąc jak zwykle w obawie o skopanie większy dystans, wynik pływania miałem zdecydowanie lepszy niż dwa miesiące wcześniej w Starogardzie, ale czułem porządnie to pływanie i kiedy wsiadłem na rower mój puls dał o tym mocny sygnał. Nie zwracałem jednak na to uwagi skupiając się tylko na odczuciach i prędkości. Bardzo ciężko było utrzymać przeciętną powyżej 30 km\h. Niestety wiatr na niektórych odcinkach był bardzo mocny. Nie odpuszczałem jednak i pomimo tego że nie spełniłem swoich oczekiwań co do średniej prędkości, wyszło nieźle.

Na biegu wogóle już nie patrzyłem na puls i starałem się biec założonym tempem od początku do końca. Ostatnie półtora kilometra było już pójściem na całość i na szczęście nie przypłaciłem tego żadną bombą. Ta jak się okazało byłaby jak najbardziej „uzasadniona”. Na puls spojrzałem po zawodach i okazało się że na rowerze dochodził do 200 uderzeń a na biegu po 6 kilometrze przekroczył nawet ten sufit i dochodził do 21, co normalnie książkowo oznaczałoby że spory dystans na rowerze i połowę dystansu na biegu przebiegłem martwy. Wewnętrzny sarkazm nakazał mi stwierdzić że oto mój puls wziął odwet za hamak i ten zaskakująco niski spoczynkowy przemienił w zaskakująco wysoki podczas zawodów. Ale  pozwoliło to też na uporanie się z ciągnącym się od ubiegłorocznego Ironmana w Malborku przeświadczeniem że puls powyżej 200 który wtedy mnie dopadł na biegu muszę potraktować jako zamknięty semafor. Oczywiście to że przebiegłem tak 4 kilometry nie oznacza że przebiegnę jakiś większy kawałek podczas maratonu. Nigdy na żadnym biegu pojedyńczym takie wartości mnie nie dopadały. Nie wiem co to wszystko oznacza ale ugruntowuję się w „robieniu’ zawodów bardziej na samopoczucie niż wskazania pulsu.

Pierwszy triathlon w 2018

Przypadł w Starogardzie Gdańskim a droga do niego była kręta i zawiła. W ubiegłym roku miałem wystartować na połówce w Lidzbarku Welskim ale jako że byłaby to już czwarta w przeciągu dwóch miesięcy, zdecydowałem się na krótszy dystans w Gniewinie. Zazwyczaj jak mam  jakieś porachunki z danym startem, to chcę go powtórzyć. Tak było też w przypadku Gniewina. Skopany zostałem strasznie na etapie pływackim,  tak że zalany krwią nie byłem w stanie  zebrać się w strefie zmian na rower  a  krew udało mi się zatamować dopiero pod koniec pierwszej kolarskiej  pętli. Stąd  Gniewino się znalazło w planach startowych na ten rok. Coś nam jednak z tym Gniewinem nie było po drodze  i z Gniewina w którym miałem powtórzyć 1/4 IM,  zrobił  się w późniejszym o  kilka tygodni terminie  Starogard Gdański ale na dystansie 1/2 IM. Jak to pierwszy start triathlonowym w roku, wiele z nim było związanych niewiadomych ale przede wszystkim i nadzieja i obawa dotyczyła biegu. W trzech startach w 2017 r.  moja strategia zakładała pokonywanie etapów biegowych Gallowayem tj. biegiem przeplatanym marszem.  Tylko Galloway to marszobieg utrzymany w określonej strukturze a mnie już w Gołdapi czyli na drugim z kolejności starcie tą metodą, struktura się sypała a w czasie pełnego Ironmana w Malborku, posypała się już całkowicie. Tak więc 2018 zakładał odrodzenie ciągłego biegu. Uznałem, nie odkrywając przy tym Ameryki,  że kluczem jest znalezienie właściwego tempa dla danego biegu  a nie kierowanie się na twardo  jakimikolwiek założeniami. Oznaczało to z jednej strony wymyślenie tego tempa w oparciu o całe dotychczasowe doświadczenie biegowe a z drugiej jego korekta już na pierwszych kilometrach biegu na zawodach w oparciu o samopoczucie. Przed biegiem jednak czekało mnie pływanie i rower. Do Starogardu wybrałem się minimalistycznie z zamiarem spędzenia nocy
w samochodzie w pobliżu strefy zmian i biura zawodów . W miarę wczytywania się w logistykę startu, pojawił się jednak dylemat wynikający z faktu że etap pływacki zlokalizowany był paręnaście kilometrów od miasta w którym zaczynał się i kończył bieg oraz zlokalizowana była większość infrastruktury zawodów. Na początku nie ulegało wątpliwości że mój nocleg powinien być w centrum choć jako jeden z dostępnych parkingów wskazywany był właśnie ten w okolicach startu do wody i strefy zmian na rower. Centrum stwarzało niebezpieczeństwo dużej ilości ruchu nie wspominając już o atrakcjach typu występ zespołu muzycznego, który to w ubiegłym roku w Suszu spowodował że musiałem po kilku kwadransach walki z hałasem po udaniu się na spoczynek, ubrać się i poszukać w mieście jakiegoś bardziej zacisznego miejsca. Centrum to też obawa o brak miejsca do zaparkowania ale jako że udało mi się wyruszyć wcześnie, zakładałem że uda się coś znaleźć. Po przybyciu na miejsce jeszcze przed otwarciem biura zawodów natrafiłem na pustkę – prawie nikogo z zawodników nie było. Po ustawieniu samochodu na strategicznym przynajmniej w tym momencie miejscu, zacząłem się zastanawiać jak spowodować żeby mój rower znalazł się w strefie nad jeziorem. Bałem się jechać tam samochodem i utracić miejsce parkingowe szczególnie że trochę samochodów zaczęło się pojawiać na parkingu. Postanowiłem więc wybrać się na rekonesans rowerem na roboczo zakładając że wstawię rower do strefy rano, jadąc nim na miejsce. 

Wyruszyłem w drogę, a z powodu przebudowy w centrum miasta moja nawigacja zgłupiała i po kilkunastu minutach kręcenia się po różnych ulicach byłem przekonany że nie jestem w stanie zapamiętać tej drogi i zgubię się nazajutrz nie dysponując już telefonem z nawigacją. Postanowiłem wrócić do punktu wyjścia i pojechać bardziej na wyczucie trzymając się głównych ulic, które byłem w stanie zapamiętać. Udało mi się znaleźć właściwą drogę, która jednak w większości przebiegała drogą krajową upchaną samochodami. Poza tym była mocno pofałdowana co wróżyło raczej ciężką rozgrzewkę następnego dnia rano. Po dojechaniu na miejsce licznik pokazał prawie 20 km. Zacząłem się zastanawiać. Powrót był łatwiejszy bo drogę już znałem i krótszy bo nie kluczyłem już na próżno po mieście. Cały czas jednak miałem wątpliwości czy nie powinienem zawieźć roweru jeszcze tego samego dnia do strefy zmian a rano pojechać z innymi autobusem na który się wcześniej przezornie zapisałem. Odprawa techniczna tylko wzmogła te wątpliwości bo raczej odradzano odwlekanie wstawiania rowerów do dnia następnego. Ale upór zwyciężył nawet pomimo tego że wkrótce po odprawie parking zupełnie opustoszał i pewnie nie byłoby problemu odjechać i wrócić na to samo miejsce. Tak więc do strefy T2 która była nieopodal zaniosłem tylko rzeczy biegowe a reszta miała ze mną pojechać rowerem nazajutrz.  Przespawszy spokojnie noc wstałem wcześnie rano i po dokonaniu ostatniego sprawdzenia i zapakowania rzeczy, wyruszyłem niespiesznie po drodze zatrzymując się na kawę na stacji benzynowej. Droga o tej porze była prawie pusta choć już w trakcie powrotu z rekonesansu stwierdziłem że nie powinieniem jechać jezdnią na tym zatłoczonym odcinku bo był tam zakaz poruszania się rowerami. Rano więc jechałem po ścieżce rowerowej aż do miejsca w którym zjeżdżało się z głównego traktu. Dotarłem na miejsce prawie półtorej godziny przed startem mając nadzieję że te 16 km pokonane z rana nie wpłynie negatywnie  na całość imprezy. Do pływania podszedłem ze spokojem chyba bazując na tym że w ubiegłym roku wszystkie etapy pływackie pokonałem powyżej oczekiwań. Uniknąłem pralki choć jak zwykle kosztem trochę zwiększonego dystansu i płynęło mi się dobrze i bez zbytniego szarżowania. Jednak chyba zbyt wyluzowałem albo dała znać o sobie niewielka w porównaniu do lat poprzednich ilość wypływanych godzin, chyba że dystans był przemierzony tak jak niedomierzony był odcinek biegowy,  bo popłynąłem kilka minut wolniej niż zakładałem.  Mimo pewnego zawodu  z uwagi na wolne pływanie, szybko zastąpiła go  ciekawość jak pójdzie mi rower. Trasa była średnio wymagająca, nie wiało zbytnio i  choć było trochę podjazdów nie były one mocno spowalniające. Decydowała więc prędkość jaką byłem w stanie rozwinąć na płaskich prostych odcinkach i tu pojawił się niedosyt nr 2. Jednak miałem nadzieję że  uda mi się uzyskać przeciętną większą niż 30 km/h. Udało się ale w sposób znikomy. Susces jednak był taki że dojechałem szczęśliwie i pozostał mi jeszcze tylko bieg czyli największa zagadka. Pierwsze dwa kilometry to w zasadzie podbieg i zamiast typowego wrażenia że biegnie się wolniej niż się biegnie zaraz po rowerze, biegłem rzeczywiście wolno. Nie musiałem się więc hamować i w zasadzie tempo pierwszych kilku kilometrów mogło być już tym docelowym. Spadło jednak jeszcze na kolejnych okrążeniach dając średnią 5.30 minut na kilometr. Bardzo chciałem przebiec cały ten półmaraton więc maksymalnie skupiłem się na odczuciach w trakcie biegu. Na początku trzeciej oraz czwartej pętli, za każdym razem pod koniec pierwszych dwóch kilometrów które biegły prawie cały czas pod górę odczuwałem lekkie skurcze lub jak je nazywam „przedskurcze” ale po tym odcinku biegło się albo płasko albo trochę w dół a przed nawrotem całkiem w dół więc trochę było odpoczynku. Ostatnie dwa kilometry już wiedziałem że nic się nie powinno wydarzyć więc biegłem dalej równo nie siląc się na szybszą końcówkę. Mimo to wyprzedziłem dwóch  gości na oko z mojej grupy wiekowej co niespodziewanie dla mnie dało mi trzecie miejsce w tej grupie.