Czy to już koniec dużych kłopotów?

Moje ostatnie normalne starty miały miejsce pod koniec 2020 roku. Od tamtej pory borykam się z kontuzjami a te nieliczne zawody w których brałem udział w ciągu ostatnich czterech lat odbyłem w trakcie  jakiejś  niepełnosprawności. Paleta przypadłości w tym czasie była imponująca. Zaczęło się na wiosnę 2021 kiedy to dopadło mnie trio : złamanie zmęczeniowe kości łonowej, przepuklina sportowa i naderwany przywodziciel w pachwinie. Po roku różnorakiego leczenia i rehabilitacji, podczas prób powrotu do biegania naciągnąłem achillesy a zaraz potem  dopadło mnie zapalenia rozcięgna podeszwowego z którym zmagałem się aż do teraz. W kolejnym roku przyszła kolej na ręce oraz bark. Wiele wizyt u lekarzy, lekarstw i fizjoterapii ale chyba w tym wszystkim największą rolę odegrał czas w którym organizm doprowadzał po kolei te przypadłości do ładu. Najdłużej zmagałem się z rozcięgnem i właściwie już nawet po powrocie (po raz pierwszy od 3 lat bez bólu) do biegania, nie mam pewności czy to już koniec albo przynajmniej kilkuletnia przerwa, jak było 10 lat temu, od tej przypadłości. Czas pokaże. W czasie tych kontuzji cały czas starałem się coś robić, eliminując te aktywności którym kontuzje najbardziej przeszkadzały. W pewnym momencie dopadł mnie strach że już nic nie będę mógł ćwiczyć. Kiedy miałem uszkodzony bark oraz rozcięgno a na rowerze odzywała się przepuklina, czułem się naprawdę zagrożony. Na szczęście od początku 2025 roku moje zdrowienie postępuje w sposób bardzo odczuwalny dając nadzieję na powrót do triathlonu może  jeszcze w tym roku. Byłoby fajnie gdyby ten powrót rzeczywiście miał miejsce w pełni sił i zdrowia, bo roi mi się Ironman w 2026 roku  kiedy to stuknie mi 65 lat żywota. Sześćdziesiątka okazała się pechowa w tym względzie, lecz mam nadzieję że tym razem się uda i nie będę musiał liczyć na przysłowie do trzech razy sztuka i czekać kolejne pięć lat. W każdym razie do roweru z którym miałem w ciągu ostatnich lat najkrótszą przerwę, dołączyło ostatnio pływanie oraz bieg. Udało mi się nawet po paru wybieganiach ukończyć pierwsze „zawody”. W tym roku mój ukochany zespół Marillion po raz ostatni po 18 latach dawał koncerty na specjalnej imprezie weekendowej w uroczym zakątku Holandii. Tradycyjnie na tych imprezach odbywały się biegi z i pod patronatem ich klawiszowca Mark Kelly. Tym razem oprawa była profesjonalna, były opłaty ( na charity), oznaczona trasa, wolontariusze wskazujący drogę, numery startowe i medale. Marillionowa społeczność w sposób imponujący uczciła to wydarzenie pomimo dwóch koncertów w poprzedni dzień  do późnego wieczora, po których odbyły się imprezy kończące się grubo po północy. W biegu w którym zazwyczaj brało udział kilkadziesiąt osób tym razem na starcie pojawiło się grubo ponad trzy setki.