Bieg Truskawki- napisane czerwiec 2018

„Bieg truskawki”  w czerwcu miał być przede wszystkim historyczną podróżą do początków mojego biegania w niestety nienajlepszej tego początku fazie. Cierpiałem wtedy na dolegliwości rozcięgna podeszwowego ale determinacja była tak silna że startowałem w różnych zawodach, nawet nie mogąc między nimi treningowo biegać. Nie było to ani leczenie ani bieganie i ciągnęło się prawie rok. Bieg truskawki organizowany jest w Puszczy Kampinoskiej, więc od kiedy zacząłem brać udział w zawodach traktowałem go jako imprezę domową. Od pierwszego startu w nim minęły 4 lata a nie udało mi się powtórzyć tego biegu, dwa razy zapisy przebiegły zbyt błyskawicznie, w ubiegłym roku 2017 byłem tuż po  jednym 1/2 IM i tuż przed drugim 1/2 IM i nie próbowałem nawet startować. W tym roku bieg rozgrywany był na tydzień przed pierwszym startem triathlonowym i oprócz sentymentu  postanowiłem go wykorzystać jako mocny trening na 10 km przed czekającym mnie za niespełna tydzień półmaratonem w trakcie 1/2 IM w Starogardzie Gdańskim. Na ogół w takim układzie wszyscy oczekują jako efektu takiego zestawienia „sprawdzianu” formy. I ja też po trochę tak do tego podchodziłem choć nie zamierzałem osiągać żadnej życiówki tym bardziej że to bieg w terenie. Ale byłbym hipokrytą gdybym twierdził że niczego jeśli chodzi o czas ukończenia się nie spodziewałem po tym starcie. W głowie ten czas oscylował poniżej 50 minut, które uznałem za przyzwoity wskaźnik mojej formy. Na tym polu jednak poniosłem porażkę. Bieg zajął mi ponad 52 minuty i jeden porządny kryzys nie licząc kilku pomniejszych. Jak zwykle zaczęło się całkiem dobrze. Choć nie pędziłem a tylko trzymałem się w pobliżu 5 min na km, w zasadzie przez pierwszych 5 km to ja wyprzedzałem i gdzieś oscylowałem w okolicach pierwszych 30 startujących. Tradycyjnie już chyba, niezależnie od dystansu, pierwsze kryzysiki zaczęły mnie dopadać  od połowy. Upał, piach i ciągłe podbiegi zrobiły swoje. Swoje też jednak zrobiły poprzedzające dni, brak należytego odpoczynku i poranny test nowego roweru w dniu zawodów,  na którym już odczuwałem że mój organizm jest tego dnia nie w formie. Na dobiegu na miejsce startu mój puls osiągał w truchcie nieprzyzwoite poziomy, więc czułem że lekko nie będzie. W czasie biegu nie sprawdzałem swojego pulsu ale post factum było dla mnie  jasne że był zbyt wysoki od samego początku i kryzys musiał mnie dopaść. Tak samo tradycyjnie jednak go przemogłem i spowolniwszy na ostatnich 2 kilometrach spokojnie dobiegłem do mety. Ale organizm dostał swoje i zmuszony byłem zdecydowanie odpocząć przez parę ostatnich dni jakie pozostały mi do pierwszego w tym roku triathlonu.

Orlen Maraton -napisane kwiecień 2018

Nie mam przekonania czy dobrze zrobiłem nie wytrwawszy w ścisłym reżimie trenowania zgodnie z metodą MAF przez dłuższy okres. Powtarza się trochę sytuacja z lat ubiegłych kiedy udział w zawodach na krótszych dystansach  sprawia, że  zaczynam biegać zdecydowanie szybszym tempem niż to które pozwala na utrzymanie pulsu w zakresie MAF. MAF dopuszcza oczywiście trenowanie w wyższych zakresach ale po osiągnięciu stanu w którym, w ramach tego samego pulsu nie poprawia się już tempo czyli w stanach osiągnięcie tzw. plateau. Nie było mi jednak dane w tym roku zmierzyć się z tym stanem. Właściwie też nie odczuwałem aby moje tempo rosło przy takim samym zakresie pulsu. Powody mogą być dwa. Albo trenowałem za krótko metodą MAF albo z powodu coraz  szybszego zsuwania się wraz z wiekiem z „drabiny szybkości”, raczej coraz bardziej będę się musiał skonfrontować z postępującym spadkiem tempa niż jego wzrostem w kierunku „plateau” które dopiero miałoby nadejść. Trzecia możliwość jest taka że MAF nie działa  ale tę na razie odrzucam. Co więc dalej? W związku z tym że moim podstawowym celem w tym roku jest przebiegnięcie maratonu i przebiegnięcie tegoż podczas dystansu Ironman, nie licząc odstępstw w czasie startów na krótszych dystansach, starał się będę jednak MAF stosować w jak największym stopniu. Ostanie dwa tygodnie, a środkowe  z czterech poprzedzających start 7 kwietnia na 10 km w Dziesiątce Babickiej, traktowałem więc jako wyłom od metody MAF, mając  nadzieję że niegroźny. Tyle tylko że nie wystartowałem w tym biegu z powodu pracy którą musiałem wykonać. Pozostałe dwa tygodnie do maratonu biegałem jednak stosunkowo szybko w okolicach tempa startowego z odcinkami szybszymi. Były to przeważnie biegi w  narastającym tempie. Ewidentną korzyścią jaką dały mi te biegi było to, że biegnąc w tempie okołomaratońskim, z jakim miałem nadzieję pobiec 22 kwietnia na Orlen Warsaw Marathon, nie czułem że nagle z wolnego tempa jakie było w zakresie pulsu MAF, w czasie maratonu będę musiał od początku zacząć biec zdecydowanie wyższym tempem ( różnica ok 35-45 sek na kilometr) i jeszcze w dodatku je utrzymać przez tyle kilometrów. Co najmniej psychicznie więc mój organizm przyzwyczaił się do szybszego tempa. Drugą kwestią  którą zaobserwowałem i wdrożyłem było to,  że bieganie bez kilkudniowych przerw pomimo odkładającego się w nogach zmęczenia dawało mi na kolejnym biegu już od początku poczucie gotowości i łatwość wejścia w tempo.  Oznaczało to jednak dwie rzeczy. Po pierwsze odejście od zasady której się trzymałem od czasu powrotu do biegania po kontuzji rozcięgna podeszwowego aby biegać co drugi dzień ( ta zasada jest również przyjęta w metodzie MAF) -wcześniejsze przypadki biegania codziennie powodowały że rozcięgno przypominało o sobie. Druga rzecz to ryzyko że mimo ograniczenia dystansu, na starcie do maratonu stanę zmęczony. Ale postanowiłem zaryzykować, szczególnie że w ostatnim tygodniu przed maratonem pierwszy bieg po trzydniowej przerwie był masakryczny a już drugi w kolejnym dniu poszedł mi zdecydowanie lepiej. Tak więc nie zrobiłem sobie przerwy ani w piątek ani ostatniego dnia przed maratonem którym  była sobota,  choć w sobotę to już była naprawdę jedynie  kilkukilometrowa przebieżka.  Właściwie w ostatnich paru tygodniach  od końca marca poza bieganiem niewiele robiłem, dwa czy trzy razy trenażer i tyleż samo na basenie. Ewidentnie gorączka przedstartowa-biegowa pokonała na te parę tygodni cel główny czyli Ironman. Bardzo chciałem przebiec ten maraton a czas wyznaczyłem sobie od „przyzwoitego” ( 4 godziny minus ciut) poprzez  „w pełni zadowalający” ok (3.55) do „marzenia ściętej głowy” (3.45). Realizm chyba  zwyciężył – wyszło 3.56.40. Zanim jednak dotarłem do mety musiałem zmierzyć się ze swoim najbardziej jak do tej pory świadomym biegiem długodystansowym.  Nie czułem się do końca przygotowany na ten maraton i zacząłem sobie też coraz bardziej uświadamiać a raczej przyswajać że  ograniczenia wiekowe organizmu muszą na mnie wymuszać bardziej wyważone decyzje odnośnie startów w imprezach, chyba że będę to robił dla samego uczestnictwa co jednak jakoś do mnie nie przemawia albo raczej przestało przemawiać w odróżnieniu od czasu sprzed kilku lat. No ale chciałem ten maraton pobiec to pobiegłem. Bardzo się skupiłem na założeniach i grzecznie zacząłem w tempie niższym niż średnia dająca wynik w okolicach 3.55. Zaraz po dwóch kilometrach musiałem jeszcze skorzystać z toalety, po czym trzeba było się zmierzyć z jedynym na tej trasie podbiegiem. Zgodnie  z założeniami wyłączyłem sobie możliwość podglądu tętna i całkowicie miałem zdać się na samopoczucie i tempo. Tempo też chciałem weryfikować za pomocą pacemakera ale ponieważ byli na 3.45 albo 4 godziny to pomysł nie wypalił. Miałem jeszcze opaskę z wydrukowanymi międzyczasami na 3.55 i tego postanowiłem się trzymać w połączeniu z tempem wyświetlanym przez zegarek. W zasadzie prawie do 30 kilometra wszystko szło jak po sznurku. Na każdym punkcie międzyczasu miałem od kilkunastu do kilkudziesięciu sekund zapasu. Jadłem żele co mniej więcej 10 km plus dwie pastylki pomiędzy. Na punktach odżywiania brałem tylko wodę i co najwyżej zwalniałem żeby ją wypić. Jednak kryzysy się pojawiały i gdzieś na 27 kilometrze w czasie poboru wody przeszedłem do marszu. Po minięciu punktu biegłem jednak dalej. Sytuacja się powtórzyła jeszcze ze dwa –trzy  razy. Raz zatrzymałem się całkowicie na gejzerze wody co było bezsensowne bo stanąłem tak że najwięcej wody przyjąłem do butów i tylko gorzej mi się przez to biegło. Na ostatni kilometrze chyba już tradycyjnie zrobiłem krótki reset i w dobrym tempie dobiegłem ostatnie kilkaset metrów do mety. Plan (przebiegnięcia) maratonu w zakładanym tempie wykonałem więc na 99% + a ten ułamek procenta to owa 1.40 którą pewnie straciłem na spowolnieniach. Pewnie jednak straciłem więcej i 3.50 było w zasięgu ale i tak jestem zadowolony.

Jak trenować- napisane zima 2017-2018

Jak trenować.
Nie lubię tego określenia – „trening”. Wiąże się z nim jakieś wymaganie, coś trzeba osiągnąć. Od kiedy zacząłem na poważnie i regularnie  biegać, pływać i jeździć na rowerze i zapisywać  się na różne zawody, ruch dla ruchu zamienił się właśnie w  trening. Ale nie będę zaprzeczał że się w to wkręciłem i to wieloaspektowo. Nie tylko fizycznie trenując ale wchłaniając wszelkiej maści wiedzę na temat treningu i związanych z tym kwestii takich jak odżywianie, regeneracja, suplementacja itp. itd. W pewnym sensie zazdroszczę tego stanu,  w którym  ćwiczenia fizyczne byłyby czymś niewymuszonym, naturalnym i spontanicznym. Przy czym przez „wymuszony” nie mam na myśli zmuszania się do aktywności fizycznej jako takiej ale wykonywania tej aktywności w sposób ustrukturyzowany a to ustrukturyzowanie  właśnie kryje się pod pojęciem trening. Bez ustrukturyzowanego treningu nie ma osiągnięć, poprawy wyników itp. a jeśli nawet są to w stopniu znacznie mniejszym niż w przypadku trenowania „z głową”. Wiele osób np. biega dla „fanu” nawet startując w zawodach, nie napinając się na żaden wynik, tak po prostu,  aby ukończyć. Zadawałem sobie pytanie czy tak samo można robić startując w zawodach triathlonowych. Formalnie  rzecz biorąc  można, w przeważającej większości wypadków. Ponieważ w zawodach startują ludzie w różnym wieku, limity czasowe ustawione są w taki sposób aby były osiągalne nawet dla ludzi w wieku 60+. Ale też bez przesady – nie da się ukończyć zawodów triathlonowych „spacerkiem”. Trzeba wykonać porządny wysiłek aby zmieścić się nawet w tych niewyśrubowanych limitach. Dlatego też uznaje się że osiągnięciem jest już samo ukończenie takich zawodów. Czy to wystarcza ?  Niezależnie od faktu że zawody w dyscyplinach wytrzymałościowych – mam na myśli triathlon i biegi stały się zjawiskiem masowym, to jednak są to zawody. Na wielu z tych imprez ( statystycznie w zdecydowanie większym odsetku w przypadku triathlonu) startują zawodnicy profesjonalnie ścigający się w danym sporcie. Jeżeli więc to są zawody to udział w nich z definicji powinien oznaczać chęć współzawodnictwa, ścigania się. To  że są to imprezy otwarte niczego nie zmienia. Oczywiście organizatorzy dbają przeważnie o to żeby „wyizolować” zawodowców i zapewnić im bardziej optymalne- porównywalne  warunki współzawodnictwa. Dlatego co do zasady startują w oddzielnej grupie jako pierwsi. Ale już na trasie rowerowej a później na biegu wszyscy się zaczynają mieszać. Kiedy zdarzyło mi się kilka razy doświadczyć „arogancji” ze strony szybszego uczestnika zawodów dla którego ktoś inny stawał się zawalidrogą, właśnie to określenie „ arogancja” przychodziło mi do głowy. Ale po zastanowieniu doszedłem do wniosku że to niewłaściwe podejście do tematu. Stworzenie warunków do ścigania się w osobnej grupie na całej trasie jest w większości przypadków poza zasięgiem jeśli chodzi o starty masowe. I trzeba się z tym pogodzić. Ale nie oznacza to że zawodnicy powinni  być narażeni na beztroskie „wałęsanie” się po trasie tych dla których wynik się nie liczy. I tu pojęcie zawodnika trzeba rozciągnąć na wszystkich którzy się chcą ścigać. Jeżeli chcą wszyscy to nie ma problemu. Nawet jak coś się wydarzy na trasie, a wydarza się przecież też na zawodach zamkniętych i przeznaczonych tylko dla „ścigających się”,  to przyczyną tego  nie będzie to że ktoś tu tylko się chce „przebiec” lub „przejechać”. Cały ten wyścigowy wywód to tylko pewna dygresja na temat „treningu”  ale jej przedmiot układa mi się w głowie w  pewną całość. Jeżeli bowiem mam się na zawodach ścigać to muszę do tego podejść sensownie. Ściganie na zawodach triathlonowych, w szczególności na dłuższych dystansach, eksploatuje organizm w sposób wręcz niszczycielski. W tym momencie pojawia się kolejne pytanie. Jeżeli powodem tego że ktoś się zaczął ruszać jest zdrowie a w przypadku „sportowców z odzysku” jest to powód statystycznie najczęstszy, ściganie się w zawodach jest sprzeczne z tym powodem albowiem raczej przyczynia się do pogorszenia stanu organizmu a nie jego (długofalowej) poprawy. Nie trzeba do tego znać wyników badań których wiele ale wystarczy podpatrzeć lub posłuchać wielu byłych zawodników.   Wracając więc do myśli wypowiedzianej wcześniej, ukończenie zawodów triathlonowych mieszcząc się w limicie czasu, szczególnie dla kogoś z bardziej zaawansowanej grupy wiekowej , może być dla organizmu „kilerem” chyba że w sposób właściwy się do tych zawodów przygotuje. Take więc w tym momencie „trening” przestaje mieć wymiar sportowy a zaczyna mieć wymiar zdrowotny. Trening który ma spowodować że zawody nie „zabiją” mojego organizmu  to właśnie trening dla mnie  lub dla każdego kto rusza się dla zdrowia a przy tym bierze udział w zawodach. W piątym roku systematycznego ruszania się w dalszym ciągu borykam się z pytaniem jak trenować. Ubiegły sezon był częściowo przełomowy. Najpierw za sprawą pływania. Przygoda z trenerem trwająca całe 8 miesięcy przygotowań do sezonu okazała się w dużej mierze porażką. Owszem dowiedziałem się że moja technika pozostawia wiele do życzenia, owszem może te osiem miesięcy jakoś tę technikę przynajmniej w ramach treningu poprawiły. Jednak te 8 miesięcy to był w ciągu czterech lat  najmniej intensywny okres pływania (  średnio godzinę tygodniowo w porównaniu do średnio 2,5 godzin w poprzednim okresie) i najbardziej intensywny jeśli chodzi o obciążenie organizmu. Godzinny trening wyrywał mi z tygodnia ponad dwa dni i to nie tylko z treningu ale z życia. W dzień treningu po jego ukończeniu byłem tak wypompowany że nie byłem nawet w stanie normalnie funkcjonować. Dzień przed już musiałem zwolnić żeby pójść na trening pływacki  jak najbardziej wypoczęty, dzień po byłem wciąż jeszcze zmęczony więc musiałem  też zwolnić. Do tego wszystkiego doszła niechęć do pływania. Nawet jak skończyłem wreszcie w czerwcu pływanie  pod okiem trenera, do końca sezonu nie za bardzo chciało mi się do wody wchodzić. Oceniając rezultaty jeśli chodzi o czasy na zawodach, pewnie je trochę poprawiłem ale mówimy o poprawie poniżej minuty na dystansie 1000-2000 metrów. Czy warto było tak się męczyć? Jak dla mnie nie.Między innymi dlatego też mam awersję do trenowania  którejkolwiek z dyscyplin z trenerem, choć powodów jest więcej a wśród nich przede wszystkim brak elastyczności i spontaniczności oraz obawa że w treningach zaordynowanych przez trenera  nie zostanie uwzględniony mój wiek albo zostanie uwzględniony w sposób sztuczny.  Niezależnie od tego co bym sobie zaplanował  na dzień następny, wolę ostateczną decyzję podjąć w dniu treningu. Potrzeba tej elastyczności nie wynika tylko z nastroju\motywacji do pójścia np.  na rower zamiast biegu i odwrotnie ale z szeregu innych życiowych czynników. Zadziwia mnie to jak ktoś potrafi trenować w sposób usystematyzowany, trenując w ciągu dnia albo wieczorem. Ja trenuję z samego rana „kiedy wszyscy śpią”  (oprócz pływania) więc jest to czas teoretycznie tylko dla mnie a i tak różne okoliczności związane z życiem zawodowym i rodzinnym wpływają na to jak ten czas mogę zagospodarować. Trenowania  w późniejszych godzinach w sposób usystematyzowany sobie nie wyobrażam. Owszem sporadycznie  coś tam w ciągu dnia udawało mi się wykonać ale i tak towarzyszył temu stres że akurat to nie jest właściwa pora. Z kolei wieczorem po pracy to czas kiedy jakkolwiek można obcować z najbliższymi. Wychodzenie wtedy na trening to już dla mnie przegięcie.Pozbywszy się teoretycznego benefitu treningu z trenerem ( zakładając że byłby to benefit polegający na dobrym ułożeniu treningu przez trenera) pozostaje mi samemu znaleźć sobie złoty środek.
Jeszcze jedno doświadczenie jakie przyniósł mi ubiegły sezon wynikało z dużej częstotliwości startów w zawodach. Powodowało to że albo byłem zaraz po starcie albo niedługo przed a więc musiałem pilnować żeby w tych okresach regenerować się bardziej niż trenować. Prawdopodobnie gdybym miał 20 lat mniej nie miałoby to aż takiego znaczenia i mógłbym startować często nie uważając tak bardzo, ale wiek ma swoje wymagania. Przez te wahadła przed i po startowe zupełnie mi się   wszystko posypało. Do tegorocznego treningu wszedł więc jako jeden z fundamentalnych elementów „zakaz’ tylu co poprzednio startów. Ciężko się powstrzymywać od zapisywania się na kolejne zawody których coraz więcej się wysypuje ale na przyszły sezon zaplanowałem tylko dwa dystanse 1/4 i jeden pełny Ironman. Początkowo myślałem o 1/4; 1/2 i pełnym ale moje zawody na których wystartowałbym na dystansie połowy Ironmana będą się odbywać zbyt blisko tych z pełnym dystansem więc wolę nie ryzykować  podobnego do tegorocznego wahadła. Dystans Ironmana nie pobłaża i jeśli mam te zawody ukończyć zgodnie z celem aby zawody nie „zabiły” mojego organizmu  to muszę w tym kierunku się przygotować. Przeczytałem i posłuchałem na temat trenowania tyle materiału że pewnie gdybym to robił w ramach usystematyzowanych studiów z egzaminami sprawdzającymi to uzyskałbym jakąś licencję. Ale w dalszym ciągu nurtowały mnie wahania jaki powinien być mój  „plan”. W rezultacie przez kilka miesięcy zmieniałem swoje podejście parę razy. Kilka lat temu poznałem koncepcję treningu zgodnego z tzw. metodą  MAF ( maximum aerobic  function) opracowaną przez amerykańskiego lekarza P.Maffetone,   w wielkim skrócie opierającą się na nie przekraczaniu wyznaczonego  formułą 180 minus wiek    maksymalnego pulsu i próbowałem ją zastosować na sobie ale do tej pory  nie udało mi się tego konsekwentnie stosować przez dłuższy okres. Jak wskazują sławne przykłady jak chociażby  np. 5 krotnego triathlonowego  mistrza świata na długim dystansie Marka Allena, skuteczność tej metody treningu jest niepodważalna ale wymaga naprawdę wielu miesięcy jak nie kilku lat spójnego jej stosowania. Ponieważ w pierwszym okresie,  który może potrwać parę miesięcy, powoduje ona bardzo duży spadek prędkości na treningu, rodzi to oczywiście wątpliwości i wahania czy ją stosować, szczególnie kiedy nadchodzi sezon startowy, startów jest wiele i chciałoby się je wykonać dużo szybciej. Jednym z licznych „przyczynków” do zwątpienia w adekwatność tej metody dla mnie był fakt, iż mój  maksymalny puls o parę dziesiątek przekracza ten książkowy. Stąd też formuła 180 minus wiek wydaje się być może nieadekwatna do moich „osobniczych” właściwości. Ten argument ( osobniczych właściwości i różnic pomiędzy ludźmi w tym samym wieku)  jest zresztą często podnoszony w ramach krytyki metody. Nawet więc jak trenowałem wg. metody MAF,  arbitralnie podnosiłem sobie wynik z formuły nawet o kilkanaście uderzeń co znajdowało zresztą jakieś  wsparcie w wypowiedział propagatorów metody. Dodatkowym czynnikiem  wzmacniającym przekonanie o słuszności teorii był  mój stosunkowo wysoki puls w trakcie pływania, w szczególności wobec tego że wszem i wobec pływanie jest wskazywane spośród trzech dyscyplin ( bieg i rower pozostałe) jako generujące co do zasady najmniejsze wartości pulsu ( przy porównywalnym odczuwalnym wysiłku). Nie zgadzał się z kolei z tym mój stosunkowo niski puls osiągany w trakcie jazdy rowerem.  Od kilku miesięcy z zamiarem zbilansowania wysiłku, mierzyłem sobie HRV ( Heart rate variability). Stosując się do wynikających z tych pomiarów wniosków- zaleceń treningowych  miało uchronić mnie przed przeginaniem z długością, częstotliwością i intensywnością treningów. To też skutecznie odciągnęło mnie od metody MAF jako że wydawało mi się że stosując się do zaleceń wynikających z pomiarów HRV, skutecznie zbilansuję swój trening nie zwalniając jednocześnie jak w przypadku MAF. Dodatkowym asumptem do tej konkluzji było założenie że mój cel na przyszły rok to przebiec w maksymalnym stopniu każdy z dystansów i nie stosować marszobiegu, który się z metodą MAF nieodłącznie kojarzy jako efekt spowolnienia tempa na skutek nieprzekraczania pulsu z formuły do takiego stopnia że dalszy bieg okazuje się niemożliwy i trzeba go zastąpić marszem. Jeszcze bardziej utwierdziło mnie w tym spostrzeżenie że w przypadku kiedy mój puls bardzo wzrasta podczas biegu to przerywanie biegu marszem na niewiele się zdaje ponieważ kiedy znowu zaczynam biec, po kilkunastu sekundach puls skacze jeszcze bardziej. Kiedy natomiast biegnę w sposób ciągły to owszem puls bywa  bardzo wysoki ale po określeniu jakiejś wartości stabilizuje się i dalej nie skacze tak jak w przypadku marszobiegu. W pewnym momencie porzuciłem nawet weryfikację pulsu w trakcie biegu i biegałem tylko na „samopoczucie” puls sprawdzając dopiero po.  Eksperymentowałem sobie tak przez parę tygodni, łapiąc w ten sposób trochę parę srok za ogon i na końcu jednak doszedłem do wniosku że muszę się zdecydować na jedno spójne podejście  i tym podejściem pod którym jednak chyba jestem w stanie się na dobre podpisać jest MAF. Co z tego bowiem że jestem w stanie na bardzo wysokim pulsie przebiec znaczny dystans, sięgający pewnie   okolic 30 kilometrów jeśli w którymś momencie tak czy owak dopadnie mnie taka czy owaka „ściana”. Przecież właśnie bierze się to z tego że biegnę z tak wysokim pulsem.  Dlatego  też na zawodach triathlonowych ściana pojawia się znacznie wcześniej w trakcie  biegu niż w biegach solo.   Poza tym  powtarzanie treningów na wysokim pulsie coraz bardziej zdaje się  eksploatować mój organizm. Widać to po tempie i dystansie które ten wysoki puls uruchamiają  – tempo jest  coraz wolniejsze a dystans coraz krótszy  a pomiary HRV coraz częściej są poniżej normy. Parokrotne  pokonanie dystansu Ironmana czy  nawet krótszego ale trwającego parę godzin nie czyni mnie  „efektywnym”. Świadczy o mojej wytrzymałości ale nie o mojej wydajności jeśli każdy z tych wyścigów albo okazywał się  wolny od początku albo zbyt mocno zwalniający na końcu. Może ze dwa razy moje zawody na dłuższym dystansie miały coś wspólnego z  podręcznikowo akceptowalnym poziomem pulsu podczas całych zawodów. Rzeczony Mark Allen  przed przejściem na trening metodą MAF miał super wyniki, tyle że nie były one  tak super jakie osiągał i to parę lat pod rząd  po tym jak zaczął trenować metodą MAF. Poza tym  jak twierdzi on i nie tylko on,  różnica   wpływu na samopoczucie zarówno fizyczne jak i psychiczne zawodów realizowanych od kiedy poprawił efektywność swojego organizmu stosując metodę MAF była niebotyczna. Kiedy człowiek ma parę lat intensywniejszej aktywności fizycznej za sobą, jakkolwiek nie „uprawianej”, ma wrażenie że organizm się wytrenował i spowolnienie za sprawą MAF jest nielogiczne bo oznacza regres do wcześniejszego okresu. Ten pogląd to chyba jeden z najgorszych wrogów zmiany nastawienia. No bo mam teraz truchtać jak już jestem „rasowym biegaczem, kolarzem czy pływakiem”? Wszędzie się trąbi też że postęp wynika z treningu obciążającego organizm w coraz większym progresywnie stopniu. Jak zatem można się „poprawić” zwalniając?  To „jak?” można wyczytać z wielu dostępnych publikacji i wypowiedzi na temat treningu metodą MAF. Wiedza w tym zakresie  lub jej brak nie stanowią tu problemu. Problemem jest istnienie lub brak wiary i zaufania w tę metodę. Dla jednych ( do których zapewne się zaliczam) zbyt duża wiedza wpłynęła do tej pory na niedobór wiary i zaufania. Dla innych może być inaczej. Każdy musi sobie sam z tym poradzić. W tym momencie bardzo chcę wierzyć że osiągnąłem stan wiary i zaufania w metodę MAF na takim poziomie że jestem w stanie konsekwentnie ją stosować co najmniej do przyszłorocznego Ironmana we wrześniu. Jeżeli jest on moim celem tak jak sobie to wyznaczyłem, a MAF bardzo dobrze się wpisuje w ten cel, ze względu na to że zostało prawie 9 miesięcy do zawodów,  to nic po drodze nie powinno mnie od MAF odciągać. Skoro wystarczyło mi w ubiegłym sezonie konsekwencji na pływanie przez wiele miesięcy z trenerem, to musi mi wystarczyć konsekwencji na trenowanie metodą MAF. Poza wszystkim jest ona też bardzo prosta jeśli chodzi o „plan treningowy”. Czy tym razem na pewno wytrzymam,  nie jestem oczywiście tego w stanie w tym momencie przesądzić, skoro to kolejna już próba a wcześniejsze nie okazały się zbyt udane ale też nie mam pomysłu na inne sposoby zlikwidowania mojego ewidentnego deficytu  efektywności w uprawianych sportach a przede wszystkim w bieganiu. Nie poprawiając tej sytuacji nie ma sensu myślenie o maratonach, ironmanach czy jakichkolwiek imprezach typu ultra do których mnie cały czas ciągnie. Póki co więc ustawiłem bardzo konserwatywne limity pulsu i zamierzam dać im szansę.
Od drugiej dekady  grudnia rozpocząłem ( trzecie podejście) do treningu  metodą MAF.  Miłym przy tym efektem  był pierwszy bieg gdzie przez 15 kilometrów udało mi się cały czas biec  utrzymując w konserwatywnym limicie pulsu ( 128-129) nie przechodząc do marszu. Tempo oczywiście diametralnie spadło w stosunku do wcześniejszego „spokojnego” ale też nie tak strasznie jak można wyczytać z doświadczeń innych. U mnie około minuty z niewielkim „hakiem” przy standardzie jak się wydaje będącym w okolicach 2 minut. Średnie temp z całego dystansu wyniosło 6 min 50 sek. To dało  mi pewien zapas mentalny na początek,  gdyby się okazało że ten pierwszy raz ciągłego biegu z tak ustawionym pulsem maksymalnym był wyjątkowy i następne okażą się dawać gorsze wyniki jeśli chodzi o tempo.  I tak się rzeczywiście stało, kilka kolejnych biegów spowolniło te tempo ale  dużo też zależy od terenu. Przy biegu po asfalcie i płaskim, tempo jest szybsze od kilku do kilkunastu sekund na kilometr średnio w porównaniu do biegu w terenie z niewielkimi wzniesieniami. Niestety dużym problemem okazał się  dystans. Nie odpuszczając jazdy na trenażerze i pływania, nawet biegając co drugi czy trzeci dzień napotykam na problem skaczącego pulsu po kilku zaledwie przebiegniętych kilometrach, kiedy jest to kolejny dzień pod rząd w którym bez chociażby jednodniowej przerwy coś robię.  Odczytuję to jako niestety gorszy stan mojej wydolności niż wcześniej myślałem. Mam wrażenie że muszę wrócić bardzo,  bardzo  daleko do tyłu aby utrzymać mój puls w zakładanych ryzach i muszę się przyznać iż „ciemna strona” dochodzi jeszcze do głosu rozbijając trochę nowe podejście. Kiedy mam czas i porobiłbym coś dłużej niż typowa godzina  to zaraz okazuje się że nagromadzone zmęczenie wychodzi w niechcianych momentach. Trzy dyscypliny plus tenis na który staram się też znaleźć godzinę czasu w tygodniu, bardzo ciężko  wpasowują się w MAF. Poza tym dopada mnie znany problem niemożności utrzymania MAF-oskiego pulsu na rowerze stacjonarnym bez takiego „zajechania” które  z kolei powoduje że bieg następnego dnia  już jest skazany na porażkę. Po pierwszym miesiącu  stwierdziłem że chyba muszę się z tym pogodzić że kręcenie pedałami póki co będzie w bardziej w strefie regeneracyjnej niż aerobowej. Co więcej aby nie wpadać w problem niemożności utrzymania pulsu na jednak dłuższym niż kilka kilometrów dystansie, muszę zredukować pozostałe aktywności. W tym czasie cały czas też obserwowałem jak układa się moje HRV ( heart rate variability). Już wcześniej zacząłem podejrzewać że niestety jedna aplikacja do pomiaru tego parametru może być obarczona błędem. Nie mając umiejętności oparcia się na danych podstawowych, kierowałem się zaleceniem danej aplikacji. Każda użytkowa aplikacja stosuje takie rozwiązanie. Więc kiedy zalecenie jest że można ciężej podziałać to zakładałem że  można podziałać ciężej. Nie będąc jednak przekonany do konkretnej aplikacji, na początku postanowiłem przetestować kilka. Od kilku miesięcy pozostaję przy dwóch, jedna mierzy HRV ( i puls) poprzez kamerę telefonu a do używania drugiej niezbędny jest pulsometr. Ta pierwsza wydawała mi się superużyteczna jako że HRV powinno być mierzone z samego rana najlepiej po przebudzeniu. Nie chcąc spać w pulsometrze albo szamotać się z zakładaniem go rano w łóżku rozwiązanie polegające na przyłożeniu palca do kamery jest proste. Wątpliwość bierze się z tego że jest to rozwiązanie marginalne i wszyscy inni  stosują pulsometry i to o określonych parametrach jako powód podając brak wiarygodności innych metod  pomiarów. Stąd wzięła się u mnie chęć sprawdzenia  i porównania. No i zgodnie z obawami pojawiały się sprzeczne komunikaty. Jedna aplikacja zalecała mi odpoczynek podczas gdy druga twierdziła że jest super i mogę dać czadu. Co gorsze w innym dniu zamieniały się rolami co powodowało że nie bardzo wiedziałem czego się trzymać. Oczywiście pokusa była żeby trzymać się tej „łagodniejszej” w ocenie i jak  chciałem akurat pobiegać a chociaż jedna z aplikacji była z tym „ok” to biegłem. I niestety nadziewałem się na ścianę. Po kilkunastu tygodniach doszedłem do wniosku że muszę mieć „pozytywa” od obydwu i wtedy dopiero nie powinienem się obawiać że po kilku kilometrach mój puls wystrzeli w kosmos. Tak też w końcu sumując te wszystkie elementy i wnioski z nich wypływające  doszedłem do  sportowej „emerytury”. Pierwszy miesiąc treningu metodą MAF kończy się dla mnie  z drastyczną redukcją moich aktywności w każdym aspekcie, długości, częstotliwości i intensywności. Kiedy  w psychicznym rozpędzie po Ironmanie we wrześniu „ułożyłem’ sobie plan ilościowy na kolejne 11 miesięcy wyglądał on w stosunku do tego z czym teraz „zostałem” jak Goliat w stosunku do Dawida. Ale ufam że innego wyjścia nie ma i że to już to „dno” od którego się będę odbijał. Na razie nie robię sobie żadnych testów jak i czy zwiększyła się moja wydajność biegowa po miesiącu stosowania MAF. Poczekam jeszcze miesiąc.
Pierwsze dwa tygodnie stycznia były tak naprawdę pierwszym dłuższym okresem konsekwentnego trzymania się założeń zarówno co do intensywności treningu jak i wyboru tego co robić w danym dniu w zależności od wskazań poziomu HRV. Jedynym w pewnym sensie ekscesem było przebiegnięcie w drugi weekend stycznia po kolei w sobotę ponad 10 km i zaraz po tym w niedzielę prawie 18 km. Ale obydwa te biegi były w strefie niskiego pulsu i nie było żadnych z nim problemów a tempo było całkiem przyzwoite. Zastanawiałem się jak mój organizm będzie wyglądał w kolejnym dniu, bo w poprzednich miesiącach takie zestawienie dwóch biegów pod rząd skutkowało problemami w kolejnych dniach. Tym razem jednak  się to nie powtórzyło. W tym okresie nie musiałem niczego w zasadzie odpuszczać. Jazda na rowerze była raczej w tempie regeneracyjnym ale była i nie powodowała kumulacji zmęczenia. Po dość długiej przerwie poszedłem też pierwszy raz na basen i ostrożnie przepłynąłem kilometr też w strefie niskiego pulsu. Kolejna wizyta na basenie po paru dniach z już zdublowanym dystansem. Płynąc bardzo łagodnie, nie przekraczałem założonego pulsu a mimo to tempo było jedne z najlepszych w ostatnich tygodniach. Co istotne przez cały ten czas nie czułem się w ciągu dnia „zużyty” po tych wszystkich aktywnościach i wyraźnie mój organizm lepiej sobie z taką dawką „treningu” radził. W pewnym sensie jest to oczywiste i  ktoś mógłby powiedzieć że nie ma się co tym ekscytować, dla mnie jednak było to oznaką postępów bo w poprzednich tygodniach problemy z pulsem pojawiały się często,  „niespodziewanie” i z dużym  nasileniem czemu towarzyszył bardzo odczuwalny stan zmęczenia.    Ten okres podsumowałem więc jako bardzo udany. Na koniec dotarłem do kolejnych publikacji w których wyraźnie zaznacza się odchodzenie od teorii „no pain no gain”, nawet tych którzy  wcześniej byli wyznawcami  ideę ciężkich i intensywnych treningów.  Do wcześniejszych wyjaśnień problemu związanego z trenowaniem ponad miarę, doszły nowe wskazujące na zależność pomiędzy przetrenowaniem a niemożnością utraty wagi o co ( czyli o utratę wagi)  często w takim podejściu  do treningu chodzi, ograniczonego dziennego  poziomu energii który trzeba sensownie zagospodarować oraz funkcjonowania w stanie „długu regeneracyjnego”. Wszystko do sensownie wyjaśnia dlaczego powyżej określonego poziomu, który oczywiście jest różny dla każdego człowieka, w tym ze względu na wiek i pozostałą aktywność poza aktywnością fizyczną, dalsze „doginanie” z intensywnością odnosi odwrotny wręcz skutek od pożądanego ze spadkiem wyników włącznie.  Ostatni tydzień stycznia wiązał się z wyjazdem w góry. Tym razem inaczej niżw poprzednich sezonach, będąc w górach prawie nie biegałem. Tylko dwa raz w ciągu tygodnia potruchtałem po parę kilometrów. Wskazania HRV wykazywały że organizm jest dostatecznie zmęczony jazdą na nartach. Po powrocie wróciłem do codziennych przekładanek, biegając jednego i jeżdżąc na rowerze drugiego. Tymczasem z pływania niewiele mi wychodziło głownie za sprawą dużej ilości pracy. Do połowy lutego nie odnotowałem widocznych postępów jeśli chodzi o wzrost tempa biegowego przy takim samym zakresie pulsu. Miałem jednak wrażenie że mogę zwiększać obciążenie na rowerze stacjonarnym bez negatywnego wpływu na organizm.  Cały czas też  udawało się  unikać skoków pulsu w czasie biegów poza tzw. drugą strefę. W ten sposób  odbyłem też kilka dłuższych wybiegań dochodząc do 24 kim. Jednak puls przy którym daje się biec bez bardzo dużego zwalniania czy też przechodzenia do marszu wynosi u mnie ok. 134 uderzeń tak więc zamiar biegania w granicach 128 uderzeń nie  udał się. Takie odstępstwo 6 uderzeń  od konserwatywnej granicy, zdaje się być jednak cały czas w zgodzie z zasadami gdzie mowa o +/- 10 uderzeniach.  W tym (134 uderzenia)  zakresie pulsu udaje mi się osiągać tempo pomiędzy 6min50sec a 6min 20sec na km. Mam też wrażenie co potwierdzają obserwacje własne odnośnie poprzednich lat jak i to co twierdzą inni, że sezon zimowy jest co do zasady „ciężki” dla organizmu. Trzymam się tego mając nadzieje że wiosną  wraz z nadchodzeniem wiosny tempo się będzie poprawiać i uda się w drugiej połowie kwietnia przebiec maraton w sensownym tempie i zakresie pulsu.
Od trzeciej dekady  lutego postanowiłem zrezygnować z ciągłej kontroli zakresu pulsu w trakcie biegu co jest mocno stresujące kiedy często gęsto mój zegarek powiadamia mnie że przekroczyłem limit. Przesunąłem więc limit w zegarku o parę uderzeń do góry nie rezygnując jednak z założenia aby biegać w zakładanym zakresie w okolicach 134 uderzeń. Ponieważ powili zbliżają się pierwsze zawody, niektóre biegi albo ich fragmenty będę też biegał na wyższym pulsie i zarazem w  tempie bardziej zbliżonym do tempa startowego na poszczególnych dystansach. Najistotniejsze jest jednak aby mój puls nie osiągał  tak zawrotnych poziomów jakie nękały mnie w ubiegłym sezonie.  Pierwsze kilka biegów w ten sposób wykonanych, przebiegło dobrze. Zwiększenie tempa  o ponad minutę w stosunku do tego z jakim biegałem w zakresie niskiego pulsu, spowodowało podniesienie tego ostatniego ale bez nagłych skoków i stopniowo wraz z dystansem. Na biegu w tempie 5.20 min\km puls osiągnął poziom 150. Przekonuje  się też coraz bardziej  że chcąc w miarę utrzymywać mój organizm w stanie niekumulującego się ponad miarę zmęczenia, skutkującego niskim poziomem HRV i wysokim pulsem spoczynkowym co przekłada sie na wysoki puls w trakcie aktywności, muszę raczej oszczędnie dawkować sobie trening. Sprowadza się to do jednego treningu dziennie trwającego około godziny. Nie do końca wiem jak to się ma przełożyć na założone w tym roku przebiegnięcie maratonu i pokonanie w sensownym czasie Ironmana ale ponieważ do tego drugiego pozostało prawie 7  miesięcy, mam nadzieje że z nadejściem wiosny i lata będę mógł zwiększyć objętość poszczególnych aktywności. Na razie coraz szybciej zbliża się termin maratonu i  jeśli chcę go przebiec to pozostało mi już niewiele czasu na zdecydowanie długie biegi. Tymczasem przyszedł pierwszy bieg na zawodach, mający miejsce 3 marca w mocno zimowych warunkach. Temperatura oscylowała w okolicy -10 stopni. W tygodniu poprzedzającym bieg, wykonałem dwa biegi na tempo, nie kierując się wskazaniami pulsometru. Na tej podstawie ale też biorąc mocno w ryzy zakusy aby biec w okolicach zbliżonych do swoich najlepszych wyników, wyznaczyłem sobie tempo w 5.30-5.20 minut/km. Efekt zawodów już na starcie spowodował że pierwsze kilkaset metrów biegłem poniżej 5 min/km trzymając się paroosobowej grupy. Ponieważ jednak grupa ta dalej biegła tym samym tempem zwolniłem i  chciałem się „ustawić” na tempie jak najbardziej naturalnym. Biegając przez wiele tygodni przeważnie powyżej 6.20mion/km zakładałem że te naturalne tempo na 10 km może gdzieś oscylować w przedziale 5.45-5.30,  jednak okazało się że ustaliło się na 5.10. Pomyślałem że jak tak ma być to niech będzie i tylko pytanie jak długo będzie ono takie naturalne a kiedy  zacznie mi doskwierać zmęczenie. Dało rady do siódmego kilometra. W takim razie stwierdziłem że pozostałe trzy powinienem już tak dobiec bez zbytecznego jak na stawiane sobie cele zajechania. Plan ten wykonałem i wbiegłem tym tempem na metę. Na ostatnich dwóch kilometrach puls dochodził do ustawionego w zegarku limitu 170 uderzeń i miałem wrażenie że pojawiają się jakieś oznaki z tym związane w moim organizmie. Było na tym odcinku kilka podbiegów które pokonałem bez specjalnego zwalniania i to niewątpliwie miało swój wpływ na ten puls. Podejrzewam że gdybym biegł cały czas po płaskim nie przekroczyłbym 165 uderzeń. Biorąc też pod uwagę  że był to bieg w lesie, pewnie na asfalcie z tym samym poziomem „komfortu” mógłbym biec jeszcze kilka sekund na kilometr szybciej. Uznałem więc ten wyścig za udany. Dla porządku trzeba jednak dodać iż do końca dnia czułem że biegłem na zawodach ale następnego dnia udało mi się bez problemu wykonać swoją godzinę na rowerze stacjonarnym a kolejnego przytruchtałem 6 kilometrów utrzymując puls w okolicach 128 uderzeń. Po wyścigu przez dwa tygodnie musiałem jednak odpuścić bieganie. Kłopoty po usunięciu zęba zafundowały mi tę przerwę i kiedy już mogłem wrócić do biegania, kalendarz  pozostawił mi tylko miesiąc do maratonu a niewiele ponad dwa tygodnie do biegu na 10 km, na którym zamierzałem trochę jednak przycisnąć. Postanowiłem spróbować zintensyfikować moje bieganie zarówno jeśli chodzi o częstotliwość jak i intensywność. Jeśli chodzi o tempo to wybrałem wariant biegu na samopoczucie ( biec wolno ale nie hamować się specjalnie z uwagi na puls)  i zobaczyć jakie będzie mieć to przełożenie zarówno na puls jak i na zmęczenie ( w tym skumulowane) i wreszcie na regenerację. Przerwę w bieganiu wykorzystałem na kilka dni postu co przyczyniło się do spadku wagi lekkiego ale istotnego z punktu widzenia wcześniejszego przekroczenia pewnych psychologicznych limitów. Ten niezadługi post pozwolił mi też na powrót do zdrowszego jedzenia.
Brak konsekwencji szybko się mści. Nieplanowany „odpoczynek” spowodowany problemami z gojeniem się po usunięciu zęba, spowodował jednak że organizm się jakoś „biegowo” zregenerował. Kiedy na powrót zacząłem biegać, czułem że jest na tyle dobrze że mógłbym zintensyfikować wysiłek  i nadrobić stracony czas wobec zbliżającego się coraz większymi krokami maratonu. Zacząłem biegać codziennie w tym pokaźne dystanse. Dodatkowa motywacja do takiego postępowania przyszła wraz z lekturą Maratończyka Billa Rodgersa w której to książce wyczytałem jak panowie trenowali do biegów maratońskich w latach 70-80 ubiegłego stulecia,  po dwieście kilkadziesiąt a nawet 300 km tygodniowo i tak dzień w dzień nie wyłączając tygodni w których startowali. Porażające dystanse z mojej perspektywy, gdzie taki „ich” tygodniowy  dystans w najbardziej intensywnych okresach to dwa miesiące mojego  biegania.  Po paru dniach nie dosyć że zaczęła się odzywać od dawna odłożona do historii kontuzja rozcięgna podeszwowego, to zużyłem się na tyle że stało się to ewidentnie widoczne w odczuwania poziomu zmęczenia podczas kolejnych biegów. Tak szybko jak zacząłem nowy rozdział tak go zakończyłem wracając do swoich starych „norm”. Nie ten wiek i nie te poziomy. Ostatecznie pocieszyłem się że tenże Bill Rodgers który przez szereg lat wybiegał zwycięstwa na maratonach w Bostonie i Nowym Jorku na poziomie poniżej 2 godzin i 10 minut, kiedy wrócił do Maratonu Bostońskiego po latach od swoich szczytów, ciągle jednak biegając, w wieku 62 lat zużył na ten dystans cztery godziny z minutami. Jeszcze pięć lat mi zostało do tego wieku ale jak uznałem trzeba się cieszyć jeśli moje trochę poniżej 4 godzin „wybiegane” dwa lata temu na pierwszym i póki co jedynym ulicznym maratonie w którym brałem udział, uda się przez jeszcze jakiś czas utrzymać a jeśli ten czas poprawię to tylko się cieszyć jeszcze bardziej. Niezależnie bowiem od tego że są „dziadki” które potrafią pobiec na maratonie bliżej 3 godzin, to nie ma się co na to szarpać z mojej pozycji wyjściowej. Pewnie gdybym ten pierwszy maraton z takim czasem ukończył co najmniej dziesięć lat wcześniej, o istotnym jego poprawieniu mógłbym realistycznie myśleć a mój organizm stać by było na to bez zarzynania się i czynienia z tego co ma być przyjemne ciężkiej harówki. A tak trzeba się cieszyć z tego co jest i przede wszystkim dbać o to żeby zdrowie w tym wieku konserwować w pozytywnym tego słowa znaczeniu a nie udawać czterdziesto czy trzydziesto latka który choć pomimo późnego rozpoczęcia bawienia się w „sport” ma jeszcze duży potencjał do użycia i bez nadmiernych złych efektów dla długofalowego zdrowia zużycia. Potulnie wracam zatem do celu „przebiec maraton” zamiast celu poprawić wynik. Niestety nie uda mi się już zrealizować żadnego długiego biegu w czasie który mi pozostał, bez ryzyka że będę musiał za to zapłacić stanem niezregenerowania, tak więc 25 km pozostanie tym najdłuższym. Za półtora tygodnia czekają mnie zawody na 10 km i bardzo chcę ten dystans też pokonać rozsądnie. A czy tak się stanie, czas oczywiście pokaże.

Malbork IM – napisane wrzesień 2017

Ostatni zaplanowany start w tym roku przypadł na początku września w Malborku. Pełen dystans Ironmana- ukoronowanie kilku lat przygotowań. Choć to poniekąd ukoronowanie bis. Ironman zaplanowany został na termin rok wcześniejszy w Poznaniu. I nawet się odbył, tyle tylko że organizatorzy skrócili pływanie o kilkaset metrów, pozostawiając mnie z tym niepełnym dystansem. W ubiegłym roku kiedy zapisywałem się na start do Malborka, moja motywacja była związana z poznańską niedoróbką ale w takim sensie że traktowałem ponowny start na dystansie Ironman jako excuse dla kontynuacji zabawy w triathlon i ewentualne odpychanie zaczepek typu – no przecież już osiągnąłeś to co chciałeś, może już byś dał spokój. Przez rok zmieniło się to jednak diametralnie. Start w Malborku stał się ciężkim dla psychiki „obowiązkiem”. Brak motywacji jaki mnie dopadł prawie na początku sezonu, zdecydowanie mniejsze przygotowania, zbyt dużo wcześniejszych startów w poprzedzających miesiącach, nie wróżyły nic dobrego. Z drugiej strony chyba pozbawiły mnie przedstartowego stresu. Nie uda się to się nie uda. Z trzeciej strony, gdzieś tam po cichu chciałem aby ten Malbork był „tak dobry” albo lepszy niż Poznań. Podstawy do tego były. Dwa poprzedzające starty na połowie dystansu IM były czasowo zdecydowanie lepsze od wcześniejszych i wskazywały na możliwość ukończenia zawodów w Malborku z czasem porównywalnym do Poznania pomimo dłuższego pływania. Osiągnięcie takiego rezultatu „pasowałoby” do całego sezonu- rekord życiowy na 10 km biegu i w półmaratonie i rekord na dystansie 1/2 IM. Powzięte już jak mi się wydawało pewne postanowienie o odpuszczeniu startów w 2018 roku ( no może poza okazjonalnym) lepiej dawało się osadzić w skwitowaniu roku 2017 jako kolejnego roku „sukcesów” startowych.

Z tym całym „bagażem’ wyruszyłem w sobotę 2 września do Malborka. Pogoda była paskudna. Deszcz wiatr i temperatura w okolicach 15 stopni. Poprzednie dwa tygodnie spędziłem w Chorwacji z dwa razy wyższą. Ale taka temperatura nie jest co do zasady moim wrogiem na zawodach. Wolę ją zdecydowanie bardziej niż upał. Trochę się tylko obawiałem czy obiektywnie się nie wyziębię i nie do końca byłem pewien jak się ubrać. Chyba pierwszym elementem całego pakietu dobrych wspomnień ze startu w Malborku, była zapowiedź że w hotelu w którym mieliśmy spędzić noc poprzedzającą zawody w sposób specjalny traktuje się przebywających tam triathlonistów. Zaoferowano możliwość zjedzenia śniadania już o 4.30 rano. Nie mogłem w to uwierzyć. Naładowany energią wynikającą z tej wiadomości, poszedłem odebrać pakiet startowy i wstawić rower do strefy zmian. Popatrzyłem sobie też na rzekę w której następnego ranka miałem płynąć 3,8 kilometra. Leniwie płynąca u podnóża zamku, była trochę ponura ale jednocześnie spływał na nią majestat potężnych murów zamkowych. Jako że w dalszym ciągu nie byłem tripozytywnie nastawiony, postanowiłem nie iść na odprawę techniczną przed startem ani na pasta party. Po rozczarowaniach na zawodach w Suszu gdzie spodziewałem się spędzić wieczór przedstartowy socjalizując się ze znajomymi, z czego nic nie wyszło, nie nastawiałem się na nic w Malborku. Resztę wieczoru spędziłem z rodziną najpierw w rekomendowanej knajpie a później na spacerze z powrotem do hotelu.

Spałem nieźle i obudziłem się jak zwykle przed nastawionym w budziku alarmem. Ponieważ tym razem wraz z rowerem zostawiłem już w strefie zmian cały prowiant ( nie było obawy że picie się zagrzeje), upewniłem się tylko czy zabieram podstawowy ( poza rowerem) rynsztunek startowy. Dołożyłem do worka jakąś uzupełniającą garderobę i po śniadaniu które zaserwowano zgodnie z obietnicą o 4.30 oraz kilometrowym spacerze, znalazłem się w centrum wydarzeń. Byłem na tyle wcześnie że spokojnie mógłbym zrobić pływacką rozgrzewkę ale wchodzenie po piątej rano do burej wody rzeki Nogat, nie stanowiło atrakcji. Jeśli będzie zimno w wodzie ( temperatura 17 stopni) to nie zamierzałem rozpoczynać cierpienia wcześniej niż to konieczne. Tak więc w wodzie znalazłem się dopiero po sygnale wejścia. O dziwo nie było tak źle pomimo że przez ostatnie kilkanaście dni pluskałem się w ciepłym Adriatyku. Skupiłem się na wyborze miejsca startowego które dawało jakąś nadzieję że tuż po starcie nie nadzieję się na czyjąś miotającą się nogę czy rękę. Prawie się udało nie licząc drobnych obcierek i uderzeń które są nieuniknione. Niestety moje „szczęście” do żabkarzy i tym razem dało o sobie znać. W pobliżu mnie płynął najgorszy typ pływaka „kraulo-żabkarz”. Z takim nigdy nie wiadomo kiedy zmieni styl i płyniecie w jego pobliżu zwiększa istotnie ryzyko że zostanie się skopanym. Jego mieszany styl był na tyle szybki że przez trzy pętle cały czas musiałem uważać. Dopiero na ostatniej udało mi się go na tyle zostawić w tyle, że opanował mnie psychiczny luz i mogłem skoncentrować się na technice. Ta pętla była więc moją najszybszą a przynajmniej relatywnie najszybszą ponieważ dogoniłem sporą grupę. Czas ukończenia był dla mnie bardzo satysfakcjonujący. Utrzymałem tempo z połowy dystansu na wcześniejszych zawodach. Zaczęło to budzić we mnie skryte oczekiwania na zamknięcie całości w 12 godzinach. Szbko się jednak przekonałem że będzie to niemożliwe.

Już pierwsze kilkaset metrów na rowerze pokazało że przyjdzie się zmierzyć z najgorszym z mojego punktu widzenie wrogiem jakim jest wiatr. Za każdym razem kiedy doświadczyłem jazdy pod wiatr nie byłem w stanie się przez niego przebić. Próbowanie tego teraz na początku 180 kilometrów jazdy byłaby fatalnym pomysłem. Postanowiłem jechać tyle ile się uda. Problem był jednak taki że udawało się niewiele, maksymalnie 26 km na godzinę. Po nawrocie na 23 kilometrze, była nadzieja na odrobienie i rzeczywiści prędkość wzrosła. Po pętli miałem trochę powyżej 29 km na godzinę co nie byłoby jeszcze bardzo źle z punktu widzenia moich rozbudzonych oczekiwań. Poza tym na pierwszej pętli wyprzedziłem sporo osób więc wydawało mi się że jestem dość mocny. Niestety z każdą następną pętlą moja prędkość spadała i na przedostatniej zacząłem być już wyprzedzany przez tych których ja wcześniej wyprzedziłem. Przyszło zwątpienie. Czułem się zmęczony ale w odróżnieniu od wcześniejszych startów temu zmęczeniu towarzyszyła bardzo mocna senność. Tak jakbym był niewyspany do było nie prawdą, chyba że w jakiś sposób mój organizm odreagowywał fakt że w związku z podróżą z Chorwacji, dwie noce wcześniej położyłem się o 2 w nocy zamiast standardowej 22-23. Odpędzałem od siebie myśli o tym żeby przerwać to co zaczynało być już niezłą męką. Prędkość na odcinku pod wiatr spadała nawet poniżej 20 km na godzinę i przed oczami stanęło mi całe nieprzygotowanie. Nie ma siły żeby przejechać dobrze 180 km przygotowując się tak jak to zrobiłem. W ubiegłym sezonie nie przejechałem zbyt dużo – razem z zawodami ok. 2000 km. W tym o 1/3 mniej. W ubiegłym sezonie kilka razy pojechałem powyżej 100 km. W tym zero. Tylko trzy razy na zawodach po 90 km i raz ze 60. Poza tym jeździłem głownie do pracy 25 km w jedną stronę. Nie ma co płakać nad wylanym mlekiem. Byleby jednak nie stanąć zupełnie. Ostatnie 23 km pod wiatr to już była katorga. Ale dobrnąłem i po nawrocie nawet udało mi się przejechać przyzwoicie z powrotem i do mety. Średnia z całości 28 kilometrów na godzinę zostawiła mi na maraton niecałe 4 godziny gdybym wciąż myślał o zamknięciu całości w 12 godzinach. Nie myślałem.

Oprócz wcześniejszych dobrych doświadczeń z marszobiegiem w Suszu i w Gołdapi nie miałem żadnego pomysłu na bieg w Malborku. W poprzednich startach przyjąłem zasadę marszu w okolicach strefy żywieniowej i „schładzania” pulsu do rozsądnych wartości przed przejściem do biegu. W Malborku drugi element już po pierwszych kilku kilometrach się rozsypał. Nagle puls skoczył mi do 220 i to mnie wystraszyło. Potem poszybował jeszcze bardziej Przez dobre paręnaście minut obserwowałem co się dzieje – spadał kiedy zwalniałem ale wciąż odczyt był niebotyczny. Na odcinku rowerowym miałem opaskę na klatkę piersiową którą miałem zastąpić opaską na ręku ( tę ostatnią oszczędzałem na maraton ze względu na baterię) ale stwierdziłem że w niej pobiegnę. Ponieważ miała nową baterię nie zakładałem że się popsuła kiedy odczyty zaczęły być kosmiczne, tym bardziej że dopiero co ukończony rower wskazywała sensownie. Po jakimś czasie uruchomiłem opaskę ręczną i ewidentnie okazało się że się rozjeżdżają. Pozbyłem się więc pierwszej z nich ale nie czułem się komfortowo. Trzymałem się wskazań pulsometru z uwagi na doświadczenia z wielu poprzednich biegów. Nie chciałem dopuścić aby mój puls w pierwszych fazach biegu był zbyt wysoki. Po perypetiach z pulsometrem które zajęły mi prawie 1/4 dystansu, zacząłem wdrażać ustrukturyzowanego Gallowey’a czyli marszobieg. Zmęczenie już jednak tak dawało o sobie znać że jakoś tam wyznaczone tempo pomiędzy maratonem z IM w Poznaniu który przebiegłem w czasie 4.25 i maratonem warszawskim 3.59, przechylało się zdecydowanie w kierunku tego wolniejszego. Z każdym odcinkiem kolejnych 5 kilometrów spadało jeszcze bardziej. Znowu z doświadczenia wiedziałem że najbardziej krytyczna będzie przedostatnia 3 pętla. Była zdecydowanie wolniejsza niż druga ale mam wrażenie że sobie ten bieg trochę odpuściłem. Po raz drugi pojawił się problem z pulsometrem. Kolejny zaczął pokazywać że wchodzę w okolice maksymalnego a ponieważ było to już po 25 kilometrze i czułem się zmęczony znowu byłem skłonny mu uwierzyć. O zmieszczeniu się w 12 godzinach zapomniałem już na starcie do biegu ale przez jakiś czas jeszcze myślałem o 12.30. Kiedy już to przestało wchodzić w grę, chyba odpuściłem zupełnie. Przez pewien czas miałem nawet myśli że mogę się nie zmieścić w 13 godzinach, które zazwyczaj przychodziły kiedy maszerowałem i walczyłem z niechęcią do dalszego biegu, spekulując kiedy bym ukończył idąc cały pozostały odcinek. Na początku ostatniej pętli dogoniłem znajomego i ochoczo przyłączyłem się do jego tempa polegającego na 200 m biegu i 50 m marszu. Gadaliśmy sobie o tym i o tamtym. Po kilku takich sekwencjach, znajomy stwierdził że musi wydłużyć odcinki marszowe. Zacząłem się męczyć z tym tempem. Jednak moje tempo biegu było szybsze a odcinki które biegłem były zdecydowanie dłuższe choć dłuższe były też te kiedy maszerowałem. Odłączyłem się więc od niego i dalej przemieszczałem się po swojemu. Na końcu trzeciej i na ostatniej pętli ból w nogach nie był już tylko wymówką. Bolało ewidentnie jak biegłem. Czułem się wyczerpany. Wiedziałem już że skończę ale czułem że to będzie koniec jakiego nie odczuwałem od pierwszych startów. W ramach „zabawy” na ostatnich kilometrach wymyśliłem że przybiegnę tak żeby na zegarze było dokładnie 13 godzin i tak sobie tego Ironmana zapiszę we wspomnieniach. Jednak w pewnym momencie okazało się że musiałbym po prostu na jakiś czas zatrzymać, co nie miało sensu. Na kilkaset metrów przed metą jakaś miła tri- żona, eskortująca swojego kontuzjowanego męża zaproponowała mi red bulla i ściganie się z nią. Red bulla wypiłem, za wyścig podziękowałem i po wymianie kilku zdań pobiegłem do mety. Wbiegłem na metę po 12 godzinach 54 minutach i siedmiu sekundach i poczułem że to był Ironman.

W Poznaniu rok wcześniej dystans Ironman był o kilkaset metrów krótszy na etapie pływackim. Pokonanie całości zabrało mi prawie równo godzinę mniej niż w tym roku w Mlborku.. Ani wtedy ani teraz po pływaniu nie czułem się zmęczony. Wydaje mi się że w Malborku pływanie poszło mi wręcz lepiej. Porównując czasy wszystkich segmentów wyszło mi że w Malborku każdy podstawowy zabrał mi około 19 minut dłużej niż w Poznaniu plus 3 minuty dłużej spędziłem w strefach zmian. Tak więc pomijając etap pływacki, tegoroczny start zabrał mi około 40 minut dłużej. Zaważył o tym, jestem przekonany, głownie etap rowerowy. Z powodu wiatru oraz oczywiście mojego nieprzygotowania na takie warunki, pojechałem nie tylko wolniej niż w Poznaniu ale też zmęczyłem się dużo bardziej niż w zeszłym roku jadąc kilka kilometrów na godzinę szybciej. To odbiło się na biegu. Zmęczenie jakie czułem na mecie i ból nóg, były takie jak w początkowych startach mojej przygody z triathlonem. Czy to oznacza że w późniejszych startach byłem lepiej przygotowany czy że mniej siły w nie w wkładałem. Pewnie jedno i drugie. Nastawienie mentalne też miało swój udział, zapewne nie mniejszy. Myślę że bieg w Malborku jednak mogłem zrobić szybciej, nie zarzynając się dużo bardziej. W Poznaniu też w sumie trochę odpuściłem bieg kiedy dowiedziałem się właśnie na biegu że dystans pływacki został skrócony. To działa na psychikę, kiedy wiesz że zakładany czas ukończenia Ironmana nie będzie czasem ukończenia Ironmana. Patrząc wstecz na swoje starty triathlonowe, mam wrażenie że „odpuszczanie” na biegu stało się trochę moją rutyną. Prawie zawsze kiedy z tej perspektywy patrząc „nie odpuściłem”, wynik był lepszy. Tak było dwa lata temu w Poznaniu na dystansie 1/2 Ironmana. Tak było w Krakowie na drugiej mojej edycji Iron Dragon, tak było w ubiegłym roku w Piasecznie. Na tych zawodach prawie cały czas biegłem. W innych dużo maszerowałem. Kiedy w Suszu w tym roku wdrożyłem ustrukturyzowany ( na bazie metody Gallowey’a) marszobieg, wydawało mi się że to dobre rozwiązanie. Poprawiłem wynik z Poznania o kilkanaście minut. Powtórzyłem ten scenariusz w Gołdapi choć już „ustrukturyzowanie” mocno mi się rozjechało. Wynik biegu w porównaniu do Susza był gorszy. Ogólny wynik został poprawiony dzięki rowerowi. Obydwa ubiegłoroczne maratony kończyłem z długimi elementami marszu. Postawiłem sobie za cel aby przebiec maraton zarówno solo jak i w ramach Ironmana. W tym roku się to nie udało. Zbyt mało biegałem i zbyt krótkie dystanse. Na ten moment uznaję, że mogę dobrze pobiec półmaraton ( solo) i dobrze pobiec 10 kilometrów w ramach zawodów triathlonowych. Nie jestem w stanie jednak w satysfakcjonujący mnie sposób wykonać biegu maratońskiego czy zawodów Ironman a nawet patrząc się na tegoroczne starty – pół Ironman. Ta konstatacja jest niezależna od tego jakie miejsce zajmę na tle swojej grupy wiekowej oraz jaki będę mieć czas. Wiem że stać mnie na wielogodzinny wysiłek ale wartością byłoby aby ten wysiłek definiowany był charakterystyką danej dyscypliny, w szczególności biegu. Pływanie to kwestia doskonalenia techniki. Nie mam z nim innego problemu. Rower to oczywiście poprawa siły. Muszę być w stanie jeździć z lepszą przeciętną zbliżając się do 35 km\h. Taki zresztą miałem plan na ten rok ale nie wypalił on zupełnie. W Gołdapi gdzie pojechałem najszybciej, przeciętna była 31. Bieg z kolei musi być biegiem, nawet jeżeli nie dałby mi zdecydowania lepszego wyniku. W Malborku z szeregiem osób które cały lub prawie cały czas biegły, byłem w stanie utrzymać tempo moim marszobiegiem ale patrzyłem na nie z zazdrością. Muszę więc popracować aby moje starty były lepsze jakościowo nawet gdyby nie miały być szybsze, choć pewnie by były. Jak każdemu w trakcie długiego wysiłku wytrzymałościowego, przynajmniej z relacji które przeczytałem, przychodzą mi myśli żeby przerwać i dalej się nie męczyć – to typowe kryzysy, ale tak naprawdę nie doszedłem na żadnych zawodach do takiego stanu zmęczenia żeby oprócz tego co dzieje się w głowie, mój organizm odmawiał współpracy. Może byłem kilka razy niedaleko np. w ubiegłorocznym maratonie warszawskim, kiedy znalazłem się na granicy skurczów uniemożliwiających dalsze przemieszczenie. W Malborku wyruszając na ostatnią pętlę czułem się bardzo mocno zmęczony, mocniej jak mi się wydaje niż kiedykolwiek w sytuacji kiedy miałem jeszcze tyle do pokonania, ale wciąż było to chyba dalekie od tego co można przeczytać lub obejrzeć jakie problemy miewają inni. I pod tym względem Malbork dał mi wiele do myślenia. Poza tym jednak Ironman w Malborku przewartościował moje myślenie o kolejnych latach ( lub roku).

Obiecałem sobie wcześniej że ten start będzie póki co ostatnim startem na pełnym dystansie oraz że w przyszłym roku wystartuję w triathlonie nie więcej niż raz i jeśli będą zawody w Gołdapi. W dużej mierze ta decyzja była wynikiem ogólnego zniechęcenia do dalszego uprawiania tego sportu. Ale start w Malborku przywrócił mi postrzeganie go jako czegoś co mi się podoba i co chciałbym dalej robić. Nie do końca potrafię wytłumaczyć dlaczego akurat takie odczucia po Malborku. Na pewno w odróżnieniu od innych tegorocznych startów, Malbork był najbliżej tego co było tak mocno motywujące w opisach zmagań triathlonistów i w przebiegu zawodów, o czym czytałem lub co oglądałem. Chodzi przede wszystkim o atmosferę, kibiców, sposób przeżywania samych zawodów oraz tego co się działo po ich ukończeniu z kulminacją w momencie kiedy na metę po ponad piętnastu godzinach, w nocy, wbiegał ostatni zawodnik, który zmieścił się w limicie czasu i jak był fetowany przez całkiem sporą grupę kibiców, organizatorów i zawodników. Jakoś to wszystko sprawiło że powrócił mój wcześniejszy entuzjazm. Myślę że zmęczyła mnie ilość startów na których z tego punktu widzenia mniej się działo. Przyjazd, start i wyjazd bez przeżywania tego wszystkiego, co jest trochę uzasadnione rutyną która się wkrada do tych startów, zużyły moją psychiczną radość z uczestnictwa w zawodach a przez to osłabiły motywację do triathlonu jako takiego. Myślałem wcześniej o biegach ultra ale czy jestem na nie gotowy biorąc pod uwagę wszystkie dotychczasowe starty czy to biegowe czy to w ramach zawodów tri ? Musiałbym więcej czasu przeznaczyć na bieganie, ryzykować kontuzją bardziej niż przy rozłożeniu aktywności na trzy dyscypliny, w pewnym sensie może też zaprzepaścić dotychczasowy efekt treningów rowerowych czy pływackich. W przypadku roweru ewidentnie nie wypełniłem swoich założeń aby w każdym z sezonów więcej czasu poświęcić na przygotowanie rowerowe. No to może odpuścić bieganie ? Ale chyba nie jestem w stanie psychicznie „tylko kręcić”. Drogi stały się bardzo niebezpieczne co w ogóle stawia pod znakiem zapytania spędzanie większej ilości czasu na szosie. Nie ma gdzie bezpiecznie tego robić. A jeździć w kółko po jakiejś jednej w miarę bezpiecznej trasie nie za bardzo mi się chce. Więc chyba triathlon w dalszym ciągu jest dla mnie optymalny bo to że będę się ruszał nie ulega wątpliwości. A jak w danym dniu to już pewna niespodzianka właśnie dlatego że mam trzy możliwości do wyboru. Nie chcę ustrukturyzowanych treningów co oczywiście może odbić się znowu w przyszłym roku kiedy okaże się że nastąpiło przegięcie w stronę biegania lub raczej „niedogięcie” jeśli chodzi o rower. Tak długo jak towarzyszyć będzie temu zadowolenie z każdego aktywnego dnia, tak długo będzie ok. nawet jeśli jakieś zawody na tym „ucierpią”.