Nieudany most

Tak mnie zaskoczył pozytywnie triathlonowy sezon startowy jeśli chodzi o bieganie, że ciągle czułem potrzebę jakiejś weryfikacji poziomu moich biegów bez dodatkowego obciążenia pozostałymi dwiema dyscyplinami. Najpierw zamierzałem to zrobić na dystansie 5 km, ponieważ taki dystans biegałem na zwodach triathlonowych w tym roku. Poza zawodami nie miałem też praktycznie wielu dłuższych biegów,  więc tylko do piątki czułem się przygotowany. Udało mi się znaleźć jakieś zawody w sierpniu ale w ostatniej chwili z powodów około rodzinnych zrezygnowałem. Od początku września zacząłem sobie ustawiać różne biegi na jesień i wtedy też wrócił pomysł sprawdzenia mojej kondycji biegowej w sensie wyścigowym. Okazją  był bieg „przez most” na atestowanej trasie tyle że dystans 10 km. Tydzień wcześniej pobiegłem towarzysko również na 10 km na trailowej trasie w Parku Młocińskim i choć nie był to bieg szybki z punktu widzenia moich najlepszych dokonań,  to okolice  50 minut  na tym dystansie bez poczucia zmęczenia tym biegiem,  wzbudziły moje oczekiwania co do dobrego startu tydzień później. Ale żeby to był naprawdę szybki bieg, poprawiający mój dotychczasowy rekord z 2017 roku, musiałbym pobiec prawie 6 minut szybciej niż owe 50. Te parę minut to jednak przepaść  ale oczywiście apetyt był. Ponieważ na biegu mieli prowadzić zające, zwolniłem się z pilnowania tempa i ustawiłem się w grupie prowadzonej na 45 minut. Założyłem że pobiegnę z nią ze dwie trzecie trasy a na ostatnich kilometrach, jeśli wydołam przyspieszę tak żeby zejść do 44 minut, ewentualnie z paroma sekundami. „Mój” zając przyjął jednak strategię paru sekund na każdym kilometrze szybciej i gdybyśmy tym tempem,  które trzymał przez pierwsze kilometry,   dobiegli do samej mety,  akuratnie wbiłbym się w zakładany rekord. Nie wiem czy on tak biegł do samego końca bo mnie w trakcie 5 kilometra to tempo rozwaliło. Zamiast życiówki, bieg przekształcił się najpierw w totalne odpuszczenie. Przeszedłem do marszu z pierwszym pomysłem żeby już tym marszem dojść do końca „zadowalając” się bardzo dobrym tempem na odcinku prawie 5 kilometrów. Po kilkudziesięciu sekundach oczywiście  odsapnąłem i uznałem że aż tak się nie będę „błaźnił” wiec zacząłem biec znowu aczkolwiek o powrocie do tempa pierwotnego nie było już mowy. Pojawił się wodopój co wykorzystałem do kolejnego odcinka marszowego i po przebiegnięciu kolejnych kilkuset metrów, zbliżyłem się do odcinka specjalnego jakim był most północny. Odcinek ten miał swoją osobna klasyfikacje i nagrodę za najszybsze pokonanie mostu w tę i we tę. Kwaśno ustawiłem siebie w konkurencji najdłuższego pokonywania tego odcinka ale jak wszedłem już na ten most zrobiło mi  się głupio i zacząłem biec ponownie. Znalazłszy tempo które nie obciążało mi ani głowy ani mięśni, pokonałem odcinek mostowy po którym do mety pozostał kilometr z hakiem więc już tak biegłem dalej. Dobiegłem w 48 i pół minuty. Patrząc na tempo poszczególnych odcinków, oczywistą konstatacją było dla mnie to że gdybym biegł  od początku tempem na 46 minut to pewnie nie przeżyłbym tego zjazdu  jaki mnie spotkał biegnąc na początku na 44 minuty a być może nawet  coś by się jednak udało jeszcze uszczknąć. Cóż, nauka kosztuje choć tylko doświadczenie w tym przypadku. Pozytywnym innym skutkiem „nieudanego” mostu było poważniejsze podejście do czekających mnie późną jesienią dłuższych dystansów. Zejście  o połowę z ilości pokonanych kilometrów rok do roku nie może być po prostu zignorowane tak samo jak brak przygotowania do biegu na 10 km jeśli chce się uniknąć „niespodzianek”. Ale jeszcze bardziej ucieszył mnie fakt iż  zmuszenie się do większej ilości biegów zaczęło zwrotnie poprawiać mi ogólną motywację z której brakiem borykałem się przez większość sezonu. Oby tak dalej.

Elbląg i Nieporęt – Podsumowanie startów triathlonowych 2019 r.

Startu w Elblągu nie planowałem wcześniej. Po Gołdapi wypadała półtoramiesięczna przerwa aż do zakończenia cyklu Garmin Iron Triathlon w Nieporęcie w samej końcówce sierpnia. Miałem już za sobą cztery starty cyklowe, co kwalifikowało mnie do tytułu finishera cyklu ale co więcej umożliwiało udział w losowaniu nagrody w postaci samochodu. Żartowałem sobie,  że ten samochód to mój cel sportowy na ten rok,  ale jak się szuka motywacji to każda „wymówka” jest dobra. A jakoś mi tej motywacji do aktywności w tym roku wyraźnie brakowało, przynajmniej porównując z poprzednimi latami.  Kiedy dowiedziałem się od znajomego że w ramach cyklu klasyfikowani są zwycięzcy całego cyklu ( oczywiście w podziale na grupy wiekowe) postanowiłem zwrócić na to uwagę. O  dziwo okazało si,  iż od  zawodów w Augustowie, prowadziłem w  M 50  i utrzymałem to prowadzenie  po  kolejnych zawodach. W ramach tej klasyfikacji liczyły się 4 najlepsze czasy co premiowało tych którzy wystartowali w co najmniej 4 zawodach ale także w tych,  które dawały możliwość osiągnięcia najlepszych rezultatów. Z tego punku widzenia ewidentnym obciążeniem był Płock ze względu na trasę. Jako że rywalizacja wciągnęła mnie jakoś w tym roku, zacząłem się bliżej przyglądać co tam się dzieje w tych wynikach. Po zawodach w Gołdapi miałem za sobą cztery starty ale Płock był w tym koszyku. Pozostawał Nieporęt aby się go pozbyć. Przezorność jednak wskazywała że jeszcze jedne zawody by się przydały jeśli chciałbym się zabawić w  taktycznie opracowane wyścigi. To,  w połączeniu z pomysłem odwiedzenia przyjaciela, spowodowało że wybrałem się do Elbląga. Przyjaciela jednak nie zastałem,  co skończyło się dość bezsenną i kiepsko spędzoną nocą w samochodzie w centrum Elbląga gdzie też znajdowała się strefa startu. Była to zdecydowanie najgorsza noc z tych przespanych do tej pory w samochodzie przed zawodami. Miałem jednak nadzieję że nie wpłynie to mocno negatywnie na dyspozycję w trakcie zawodów. Było mocno ciepło i wietrznie więc już tradycyjnie wymęczyłem się na rowerze. Też tradycyjnie,  ale tylko jeżeli chodzi o ten rok, nie schetałem się jednak  podczas biegu. Z perspektywy czasu dystans 1/8 o ile nie jest skrojony pode mnie w całości o tyle bieg a także chyba pływanie wydają mi się utrafione. Na prawie wszystkich startach w tym roku pływanie miałem poniżej 10 minut a to oznacza zdecydowanie szybsze tempo w porównaniu z dłuższymi dystansami. Odstawało od tej normy pływanie  wykonane w Augustowie ale tam płynąłem bez pianki. Rower był tym najsłabszym ogniwem. Co prawda wszędzie pojechałem powyżej 30 km na godzinę ale było to po pierwsze niewiele więcej i biorąc pod uwagę wcześniejsze najlepsze starty na ¼ czy ½ a nawet pełen dystans, słabe. Po drugie mocno się męczyłem aby tak pojechać co chyba tylko ze względu na wyjątkową predyspozycję do biegu na tym krótkim dystansie po rowerze nie kończyło się biegową katastrofą. Po Elblągu dalej siedziałem na 1 miejscu podium klasyfikacji generalnej ale dwaj moi najgroźniejsi rywale potrzebowali niewiele żeby mnie z niego zrzucić. Tak też się stało po kolejnych zawodach w Brodnicy kiedy byłem na wakacjach. O dziwo jednak ten którego obawiałem się bardziej ze względu na wcześniejsze wyniki nie zakończył tych zawodów w tempie poprzednich. Zostałem wyprzedzony przez drugiego.

Przed zawodami w Nieporęcie teoretycznie wszystko stawało się możliwe. Miałem kilka sekund straty do pierwszego a trzeci  było dość daleko choć na jego wyniku cały czas ciążył start w Płocku, który w Nieporęcie mógł zneutralizować. W Nieporęcie postanowiłem się więc ścigać choć z powodu wakacji znowu wypadł mi na ponad trzy tygodnie rower. Liczyłem jednak na wypoczęty organizm. Bardzo też mocno nastawiłem się na skrócenie czasu spędzonego w strefach zmian. Zdecydowanie w poprzednich zawodach całego cyklu spędzałem tam za dużo czasu a urwanie po jednej minucie z każdej z dwóch zmian, dość istotnie wpłynęłoby na czas ogólny. Zależało mi na dobrym wyniku  w Nieporęcie z jeszcze jednego powodu. W Elblągu były jakieś problemy z pomiarem i zmierzony mi przez system czas pływania był dla mnie zbyt krótki i niewiarygodny. Co prawda w znacznej mierze został on skompensowany czasem w strefie zmian ale nie miałem poczucia że wszystko było ok. Chciałem więc żeby Elbląg nie ważył na moich wynikach całego cyklu bo czułbym się nieswojo z zajętym  też „dzięki Elblągowi”  miejscem na podium. Musiałem więc mieć czas w Nieporęcie lepszy niż w Elblągu. Pływanie poszło mi według  odczucia dobrze a zmierzone nawet lepiej ( ale realistycznie lepiej a nie tak jak w Elblągu). Na rowerze przez pierwszą część trasy nie było jakoś rewelacyjnie ale jadąc z powrotem sporo wyprzedzałem i miałem naprawdę poczucie że jadę szybko. Nie rejestrowałem czasu jazdy na Garminie a tylko licznikiem rowerowym co uniemożliwiło mi sprawdzenie jakie były moje prędkości na kolejnych odcinkach. Kiedy zobaczyłem łączny czas roweru  po zawodach, przyszło rozczarowanie. Był on gdzieś w środku wszystkich tegorocznych startów a nie najlepszy jak mi się wydawało. Wybiegając na ostatnią dyscyplinę miałem jednak  poczucie że jest dobrze. Kiedy przed półmetkiem biegu zobaczyłem biegnącego już po nawrocie najgroźniejszego rywala, wiedziałem że jest pozamiatane. Dobiegłem jednak  dobrym tempem do mety chcąc wyeliminować Elbląg z równania. Ogólny czas był moim drugim w tym roku, zaraz po niedomierzonym Ślesinie więc poszło mi bardzo dobrze. Obydwaj jednak rywale zrobili ten start jak torpedy i zrzucili mnie na trzecie miejsce. Parę lat młodsi, czas robi swoje. Zabawa w wyścigi której się  poddałem w tym sezonie, miała swoje fajne strony. Najważniejsze  jednak że moja wrodzona „nieszybkość” na wyścigach i szczególnie na  krótkich dystansach   nie przeszkodziła mi w osiągnięciu solidnych wyników  ciągle dając mi miejsca w blisko  pierwszej jednej trzeciej wszystkich startujących.