Garmin Iron Triathlon Serock

Jak zwykle start w triathlonie nawet „ niepełny” bo w sztafecie, stymuluje do kolejnego. I prawie dokładnie tak jak w ubiegłym roku po sztafecie w Gołdapi, postanowiłem wystartować już solo w ostatnich zawodach z cyklu Garmin organizowanych przez Labosport. Jakoś najbardziej mi ten organizator przypadł do gustu i już kilkadziesiąt razy u nich startowałem. Różnica w stosunku do poprzedniego roku była związana z miejscem zawodów kończących cykl. Rok temu był to Płock tym razem Serock w którym jeszcze cykl nie gościł. Dystans wybrałem taki sam, choć wewnętrznych dywagacji miałem sporo a wśród nich nawet spacerowy cały Ironman w Malborku który odpadł ze względu na termin. W Serocku wchodził w grę dystans 1/4 albo 1/8. Coś ostatecznie przekonało mnie do 1/8 i dobrze się stało bo “Pan porażka” znowu dał znać o sobie. Nie trenowałem pod ten start. W całym roku przepłynąłem może z 5 km. Bieganie oczywiście kuśtykało niemrawo i co jakiś czas zamierało na tygodnie. Rower też w kratkę i bardziej dla rozrywki. Jako że ciężko się uwolnić od lekkiej paniki niedotrenowania nawet kiedy dystans krótki a ty startujesz dla fanu a nie dla wyniku, ostatnie dwa tygodnie jakie pozostały do zawodów po podjęciu decyzji, postanowiłem jednak mocno wykorzystać na przygotowanie. W planie wszystkie trzy dyscypliny co miał mi ułatwić tygodniowy pobyt na Mazurach. Po raz chyba czwarty w tym roku ( trzy poprzednie bezskuteczne) zapakowałem piankę żeby poważnie popływać przed startem w jeziorze. Zapisałem się na zawody i następnego dnia podczas drogi na Mazury poczułem że coś mnie „rozbiera”. Ponieważ żona od dwóch tygodni zmagała się z wyjątkowo paskudną infekcją dużo wskazywało że właśnie i mnie dopadła. Zamiast trzech dyscyplin przez tydzień uprawiałem chorobę. Każdy nawet niewielki wysiłek wzmagał objawy. Zaczęło odpuszczać dopiero w niedzielę na tydzień przed zawodami. Nie było już mowy żebym cokolwiek „dotrenował”. Kilka przebieżek pod koniec tygodnia, jeden raz basen i trochę kręcenia na trenażerze musiało zastąpić zaplanowane i tak już przecież mizerne przygotowania. Wydawałoby się że do tak krótkiego dystansu nie ma co panikować i przesadzać z niedotrenowaniem. Może to częściowo prawda ale organizm złomotany chorobą to trochę inna kategoria. Właściwie bardziej już myślałem żeby znowu się nie rozchorować przez ten start, niż cokolwiek innego ale z drugiej strony nie chciałem sobie odebrać fanu z tego jedynego prawdziwego triathlonu w tym roku. Dlatego nie bardzo wiedziałem jak to się potoczy i czy nie przesadzę na początku żeby zdychać pod koniec. Po noclegu spędzonym niedaleko u rodziny, wybrałem się rowerem na miejsce startu. Miałem do pokonania 10 km, akurat na niewielką rozgrzewkę. Pogoda bardzo dobra, letnia ale nie upalna. Dojeżdżałem na miejsce po trasie kolarskiej i zauważyłem że czeka mnie na koniec etapu rowerowego podjazd o niewielkim nachyleniu ale wystarczająco długi żeby dać się we znaki. Po dojechaniu na miejsce zainstalowałem się w strefie zmian i już niedużo czasu pozostało do startu. Zaletą tego dystansu jest że nie trzeba czekać paru godzin tak jak w przypadku 1/4. Rekonesans wykazał jeden killer a mianowicie 100- 150 metrowy bardzo stromy podbieg, który najpierw trzeba pokonać po wyjściu z wody a drugi raz przed metą na biegu. Chciałem trochę rozgrzać się pływacko ale za bardzo warunków nie było ze względu na bliskość płynących już zawodników z 1/2. Tyle się rozgrzałem że stwierdziłem że woda jest zimniejsza niż myślałem że będzie. Plywanie swoim zwyczajem prowadziłem po łuku tak żeby jak najbardziej zminimalizować ryzyko kopnięcia przez kogoś i tak jak zwykle trafił mi się w pobliżu żabkarz na którego cały czas musiałem uważać żeby mnie nie znokautował. Udało się i po pokonaniu owego podbiegu dotarłem do strefy zmian gdzie czekało całkiem sporo rowerów co oznaczało że pływanie poszło nieźle. Po wyjechaniu z miasta i ustabilizowaniu tempa jazdy, wśród jadących upatrzyłem sobie „ofiarę” która jak mi się wydawało była w moim zasięgu i postanowiłem się jej trzymać, oczywiście w przepisowej odległości. To ułatwiło mi wytrwanie w powziętej decyzji żeby nie patrzeć na prędkość i jechać na wyczucie. Praktycznie nie spojrzałem na zegarek przez cały etap, który przebiegł bardzo spokojnie z wyjątkiem jakiegoś nawiedzonego gościa, który jechał na tyle wolno że go wyprzedzałem jadąc równym tempem, ale jak tylko to się stało to przyspieszał i wyprzedzał mnie po czym zwalniał i tak parę razy. Ktoś inny go za to opieprzył bo wjeżdżał niebezpiecznie pod koła wyprzedzających. Na kilka kilometrów przed końcem zagapiłem się trochę i „ofiara” odjechała a ponieważ zaczął się już ten podjazd który rano pokonałem nie chciałem się za bardzo napinać żeby ją dogonić. Mimo to szybciej ogarnąłem się w strefie zmian i na bieg wystartowaliśmy praktycznie razem. Ale to tyle bo biegła jednak zdecydowanie poza moim wybranym tempem. Jak się okazało była to kobieta z podium w kategorii wiekowej 25 lat młodszej, więc i tak byłem zadowolony że na rowerze tak nieźle mi poszło co zresztą potwierdziła niezła średnia prędkość. Biegło mi się dobrze, tak samo jak pływało i jechało. Oczywiście tempo nie było oszałamiające ale prawie nikt mnie nie wyprzedził a mnie się udało kilka osób. Szykowałem się powoli na ten podbieg przed samą metą ale według moich wyliczeń musiałem jeszcze trochę wytrzymać. Ku mojemu zdziwieniu nagle pojawił się nawrót i wszystko wskazywało na to że moje wyliczenia były o kilkaset metrów za długie. Wskazanie zegarka skróciło przepisowy dystans o niecałe 150 m i być może było to na poczet długiego dobiegu pod tę samą górę po pływaniu. W każdym razie kiedy okazało się że meta jest bliżej niż zakładałem, postanowiłem pokonać cały podbieg nie dużo wolniej niż po płaskim. Pod koniec czułem jednak że organizm już nie daje rady ale udało się dobiec do mety. Rezultat pierwszy w swojej kategorii ale nie to było dla mnie najbardziej istotne jeśli chodzi o wynik. Nie zarżnąłem się po chorobie i choć pilnowałem żeby nie przesadzić mój czas był tylko o około 7 minut gorszy niż 5 lat temu kiedy cały sezon starowałem na tym dystansie i w którym to roku byłem blisko szczytu formy. Wynik w Serocku wystarczył też na to aby wyprzedzić dwóch konkurentów z pudła o 14 minut i być szybszym niż ponad połowa ( ok 150 osób )wszystkich startujących w tym sto czterdzieści parę osób młodszych lub zdecydowanie młodszych. Nie do końca mogłem uzasadnić ten wynik i jedyne co przyszło mi do głowy to świeżość wynikająca z braku przeciążenia treningami której nawet choroba nie pokonała. Oczywiście zacząłem robić różne plany na kolejny sezon w tym regularne starty oraz natychmiastowy powrót do regularnego biegania. Wytrzymałem 5 tygodni. Moje rozcięgno po każdym biegu mocno dawało się we znaki i o żadnej poprawie nie było mowy. Kiedy sobie uświadomiłem źe trwa już tak prawie 14 miesięcy musiałem skapitulować. Albo zrobię tak długą przerwę że się naprawi- poprzedni raz trwało to ok. pół roku, albo będę cały czas żył w bólu i powłóczył nogami biegając raptem po kilkanaście km. tygodniowo. Pozostałe mieć nadzieję że kolejny sezon nie będzie znowu stracony.

„Sezon triathlonowy”

Zmiażdżony palec wyeliminował mnie z biegania na dobre 6 tygodni. Jak nie urok to sraczka. Przynajmniej nie musiałem się w tym czasie irytować dokuczliwym rozcięgnem. Też jakaś korzyść. Wcześniej mój sztafetowy partner poddał pomysł wystartowania na jednych zawodach ( jak zwykle w Gołdapi) tego samego dnia najpierw samodzielnie w 1/8 a później w sztafecie na 1/4 Ironmana. Pomysł podobał mi się ale wobec kontuzji z dnia nadzień stawał się coraz bardziej bez szans na realizację. Przez pewien czas kiedy lider sztafety nie odzywał się a ja nic nie robiłem oprócz niewielkiego kręcenia na trenażerze w klapkach, zacząłem nawet liczyć że i ze sztafety się wycofamy. Tak się jednak nie stało. W ostatnim dniu czerwca odezwał się i klamka startową zapadła. Zostało niewiele ponad trzy tygodnie a moja rowerowa forma wypracowana w maju w Holandii była już dawnym wspomnieniem jak mi się wydawało. Okazji do jej poprawy w czasie pozostałym do zawodów też za dużo już nie było. Coś tam jednak pojeździłem, głównie po szutrach więc nie bardzo wiedziałem jak stoję z prędkością. Dystans 45 km też nie wydawał się już bułką z masłem jeśli mialem go pokonać z sensowną prędkością żeby nie zwieść sztafetowych partnerów. Dzień przed startem zmieniłem opony na szosowe i jak zwykle zacząłem projektować kichę w trakcie zawodów. W poprzednim roku dętka mi strzeliła zaraz po zawodach. Tym razem miało być inaczej. Przyjechawszy na miejsce dopompowałem koła do startowego ciśnienia i po pół minucie rozległ się huk który wystraszył innych uczestników ( zawody dwa kilometry od granicy z Rosją). Pęknięcie dętki wywołało taki odrzut że opona w całość spadła z obręczy. Przynajmniej szybko mi poszła wymiana. Trochę jeszcze było stresu z dokupieniem zapasu dętki i byłem gotowy do zostawienia roweru w strefie zmian o czasie. Pozostało czekanie na start. Projektowałem mękę z utrzymaniem sensownej prędkości ale pozytywnie się pomyliłem. Najbardziej składam to na fakt że tak mała ilość przygotowań dała mi świeżość która skompensowała niedotrenowanie. Czas był porównywalny z najlepszymi moimi wynikami na tym dystansie sprzed paru lat kiedy regularnie i często startowałem. Oczywiście jazda w sztafecie daje przewagę bo człowiek niezmęczony po pływaniu i nie musi się oszczędzać na bieg. Ale i tak byłem zadowolony bo zakładałem że będzie istotnie słabiej. Oczywiście jak zwykle najlepsze było w tym ponowne spotkanie z moimi sztafetowymi partnerami i atmosfera zawodów przypominająca doznania z poprzednich lat.

W trakcie sztafety pomagamy sobie wzajemne ????