
Zmiażdżony palec wyeliminował mnie z biegania na dobre 6 tygodni. Jak nie urok to sraczka. Przynajmniej nie musiałem się w tym czasie irytować dokuczliwym rozcięgnem. Też jakaś korzyść. Wcześniej mój sztafetowy partner poddał pomysł wystartowania na jednych zawodach ( jak zwykle w Gołdapi) tego samego dnia najpierw samodzielnie w 1/8 a później w sztafecie na 1/4 Ironmana. Pomysł podobał mi się ale wobec kontuzji z dnia nadzień stawał się coraz bardziej bez szans na realizację. Przez pewien czas kiedy lider sztafety nie odzywał się a ja nic nie robiłem oprócz niewielkiego kręcenia na trenażerze w klapkach, zacząłem nawet liczyć że i ze sztafety się wycofamy. Tak się jednak nie stało. W ostatnim dniu czerwca odezwał się i klamka startową zapadła. Zostało niewiele ponad trzy tygodnie a moja rowerowa forma wypracowana w maju w Holandii była już dawnym wspomnieniem jak mi się wydawało. Okazji do jej poprawy w czasie pozostałym do zawodów też za dużo już nie było. Coś tam jednak pojeździłem, głównie po szutrach więc nie bardzo wiedziałem jak stoję z prędkością. Dystans 45 km też nie wydawał się już bułką z masłem jeśli mialem go pokonać z sensowną prędkością żeby nie zwieść sztafetowych partnerów. Dzień przed startem zmieniłem opony na szosowe i jak zwykle zacząłem projektować kichę w trakcie zawodów. W poprzednim roku dętka mi strzeliła zaraz po zawodach. Tym razem miało być inaczej. Przyjechawszy na miejsce dopompowałem koła do startowego ciśnienia i po pół minucie rozległ się huk który wystraszył innych uczestników ( zawody dwa kilometry od granicy z Rosją). Pęknięcie dętki wywołało taki odrzut że opona w całość spadła z obręczy. Przynajmniej szybko mi poszła wymiana. Trochę jeszcze było stresu z dokupieniem zapasu dętki i byłem gotowy do zostawienia roweru w strefie zmian o czasie. Pozostało czekanie na start. Projektowałem mękę z utrzymaniem sensownej prędkości ale pozytywnie się pomyliłem. Najbardziej składam to na fakt że tak mała ilość przygotowań dała mi świeżość która skompensowała niedotrenowanie. Czas był porównywalny z najlepszymi moimi wynikami na tym dystansie sprzed paru lat kiedy regularnie i często startowałem. Oczywiście jazda w sztafecie daje przewagę bo człowiek niezmęczony po pływaniu i nie musi się oszczędzać na bieg. Ale i tak byłem zadowolony bo zakładałem że będzie istotnie słabiej. Oczywiście jak zwykle najlepsze było w tym ponowne spotkanie z moimi sztafetowymi partnerami i atmosfera zawodów przypominająca doznania z poprzednich lat.
