
Zaczął się jeszcze normalnie. Po biegu górskim na południu Polski, następna impreza biegowa w której wziąłem udział była na przeciwległym końcu, tuż nad Suwałkami w Wigierskim Parku Narodowym. Śnieżna Odyseja, tym razem tylko z nazwy bo śniegu nie było wcale. Bieg na 28 km nie wydawał mi się jakimś wielkim wymaganiem porównując z tym co przebyłem u podnóża Tatr parę tygodni wcześniej. Na samym początku był wymagający terenowo bo pierwszy kilometr był praktycznie po bezdrożach i na dzień dobry witała nas rzeczka, którą trzeba było pokonać „po palach” starając się nie skąpać w lodowatej wodzie. Dalej już było normalnie jak to w puszczy. Trochę płasko ale w większości jednak niewysokie podbiegi i zbiegi. Teren przeuroczy. Po 20 kilometrach z niepokojem zacząłem odczuwać mocno narastające zmęczenie i niewielkie póki co skurcze. W rezultacie dotarłem do mety bardzo mocno sponiewierany jak na moje oczekiwania od tego biegu. Tempo słabe, puls wysoki, mięśnie skatowane jak po maratonie podczas pełnego dystansu triathlonowego.

Zdecydowanie mniej biegania oraz w większości bardzo krótkie dystanse w całym 2019 roku, pokazały mi że nie da się z tego polecieć spokojnie na czymś dłuższym niż półmaraton, a nawet więcej biegania w ostatnim miesiącu dużo nie dało a być może wręcz skumulowało zmęczenie. Jako że byłem już zapisany na kwiecień na 67 km, musiałem się wziąć do roboty. Dlatego następnych kilka tygodni w lutym biegałem dość solidnie choć przeważnie na bieżni mechanicznej. Później przyszły ferie a zaraz potem Covid i lockdown. Bieg na 67km został odwołany a moje bieganie ze względu na wprowadzone zakazy zostało odłożone na ponad miesiąc. Kiedy już do niego wróciłem było to bieganie podtrzymujące i formę i zdrowie jednak bez przeciążeń i przygotowywania się pod dłuższy bieg. Niezbitą korzyścią z tego okresu był natomiast powrót do prób biegania w butach minimalistycznych oraz ćwiczenie oddychania nosem. Spałem i biegałem z ustami zaklejonymi plastrem, często wywołując szok u mijanych na trasach ludzi. Kiedy jakiś czas wcześniej podjąłem kilka prób spania z plastrem na ustach, nic z tego nie wyszło. Tym razem jednak pewnie z powodu kompleksowego podejścia do tematu zaczęło wychodzić i podczas spania i podczas biegania. Na jakość snu wpłynęło to niesamowicie i kontynuuję to do tej pory, czasami nawet uda się oddychać w większości przez nos podczas spania bez plastra. Bieganie z plastrem jednak przerwałem kiedy pojawiły się perspektywy startów w lecie, tak jakoś pod hasłem „przygotowań” do tych startów. Rolercoaster startowy czyli odwoływanie, przekładanie i przywracanie zawodów triathlonowych na które byłym już od wielu miesięcy zapisany, spowodował, że wystartowałem tylko w lipcu na ¼ IM w Gołdapi a na początku września na połówce w Malborku. Brak pływania nie dał się tak bardzo we znaki ale generalnie nie napinałem się ani na jednych ani na drugich zawodach, ciesząc się głównie z tego że w ogóle mogłem wziąć w nich udział bo dawały mi motywację do wcześniejszego i późniejszego regularnego ruszania się .

W sierpniu natomiast wystartowałem jeszcze w ciekawej imprezie na którą składało się 12 km roweru, 8 km kajakiem po jeziorze, 36 km roweru oraz na deser 15 km biegu czyli w suwalskim „Predathlonie” Nie mając praktycznie żadnego przygotowania kajakowego, najbardziej obawiałem się tego etapu całych zawodów. Dzień zawodów zaczął się od deszczu, który z niewielkimi przerwami towarzyszył nam prawie do mety. Dojechałem wieczorem na miejsce rowerem z pełnym ekwipunkiem do noclegu. Noc spędziłem w namiocie nieopodal miejsca startu i musiałem pozbierać się zanim na dobre się rozpadało, żeby nie zwijać mojego biwaku w mocnym deszczu. Było chłodno i wietrznie. Pierwszy 12 kilometrowy odcinek rowerowy po Suwalskich wzgórzach pokazał że lekko na tym rowerze nie będzie ale póki co bardziej obawiałem się jak poradzę sobie na kajaku. Trzeba było dopłynąć z jednego końca jeziora Hańcza na drugi i z powrotem. Po pierwszych kilkudziesięciu metrach moje obawy się potwierdziły. Mocny wiatr wiejący z jednego boku od przodu powodował że praktycznie można było tylko napędzać kajak z jednej strony bo wiosłowanie z drugiej od razu zmieniało tor płynięcia na do brzegu. Po 500 metrach nie miałem optymizmu co do całego przedsięwzięcia ale trzymał mnie dalej fakt że nie byłem na szarym końcu i jakoś w miarę przesuwałem się do przodu nie czując utraty sił. Dopływając do końca jeziora mój optymizm wzrósł, szczególnie w oczekiwaniu wiatru z tyłu w drodze powrotnej. I tenże wiatr, który jak na złość osłabł nie przeszkadzał już tak bardzo w drugiej części choć też niewiele pomagał. Zdziwiony czasem pokonania etapu, który był dużo lepszy niż zakładałem przed zawodami, przesiadłem się na rower. Byłem mocno wychłodzony po tym jeziorze, na szczęście ubrałem się dość porządnie a niektórych telepało tak że nawet mocne kręcenie niewiele ich rozgrzało przez pierwsze kilometry. Szutr lub wręcz piaszczyste drogi namoknięte przez padający od kilku godzin deszcz stworzyły bardzo ciężką powierzchnię do przemieszczania się. Gdzieniegdzie nie dawało się nawet przejechać przez błoto. Nie dawałem też rady podjechać pod strome wzniesienia, których sporo było na trasie. Udało mi się natomiast samemu nie unurzać się w tym błocie, pomimo dwóch wywrotek ale tyle błota nawbijało mi się pomiędzy koła a ramę i hamulce że koła mi się wreszcie zablokowały. Okazało się że rowerowy odcinek był dużo cięższy od kajaka. Dodatkowo dwa razy zgubiłem drogę i dzięki temu nadrobiłem kilka kilometrów. Odcinek biegowy pomimo stromizm i konieczności podejścia pod jeden z najwyższych suwalskich „szczytów” był deserem choć już na mecie czekał mnie kolejny deser, konieczność odłączenia kilogramów błota z roweru. Ukończenie tych zawodów dało mi dużo radości pomimo znacznego upodlenia. To moje drugie doświadczenie z suwalskimi startami, które dopisałem do tych lubianych.

Tydzień później powrót do tradycyjnego triathlonu i start w Malborku na „połówce”. Start zapamiętam głównie z kilometrowej kolejki po odbiór pakietów- prawo epidemii. Poza tym było spokojnie. Nie zakładałem ciśnięcia na maxa ale chciałem wszystkie etapy pokonać płynnie. Pływanie charakteryzowało się najzimniejszą wodą odkąd startuję w Malborku, czas przyzwoity. Trasa rowerowa wietrzna, bardziej niż dwa lata temu, mniej niż kiedy startowałem pierwszy raz w 2017 i rower prawie mnie zamęczył. Dotarłem spokojnie do mety, przyspieszając nawet na ostatnich kilometrach biegu ale w sumie dwadzieścia minut wolniej niż mój najlepszy wynik na tym dystansie. Trochę zazdrościłem startującym na dystansie pełnym. W końcu Mistrzostwa Polski w czasie pandemii to coś w czym chciałoby się uczestniczyć. Trzeba było się jednak oszczędzać bo za dwa tygodnie czekały mnie przesunięte z kwietnia zawody Ultrahańcza na których miałem biec 67 km.

Zarówno Predathlon choć z krótkim dystansem biegowym jak i start w Malborku, miały dać mi przygotowanie pod bieg ultra. W jednym i drugim przypadku ponad 6 godzinny wysiłek, podobny choć zakładałem że minimum godzinę dłuższy czekał mnie na biegu ultra. Pytanie tylko czy trzy takie starty w ciągu trzech tygodni to nie za dużo i czy mój organizm nie jest za bardzo zmęczony na kolejny wielogodzinny wysiłek. Nie przekonałem się jednak o tym. Po ok 40 kilometrach zszedłem z trasy i było to mój pierwszy w życiu DNF. Trasa nie była tak górska jak grudniowy Winter Ultra Trail Małopolska, ale w zasadzie składała się z podbiegów i zbiegów o różnym stopniu nachylenia i wysokości. Przygotowanie kondycyjne chyba nie zawiodło, bo kończąc przedwcześnie nie czułem tak wielkiego zmęczenia ale aparat ruchowy okazał się nieprzygotowany na taki dystans. Od czasu kontuzji rozcięgna podeszwowego zawsze staram się zwracać uwagę na pojawiające się swoiste bóle ścięgien. Tym razem zaczął mi dokuczać Achilles i pomny tylu przypadków innych biegaczy którzy zerwali Achillesa, szczególnie w trakcie biegów górskich, postanowiłem odpuścić. Do tego duże zmęczenie mięśniowe, oznaczało konieczność częstszego przechodzenia do marszu a ja chciałem przebiec ten bieg ( tam gdzie można) albo przejść. Może jednak zawiodła głowa i nie powinienem się tak poddać.

Ten start zmotywował mnie do głębszej analizy moich biegowych poczynań i stwierdziłem że najwyraźniej mój organizm zmniejszył swoją wydolność jeśli chodzi o dłuższe biegi. Niby nie zmniejszyłem ogólnego dystansu przebiegniętych kilometrów w ciągu roku ale były to w przewadze biegi raczej krótsze i spokojniejsze. Mało startów w porównaniu do lat wcześniejszych oznaczał też mniejsze przygotowanie organizmu do mocniejszych wysiłków. Oczywiście wiek robi też swoje. W planach miałem po ukończonym biegu ultra odpocząć od biegania ale wycofanie się z tego biegu i moje przemyślenia spowodowały że zapisałem się na maraton Kampinoski w listopadzie i postanowiłem się konkretnie do niego przygotować w czasie który mi pozostał. Przestałem praktycznie jeździć na rowerze i skupiłem się tylko na bieganiu tym bardziej że pandemia znowu odcięła pływanie na basenie. W efekcie w ciągu czterech tygodni przebiegłem jak na mnie rekordowe 250 km. Ewidentnie mój biegowy stan się poprawił. Przez całe miesiące nie czułem lekkości biegając. Już po kilku kilometrach jeśli nie od początku bieg mnie obciążał nawet wolnym tempem. Tym razem było inaczej, po dwóch tygodniach, dystans 10-15 km nie był już problemem. Wciąż jednak nie wiedziałem jak się potoczy bieg dłuższy niż 25 km, które patrząc wstecz stało się dla mnie jakąś barierą. Trzy tygodnie przed terminem maratonu postanowiłem pobiec 30km w zakładanym maratońskim tempie. Nie udało się jednak ani z tempem ani z dystansem. Nie byłem optymistą ale działałem dalej. Jeszcze dwa dłuższe biegi w okolicach 20 km dwa i jeden tydzień przed startem nie dały mi jednak wskazówek jaki ten maraton będzie. Na tydzień przed biegiem wprowadzono zakaz imprez biegowych.