Swoją przygodę z triathlonem rozpocząłem będąc rok starszy niż gdy robiła to słynna triathlonowa zakonnica w osobie Madonny Buder (to jest w wieku 53 lat) , ale tak jak ona planowałem start w pierwszym ironie mając 55 lat co wyznaczało sezon 2016. Kiedy robiłem te plany w 2014 roku, miałem za sobą pierwszą triathlonową „ćwiartkę” i pierwszy dystans olimpijski. Napisałem wtedy na blogu w jednym z portali triathlonowych:
Odpowiedzi na pytanie dlaczego triathlon jest zapewne tyle ile osób uprawiających ten sport. Żeby jednak zawęzić temat, uściślam pytanie. Dlaczego człowiek w wieku dawno już nie sportowym nagle zabiera się za uprawianie i to nie jednej dyscypliny ale trzech i to naraz w obrębie jednego startu? Pierwsza odpowiedź- jest wiele takich osób, więc trzeba zapomnieć o „byciu wyjątkowym” choć oczywiście na tle przeciętnej, średniej krajowej czy jak ją tam zwał na pewno coś w tej wyjątkowości jest. Ale im prędzej się tego pozbędziesz tym lepiej. No bo nawet jak znajomi poklepią cię po ramionach kiedy dowiedzą się o Twoich kolejnych zaliczonych startach i wyrażą swój podziw, potrwa to krótko i na pewno nie wystarczy do tego aby katować się codziennie na treningach ( to że nie trzeba się katować to inna sprawa) co więcej odmawiając tym znajomym w tym czasie udziału w dużo mniej sportowych rozrywkach. Poza tym triathlon od pewnego czasu w Polsce zmienił się z elitarnego na medialny. Cóż to za wyczyn ukończyć 1/2 Ironmana ( 1,9 km pływanie,90 km rower, 21 + km bieg) jeśli rok rocznie całkiem nowa grupka wyciągniętych znikąd ( w sensie sportowym) celebrytów po parumiesięcznych przygotowaniach kończy ten dystans. Trąci to trochę tańcem z gwiazdami albo inną tego typu imprezą. Z innego punktu widzenia z kolei, co to za wyczyn ukończyć stosowne dystanse z czasem kilka godzin gorszym od zawodników, uświadamiając sobie że choćbyś flaki z siebie wypruł to i tak będziesz wbiegał na metę kiedy oni będą po długim i obfitym obiedzie delektować się zimnym piwem ( choć pytanie oczywiście czy będą)
Aby uprawiać triathlon trzeba sobie to wszystko przewartościować i dobrze poukładać w głowie. Oczywiście na początku wszystkie bodźce są pożądane nawet te podświadome. Patrząc na swój przypadek, ewidentnie moje wejście w świat triathlonu nastąpiło za sprawą wszędobylskiej reklamy i marketingu. Moja wiedza o tej dyscyplinie była prawie zerowa, cośkolwiek jej liznąłem z okazji obozowych zawodów dziecka. Zapytany o Ironamana, bez wahania wskazałbym na superprodukcje – filmy z udziałem Roberta Downey’a Juniora. Chodząc na basen nie mogłem jednak uniknąć bombardowania mnie informacjami na plakatach o szkołach i kursach triathlonu które z każdego zdolne były uczynić żelaznego człowieka. W pewnym momencie zacząłem się zastanawiać czy z faktu że ( prawie) za każdym razem na przydzielonej mi szafce w przebieralni przyklejona jest ulotka szkoły triathlonowej nie wynika jakaś misja dla mnie. Wreszcie poddałem się. Zrobiłem milowy krok, choć nie w postaci uczestnictwa w kursie, zacząłem jednak biegać. Była to z trzech, jedyna dyscyplina z którą nigdy ( odkąd przestałem jeździć autobusami) nie miałem do czynienia. Co więcej serdecznie nienawidziłem biegania tak zresztą jak nienawidzi jedzenia dziecko – bez próbowania.
Tak więc zadziałał na mnie typowy bodziec z dzisiejszego przeładowanego marketingiem świata. Zostawmy to, początek nieważny. Moja niewiedza o triathlonie dawała mi jakieś intrygujące sygnały których nie potrafiłem rozczytać a które dopiero po jakimś czasie okazały się jak najbardziej prawdziwe. Pierwszy z nich jest taki że specyfiką triathlonu jest to że startujesz razem z zawodowcami ( jest tak jeszcze w biegach długodystansowych). Pozwala Ci to poczuć się prawdziwym sportowcem. Dla kogoś kto wyczynowo sportu nigdy nie uprawiał ( jak ja) albo dla kogoś kto dawno już o tym zapomniał, jest to z pewnością atut uprawiania tej dyscypliny. Fajnie jest uczestniczyć w prawdziwych zawodach, kiedy wstajesz się z kanapy przed telewizorem i wchodzisz do tego pudełka w którym jest relacja z zawodów. Jesteś traktowany ( prawie) jak zawodnik, ludzie Ci kibicują, wbiegasz na metę i dostajesz taki sam medal. Czujesz całą atmosferę wielkiej imprezy sportowej a zawody triathlonowe potrafią być naprawdę wielkimi imprezami choćby z racji coraz większej ilości uczestników. Starczy ? Chyba nie. Może na pierwsze miesiące i parę pierwszych startów. Sygnał drugi- w triathlonie odnajdziesz wiele inspirujących historii ludzkich. Mówię tu o zwykłych ludziach, nie sportowcach typu L:ance Armstrong czy Oskar Pistorius. Ten pierwszy choć z pewnością mógłby swoją historią inspirować – przecież wrócił na tor po walce z rakiem – nie wytrzymał presji na wynik ( nigdy nie poddawaj się tej presji niezależnie od poziomu) i czar prysł. W przypadku tego drugiego sprawa jest dużo bardziej skomplikowana ale też nie wygląda najlepiej.
Odwołam się do trzech napotkanych inspiracji triathlonowych. Siostra Madonna Buder – człowiek legenda triathlonu – wszystko znajdziesz wpisując jej nazwisko w przeglądarce internetowej. Przygotowując się do swojego pierwszego startu przeczytałem książkę mistrzyni świata Chrissie Wellington zatytułowaną Bez ograniczeń. Pomijając fakt że stałą się zawodniczką profesjonalnie uprawiającą triathlon i zwyciężającą na całej linii (odzyskany kanapowiec w wieku pośrednim nie ma na to szans) cała reszta ( też) to naprawdę inspirująca historia. I z naszego podwórka – historia która mnie zafascynowała znajduje się tutaj http://strakman.com/ultraman2014-1/ . Poznając te historie człowiek trenujący do triathlonu powinien zobaczyć dużo więcej rzeczy które nadadzą sens temu co robi.