
Za mną już trzy tegoroczne starty triathlonowe. Trzymam się wcześniejszego postanowienia jeśli chodzi o tegoroczne starty, tak więc były to starty na krótkich dystansach tj. 475 m pływania, 22,5 km jazdy na rowerze oraz 5,250 m biegu. Rozpocząłem sezon w Płocku 26 maja. Poprzedzające ten start 6 tygodni zmagałem się z kontuzją stopy która na większość tego okresu wyłączyła mnie z biegania. Kontuzja najgłupsza z możliwych. Nie spowodował jej żaden bieg czy inny trening ale sprzątanie lasu w ramach lokalnej akcji eko. W trakcie zbierania śmieci w lesie stanąłem na zdrewnianą gałąź z kolcem długości kilku centymetrów. Tenże kolec przebił grubą podeszwę mojego buta i wszedł jak w masło w stopę. Całe zdarzenie potraktowałem raczej lekko nawet mimo to że gumowa podeszwa ciasno trzymała kolec i nie udało mi się go wyjąć tylko musiałem dosłownie wyrwać stopę z buta i w ten sposób pozbyć się z niej kolca. Nie przyglądałem się specjalnie czy pozbyłem się całego kolca i po usunięciu go wreszcie z buta kontynuowałem sprzątanie a następnego dnia jakby nigdy nic pograłem sobie w tenisa. Od tego dnia przez następne tygodnie walczyłem z bólem i opuchlizną, przez długi czas mając problem nawet z chodzeniem. Ponieważ po pierwszych dniach kiedy spuchniętą miałem całą stopę nie widać było żadnego stanu zapalnego w okolicach ukłucia, doszedłem do wniosku że najwyraźniej gdzieś kolec spotkał się z nerwem i to było przyczyną bólu który jak się okazało ciągnął się następnie tygodniami. Na dwa tygodnie przed startem w Płocku, mogłem jednak już lekko truchtać, czując wprawdzie ból ale do zniesienia. Tak więc truchtałem tak sobie zastanawiając się co z tego będzie. Start na krótkim dystansie, zakładając że chce się „pocisnąć” a nie tylko pospacerować, jest całkiem sporym wyzwaniem. Wiedziałem że moja ogólna kondycja, choć niespecjalnie trenowana w ostatnich miesiącach powinna sobie poradzić z półtoragodzinnym wysiłkiem ale dość ciężko było mi wymyślić jakie miałoby być tempo poszczególnych etapów żeby nie paść przed końcem. Postanowiłem więc zrobić to na czucie choć z założeniem że będę próbował cisnąć. Nie zamierzałem patrzeć na puls bo wiedziałem że będzie bardzo wysoki ale zdecydowałem się go rejestrować, żeby sobie obejrzeć rezultat po zawodach. Start w Płocku jest dość specyficzny ze względu na kilometrowy dobieg do roweru po etapie pływackim w tym kilkaset metrów pod górę, w pewnym momencie ostro i wreszcie po schodach. Ponieważ start był falowy więc ustawiłem się wg. moich obliczeń co do zakładanego tempa pod koniec drugiej fali. Było to błędem bo na tym dystansie startuje dużo debiutantów, którzy przeszacowują swoje możliwości i w efekcie zamiast typowej pralki startu wspólnego miałem pralkę związaną z ciągłym wyprzedzaniem co też jest i stresujące( że ktoś kopnie) i męczące, bo prawie cały czas głowa musi być w górze i obserwować co się dzieje. Ale efekt tej był nadspodziewanie dobry. W miarę żwawo pokonałem też dobieg do roweru. Przed startem dowiedziałem się że czeka mnie ostry zjazd niedaleko początku etapu rowerowego a następnie równie ostry podjazd. Radzono aby na zjeździe rozpędzić się maksymalnie skracając w ten sposób wysiłek na podjeździe. Nie trenując wcześniej tego typu atrakcji, zjazd potraktowałem jednak zachowawczo a na podjeździe ostro cisnąłem. Efekt był taki że jak się podjazd skończył to parę osób połknęło mnie zaraz po nim bo byłem mocno wypompowany. Dogoniłem je dopiero w okolicach połowy dystansu i spokojnie odjechałem im na drugiej połowie. To pokazało że przegiąłem na podjeździe i zresztą post factum potwierdził to horrendalnie wysoki puls jaki tam uzyskałem, wyższy nawet niż na końcówce biegu. No ale potraktowałem to jako naukę. Na biegu po prostu starałem się biec tak aby nikt mnie nie wyprzedził. Efekt końcowy był zadowalający z każdego punktu widzenia. Nadspodziewanie dobre pływanie choć nie wiem do końca czy dystans był domierzony, niezły rower no i przetrwanie biegu w miarę równym i w miarę szybkim tempem bez dolegliwości ze strony stopy która tylko lekkim kłuciem przypominał mi o wbitym w nią półtora miesiąca wcześniej kolcu. Czwarte miejsce w mojej grupie wiekowej i pierwsza połowa stawki ogólnej a poza tym bardzo dobre samopoczucie na mecie dopełniły obraz ogólnego zadowolenia. Dziegdziu dolał tylko epizod rowerem któremu udało się spaść na maskę samochodu w trakcie powrotu z zawodów. Los który pozwolił mi uniknąć udziału w kraksie w trakcie zawodów, wywołanej przez upadek rowerzysty jadącego przede mną odebrał swoje za sprawą mojego gapiostwa i nieprzymocowania prawidłowo roweru do bagażnika dachowego.