
Kiedy decydowałem się na startach w 1/8 dystansu Ironman w 2019 roku, nie miałem zbytnich oczekiwań co do wyników a raczej obawy czy w ogóle podołam temu dystansowi w sposób wyścigowy. Moja wrodzona „nieszybkość” równoważona wytrwałością z założenia predestynuje mnie do dystansów dłuższych o czym miałem okazję się już wielokrotnie przekonać. Szybki, krótki dystans to innego rodzaju zmęczenie ale i ryzyko że w pewnym momencie człowiek się zatrzyma albo zwolni tak bardzo że czas ukończenia zawodów będzie „nieadekwatny” do teoretycznych możliwości. Żeby dobrze przygotować się do takiego dystansu sensownie byłoby, szczególnie w moim przypadku, potrenować szybkość. Sęk w tym że ten rok miał być aktywnym odpoczynkiem po kilku ostatnich latach a nie katowaniem organizmu. Dylemat pomiędzy jednym i drugim rozstrzygałem podczas codziennych aktywności na korzyść relaksu, z bardzo rzadkim przypadkami kiedy jakkolwiek przekraczałem celowo strefę „komfortu”. Wyznaczając teoretycznie osiągalny dla mnie czas, bazowałem na wynikach ¼ Ironmana dzieląc je przez 2 i mając nadzieję że kilka minut z tego jeszcze się uda urwać. Po pierwszych trzech startach miałem już to potwierdzone że się udaje, co więcej plasuje mnie to w okolicach pierwszej trójki ( ostatnie dwa starty to dwa razy drugie miejsce). Start w Gołdapi jest co roku dla mnie szczególny i ze względu na to że tu debiutowałem w triathlonie i przede wszystkim że to „moje śmieci”. Dlatego też bazując na wcześniejszych startach w tym roku postanowiłem się ścigać. Przejrzałem nawet osiągnięcia konkurentów i swoją uwagę głownie zwróciłem w kierunku tego z którym przegrałem o ok. 2 minuty w Augustowie. Pozostali byli albo teoretycznie dalej albo na podobnym poziomie więc z założenia można było powalczyć. Nic tylko nie wiedziałem o Rosjaninie który znalazł się na liście startowej. Wreszcie o nim zapomniałem i kiedy przyszło do startu postanowiłem aktywnie monitorować mojego jak mi się wydawało najgroźniejszego konkurenta. W 1/8 kategorie są 10-cio letnie a mój konkurent 7 lat młodszy także wygranie ew. z nim było nie lada wyzwaniem a bazą do takiego pomysłu była dla mnie zbyt według mnie wolna moja zmiana w 1 strefie, fakt że płynąłem w Augustowie bez pianki, niedosyt średniej prędkości na rowerze i tkwiący w głowie zapas na biegu. W końcu każde z poprzedzających zawodów kończyłem nie upodlony i nie finiszowałem jakoś wybitnie mocno. Te wszystkie elementy, choć szczególne miejsce zajmował wśród nich tradycyjnie rower, składały się w moich kalkulacjach na 2 do 3 minut teoretycznie do urwania co przy założeniu że konkurent poleci tak samo jak poprzednio, dawało szansę go pokonać. Pierwszy raz miałem do czynienia z taką zabawą w ściganie na zawodach triathlonowych. Udało mi się tak ustawić na starcie że do wody wbiegliśmy obaj w tym samym czasie i postanowiłem się go trzymać przez cały etap pływacki i konsekwentnie dalej. Pierwsze kilkadziesiąt metrów jednak zniechęciło mnie do tego planu bowiem co parę metrów się zatrzymywał i wyraźnie coś lub ktoś przed nim go blokowało. Ruszyłem więc w bok i popłynąłem swoje. Był szybszy. Kiedy wbiegłem do strefy zmian on już tam był. Wsiadając na rower jeszcze go widziałem przed sobą ale wyraźnie odpalił i trzymał kilkaset metrów dystansu których nie udało mi się odrobić. To kolejny rok kiedy rower mnie totalnie rozczarowuje. A właściwie nie rower tylko ja na nim. Od zawodów w Piasecznie, kiedy to bez zarzynania się pojechałem ze średnią ponad 33 km na godzinę średnia blisko liczby 30 stała się moją barierą. W Gołdapi pojechałem ze średnią 32 km ale prawie nie było wiatru i dystans krótki. Ewidentnie brakuje mi siły i jak tylko są jakieś nawet niewysokie ale dłuższe podjazdy to prędkość diametralnie spada a trzymanie jej na jakkolwiek sensownym poziomie okupuję mocnym zmęczeniem. Dobrze że nie przekłada się ono w tym roku na bieg i pomimo tego że etap kolarski okupuję bardzo wysokim pulsem to nie odczuwam tego zmęczenia aż tak bardzo na biegu. Po straceniu mojego konkurenta z oczu co miało miejsce po tym kiedy on zrobił nawrót a ja jeszcze do tegoż dojeżdżałem, zająłem się już tylko sobą i starałem się trzymać dobre tempo. Próbując urwać sekundy startowałem na rower z butami wpiętymi w bloki i tak też postanowiłem z roweru zsiadać. Efekt był lekko komiczno -tragiczny, bo nie byłem w stanie wyjąć po zatrzymaniu lewej nogi z buta podczas kiedy prawą już stałem na ziemi i siłowałem się tak kilkanaście sekund doprowadzając zablokowaną nogę do lekkiego skurczu. Skurcz ten przypomniał o sobie dokładnie 1200 metrów przed metą prawie sprowadzając na mnie ten stan którego się obawiałem tj. zatrzymanie. Jakoś jednak głową udało mi się „odblokować” nogę ale ostatni kilometr na którym zamierzałem mocno przycisnąć czując w mięśniach i głowie rezerwy, pocisnąłem mniej, z obawy że skurcz wróci. Skończyłem z czasem kilkadziesiąt sekund lepszym niż w Augustowie więc poniżej oczekiwań co do parametrów mojego „scigania”. Już tylko ciekawostką było to że wszystkich „nas” rozjechał ów Rosjanin który dał nam ładnych parę minut wciry. Mój konkurent skończył 41 sekund szybciej niż w Augustowie a ja 42 sekundy szybciej. Ale pomiędzy nami pojawili się dwaj inni przy czym jeden wyprzedził mnie o 2 sekundy a drugi ciut ponad minutę, więc prawdziwa była to walka tyle tylko że niewidoczna ze względu na rolling start i zupełną nieświadomość że byli tak blisko w zasięgu czasu ale nie wzroku. Apetyt nie został zaspokojony ale cały czas cieszę się z czasu ukończenia i progresu ( choć wkurw na rower rośnie) no i tego że kończę z wynikami znacznie poniżej połowy całej stawki przeganiając wiekowo odpowiadających moim dzieciom i „prawiewnukom”.