Poparzeni lodem. Napisane – marzec 2015

 

Jest taki stary kawał o murzynie który leżąc pod drzewem nagabywany jest przez bogatego biznesmena jak marnuje życie nie zarabiając pieniędzy za które mógłby wiele kupić. Puenta jest taka że biznesmen wymieniwszy liczne dobra warte pieniędzy które w życiu zarobił,  dochodzi do momentu w którym znalazł się w tym samym miejscu co murzyn słono jednak wcześniej  opłaciwszy swoją wycieczkę.

Triathlonista też musi  przejść zazwyczaj długą drogę żeby „położyć się  pod  drzewem”. No bo w końcu nie po to  ruszył się z kanapy żeby z powrotem na niej zalegnąć. Ale w sukurs przychodzi mu magiczne i naukowo potwierdzone słowo „regeneracja”. Rzecz więc będzie o „ regeneracji’ w środku okresu  zwiększania mocy treningowej.

Już po raz piąty udałem się na trzydniowy ‚camp’ do Holandii organizowany cyklicznie co dwa lata  do urokliwego miejsca zwanego Port Zelande nad Morzem Północnym. Marcowy zazwyczaj week -end,  gromadzi w rozlegle położonym ośrodku ponad 3 tysiące entuzjastów intensywnych doznań w raczej lodowatych   jeśli chodzi o temperaturę warunkach. Nie przeszkadza to jednak spędzić codziennie kilku godzin w wodzie, na rowerze jak i biegając. Atmosfera jest gorąca od piątkowego popołudnia aż po środek nocy z niedzieli na poniedziałek kiedy to zmęczone acz tryskające ciągle energią towarzystwo udaje się na spoczynek przed poniedziałkowym rozjazdem do domów.

Na miejsce udaliśmy się rodzinnie samochodem , zatrzymując się sentymentalnie  na nocleg w niedalekiej  Antwerpii gdzie w ramach przygotowań do” biegu głównego” jaki mnie czekał w Port Zelande, wykonałem drugi już pokontuzyjny trucht. Po parunastu minutach dopadł mnie ból kontuzjowanej stopy, jednak głównie w miejscu które do tej pory przez cały okres kontuzji bólu nie doznało. Dziwne- pomyślałem, nieoptymistyczne- pomyślałem jeszcze później, tym bardziej że ból nasilał się w miarę upływu godzin i przespacerowanych już z rodziną  po Antwerpii kilometrów. Mój optymizm co do powrotu do biegania znacznie się tego dnia zmniejszył  ale postanowiłem nie odbierać sobie radości z wyjazdu.

Po przybyciu  na miejsce w piątek późnym popołudniem,  rzuciliśmy się przede wszystkim żeby zaklepać sobie rowery które udostępniane są na miejscu. Niestety o tej porze  była marna szansa na to że zostały jeszcze jakieś wolne co się potwierdziło. Coś się wykombinuje i będzie dobrze skonstatowałem na bazie doświadczeń z  ubiegłych lat. Nastąpiła lustracja akwenu w temperaturze powietrza ok.  3 stopni  i słabej widoczności pierwszej bojki. Bez niespodzianek.

Najpierw jednak opiszę bieg,  bo to doświadczenie silnie zakotwiczyło się licznymi meandrami w moim umyśle. Dwa lata wcześniej nie brałem udziału w biegu jako że w tym czasie biegaczy uważałem za inną „rasę”. Moja wyobraźnia i obserwacje z tamtego czasu umiejscawiały  jednak ten   bieg w skali rozrywkowej przebieżki raczej skacowanego towarzystwa. Pasowało to zresztą do rekreacji  jako zadania bodźcowego na ten weekend.Z takim nastawieniem udałem się na miejsce zbiórki na którym oprócz zawodników tłoczyli się kibice. Media też były obecne w oczekiwaniu na leadera biegu.

Punktualnie o 10.30 jak było wyznaczone pojawił się rzeczony leader – Mark Kelly w czarnym stroju z zielonymi wstawkami. Kilka pamiątkowych zdjęć  sprawdzenie  identyfikatorów i  ruszyliśmy. Moje wyobrażenie o luźnym biegu szybko minęło. Jak na mnie 5 km w 25 minut  ( Mark nam zrobił parunastu sekundową przerwę na nawrocie) po tylu miesiącach niebiegania oznaczało poważny wysiłek. Jakoś jednak dotrwałem do końca choć miny nie miałem zbyt tęgiej. Usprawiedliwieniem było to co zweryfikowałem w statystykach biegu. Nigdy nie zmierzyłem sobie maksymalnego pulsu a z formuły wiekowej wychodzi mi w okolicach 170.  Po sprawdzeniu  jak przebiegł bieg,  wyszło że poziom ten osiągnąłem w trakcie pierwszego kilometra a od trzeciego   przekraczałem 180 z porywami do 185!

No cóż, jak przekonał się kawałowy bizensemen, regeneracja często kosztuje. Po ochłonięciu  z adrenaliny biegowej z przerażeniem przypomniałem sobie o stopie. O dziwo stopa przetrwała ten intensywny jak by nie było dla mnie  bieg bez szwanku a po bólu z Antwerpii nie pozostało ani śladu. Hasło regeneracja zadziałało więc  świetnie.  Nie mniej jednak  porzuciłem myśli o wchodzeniu do lodowatej wody,  zadowalając się tym co stanowi ulubioną rozrywkę wielu uczestników  zjazdu w Port Zelande a więc rafting  na otwartym powietrzu ale za to w gorącej wodzie w basenowym kompleksie jaki znajduje się w ośrodku.  Rowery też mnie już jakoś nie ciągnęły pomimo że pojawiły się licznie w strefie zmian.

Oddaliśmy się w pełni regeneracji  której głównym coachem był Steve Hogarth. Jako że tradycyjnie w  tym czasie przypadają moje urodziny,  grupa trenerów stanęła na poziomie czego efektem pisemne życzenia.  Uprzejmości zostały odwzajemnione pamiątkowym zdjęciem na tle dużych chłopców.  No i  trzema  nocami  wspólnej zabawy.

Może to nie obóz triathlonowy na Majorce  lub inne „Kanary”  ale ślady i motywacja po  wydarzeniu jakim jest trzydniowy koncert mojej ukochanej grupy Marillion, połączony z totalnym relaksem i luzem, wśród mnóstwa fajnych ludzi  jak zwykle  wystarczą mi na długo,  znacznie dłużej niż przetrwa  napis który w trakcie pobytu ktoś wyrzeźbił na piasku.