
Kiedy w kwietniu okazało się, że moje dolegliwości są na tyle poważne że musiałem porzucić plany ultrabiegów zaplanowanych na ten i kolejny miesiąc, jednak, też za sprawą rozpoczętej fizjoterapii, miałem nadzieję że uda się jakoś wziąć udział w inauguracyjnej edycji w Polsce długiego dystansu pod marką Ironmana. Przez sześć lat mojej przygody z triathlonem, dużym łukiem omijałem zawody organizowane pod tym brandem. Jakoś kojarzyły mi się bardziej z medialnym blichtrem niż z wydarzeniem rangi kultowego Ironamana. Organizowane od paru lat na dystansie 70.3 w Gdyni a od kilku też na krótszym w Warszawie, przyciągały uwagę mediów głównie za sprawą biorących w nich udział znanych postaci ze sfery dziennikarstwa, rozrywki czy polityki. Nie można oczywiście zaprzeczyć iż przyczyniły się do wzrostu popularności triathlonu w Polsce. Zbieżność moich 60 urodzin przypadających w tym roku i premiery długiego dystansu w Gdyni, uznałem za istotny powód żeby zapisać się na te zawody, co uczyniłem zgodnie z tradycją i wymogiem frekwencji już pod koniec ubiegłego roku. Chciałem oczywiście żeby mój występ nie ograniczył się tylko do zwykłego uczestnictwa ale też żeby powalczyć o jakiś sensowny wynik w swojej nowej kategorii wiekowej w którą właśnie wszedłem na kilka miesięcy przed zawodami. W ostatnich zawodach na tym dystansie w których startowałem w 2018 roku udało mi się go skończyć w 12 godzin i kilkanaście minut. Ten wynik był zatem dla mnie wyznacznikiem „celu”. Definitywne zaprzestanie biegania w połowie kwietnia nie wywoływało przez parę tygodni we mnie poczucia że nic z tego nie wyjdzie. Leczący mnie ludzie i opisy mojej przypadłości w Internecie, wskazywały na konieczną parotygodniową przerwę w bieganiu, co nie wydawało się jednak przeszkodą wykluczającą mnie z sierpniowych zawodów. Mogłem, bo tak też wynikało ze wskazań medycznych, jeździć na rowerze i pływać, obydwie te dyscypliny zaniedbałem wcześniej częściowo ze względu na przygotowania do ultrabiegów a częściowo z powodu zamkniętych przez pandemię basenów. Wszystko się jeszcze wtedy jakoś dawało w głowie poskładać. Zacząłem więc w kwietniu intensywnie jeździć mając już też w perspektywie nie za długie oczekiwanie na powrót do pływania. Paręset przebiegniętych w zimie kilometrów dawało mi poczucie przynajmniej bazowego przygotowania do pokonania maratonu, przy założeniu powrotu do biegania nawet na parę tygodni przed zawodami. Mijały dni i kolejne zabiegi fizjo przetykane kolejnymi badaniami różnej maści i wizytami o lekarzy specjalistów. Jak to bywa sprawa nie okazała się tak prosta jak się na początku wydawało. Wysiłki fizjoterapeutów na początku przynoszące obiecujące efekty bardzo szybko weszły w fazę stagnacji a jedyną poprawę jaką odczuwałem to taką że po dwóch trzech dniach od każdego kolejnego zabiegu ustępował ból nim wywołany. Kontuzja trzymała się mnie jednak twardo. Okazało się też że jest ona wieloelementowa i obejmuje naderwanie mięśni, sportową przepuklinę, podrażnienie nerwów a na dodatek złamanie zmęczeniowe kości łonowej. Ta ostatnia „część” mojej kontuzji została dopiero prawidłowo rozpoznana po kilku miesiącach kiedy do zawodów pozostało tylko parę tygodni. Jak zwykle w takich przypadkach, cały przypadek leczenia i diagnozy to duża i skomplikowana opowieść. Tak więc kolejne tygodnie mijały a wraz z nimi blakły nadzieje na sensowny start w Gdyni. Na 45 dni przed zawodami musiałem podjąć decyzję czy przenoszę niemałą opłatę na kolejny rok i tym samym rezygnuje z inauguracyjnego startu czy nie. Wcześniej planowałem, że po tym roku raczej nie będę się skupiał na zawodach ale może bardziej na aktywnościach indywidualnych\ wyprawowych. Zdrowotne perypetie dały mi też sporo do myślenia wzmacniając niechęć do układania planów na kolejne lata z uwzględnieniem takich startów. Jednym słowem chciałem to mieć już za sobą. Dlatego kolejna wersja mojego startu jednak w tym roku zakładała normalne pływanie i rower a zamiast przebiegnięcia maratonu przejście go w części lub w całości. Wyliczyłem że powinienem zmieścić się w limicie. Sęk w tym że jakakolwiek próba potruchtania nawet kilkudziesięciu metrów wywoływała ból. O biegnięciu czegokolwiek mogłem więc definitywnie zapomnieć. W tym czasie obserwowałem zmagania gościa z USA, który postanowił wykonać sto Ironmanów w kolejne sto dni. Każdy z jego etapów biegowych był w rzeczywistości szybkim marszem. Ok pomyślałem, tak też można ukończyć Ironmana. Kiedy już minął termin w którym mogłem przenieść zawodyna przyszły rok, dopadły mnie kolejne wątpliwości bo właśnie wyszło na jaw że mam złamanie zmęczeniowe. Niby mogłem jeździć i biegać o ile nie wywoływało to bólu zgodnie z zaleceniami ale biorąc pod uwagę brak postępów w ustępowanie kontuzji i falowanie dolegliwości nie byłem pewien czy to co robię nie przyczynia się do tego. Tym bardziej że zalecenia nie były do końca świadome że moje jeżdżenie czy pływanie to wiele kilometrów a nie 30 minutówki. Ponieważ jednak nie byłem w stanie ewidentnie powiązać odczuwanych dolegliwości z pokonywanymi na rowerze czy w wodzie dystansami, trwałem w tym dalej. Jednak kiedy zdarzało mi się pokonać pieszo kilkanaście i więcej kilometrów miałem poczucie że ból narasta. Bolało w kilku miejscach i w różnych „okolicznościach” ale tylko jeden z tych bólów był ewidentnie związany z biegiem bo pojawiał się jak tylko ciało zaczynało podskakiwać – to ten w okolicy pękniętej kości. Długie chodzenie wywierało wpływ na natężenie reszty dolegliwości. Tym samym przejście maratonu stanęło pod znakiem zapytania. Mogłem oczywiście bo ból taki jaki był by mi tego nie uniemożliwił, w końcu biegałem z nim w zimie parędziesiąt kilometrów tygodniowo. Ale w wyleczeniu raczej by to nie pomogło. Na miesiąc przed startem po ostatecznej diagnozie złamania, zdecydowałem że rezygnuję z takiego sposobu ukończenia Ironmana. Znowu musiałem wytworzyć z tego jakiś pozytywny obrazek w swojej głowie. Uznałem że moje startowe ambicje zaspokoję dobrym pływaniem i rowerem a później będę się delektował imprezą obserwując końcówkę zmagań najlepszych zawodników. Startując samemu we wszystkich dyscyplinach tej okazji bym nie miał. Nowy plan został zaakceptowany choć do końca nachodziły mnie momenty żalu że po prostu nie mogłem normalnie wystartować. Zejście z trasy ultrabiegu (DNF) we wrześniu ubiegłego roku jakby mściło się na mnie dalej. Od tego czasu nic ze startów które zaplanowałem się nie udawało. Z jednej strony żałowałem tego, z drugiej co raz mniej znajdowałem w sobie motywacji do kolejnych startów w ogóle. Zaplanowanie tych wszystkich imprez w roku ukończenia 60 lat było może zbyt naciągane w stosunku do moich „możliwości’. Nie mam nawet na myśli stanu fizycznego i tego że doznałem kontuzji jak tylko mocno zwiększyłem ilość biegania. Kontuzje się zdarzają. Ale nawet kiedy jeszcze biegałem przygotowując c się do ultra, miałem wrażenie że robię to bo muszę jeśli chcę pokonać dystanse na które się zapisałem a nie że sprawia mi to przyjemność. Podobnie kiedy pozostał mi już tylko rower i pływanie. Oczywiście nawet ci, którzy wszem i wobec opowiadają jak bardzo lubią spędzać całe godziny na treningach, też wspominają o dniach kiedy im się po prostu nie chce. Ja jednak nie tyle nie czułem że mi się nie chce bo lubię się poruszać każdego dnia ale z roku na rok, z miesiąca na miesiąc i za każdym razem przygotowując się do jakiegoś startu, musiałem zmuszać się do procesu przygotowań w którym powinno pojawić się to czy tamto w ustrukturyzowanej formie. Używałem wielu narzędzi czy też gadżetów żeby jakoś dopomóc sobie w tej strukturyzacji. Plany treningowe, training peaks, strava itp. Wszystko to u mnie działa na krótką metę poza tym że magazynuje moje aktywności. Tak więc starty w zawodach są dla mnie demotywujące i motywujące zarazem. Motywują bo wyznaczają jakiś cel który pomaga przełamać pojawiającą się od czasu do czasu niechęć do ruszenia tyłka, demotywują bo czuję się zmuszany do tego żeby aktywność była treningiem z prawdziwego zdarzenia. Taki paradoks.
Wreszcie nadszedł ostatni tydzień przed zawodami w Gdyni. Byłem już parę dni wcześniej niedaleko bo w Chałupach na półwyspie Helskim, oczekując na niedzielne zawody. Na dwa dni przed dopadły mnie silne problemy żołądkowe ale na szczęście w przeddzień zawodów czułem się już w miarę dobrze. Ponieważ nigdy wcześniej w Gdyni nie startowałem a wiadomo było że będzie tłumnie, obawiałem się trochę o logistykę dojazdu w dniu zawodów i znalezienia miejsca na samochód bo poprzedzającą noc postanowiłem spędzić na campingu w Chałupach gdzie od kilku dni już spałem a z doświadczenia wiem że noc poprzedzająca zawody przespana w nowym miejscu nie jest nocą dobrze przespaną. Na szczęście mój start zaczynał się nie wcześniej niż o 7 rano więc poza niespodziewaną awarią samochodu nie powinienem mieć kłopotów z pokonaniem 50 km które w sezonie letnim na tej trasie bywają potężnie zakorkowane. Zamierzałem wyjechać w okolicach 4.30 rano, wyjechałem jednak godzinę wcześniej i w rezultacie byłem na miejscu zanim otwarta została strefa zmian dla dystansu ½ Ironmana, który o dziwo zaczynał się godzinę przed pełnym, choć standardem wszystkich poprzednich zawodów w których brałem udział było to że dłuższe dystanse zaczynały się zawsze przed krótszymi. Cóż, specyfika „brandu”. Specyfiką brandu był też całkowity brak możliwości kontaktu z organizatorem przez cały czas od rozpoczęcia zapisów aż do dnia startu. Coś tam od czasu do czasu do mnie wysyłał ale nie mogłem nawiązać żadnego dialogu w razie wątpliwości lub potrzeby uzyskania czegokolwiek. Zaczęło się od niepowodzenia próby zmiany formuły płatności. Kiedy uruchomione zostały zapisy nie dałem sobie wystarczającego czasu na przeczytanie wszystkiego, będąc pod presją „znikających miejsc”. Tak było w poprzednich latach na wielu imprezach gdzie jak tylko „odpalane” były zapisy, trzeba było się zmagać z sekundami i blokującymi się serwerami. Zawody w Gdyni bezsprzecznie do tak okupowanych w przeszłości należały. Dlatego założyłem że w dniu uruchomienia zapisów nie ma czasu na zastanawianie się. Zdążyłem tylko dostrzec możliwość zapłaty ratalnej i kierując się niepewnymi czasami i rozsądkiem skorzystałem z tej opcji. Kiedy już z niej skorzystałem, na spokojnie doczytałem że rozłożenie płatności na raty kosztuje więcej niż płatność w całości a i tak niewiele mi daje bo druga rata musi być zapłacona na parę miesięcy przed zawodami. Napisałem więc od razu do organizatora prośbę o zmianę formuły płatności na którą nie doczekałem się żadnej odpowiedzi. Okazało się też że miejsca były jeszcze przez długi czas więc cała „zapisowa panika” nie miała sensu. Odżałowałem wtedy tych niepotrzebnie wydanych pieniędzy- w końcu raz się kończy 60 lat i „kultowego” Ironmana z tej okazji. Im bliżej startu tym bardziej ta kultowość mnie jednak irytowała. Moje poprzednie dwa „Ironmany” w Malborku zrobiłem za mniej niż jedną piątą ceny startu w Gdyni, drożej ale nie tak drogo kosztował mnie mój pierwszy, w inauguracyjnych zawodach na tym dystansie zorganizowanych w 2016 r. w Poznaniu przez konkurencyjną do Ironmana trochę mniej „kultową” organizację Challenge, będącą w stosunku do Ironmana odpowiednikiem pepsi coli ( zakładając że Ironman to taka coca cola triathlonu). Wtedy ta kultowość zakończyła się totalnym blamażem organizatora w związku z błędem popełnionym przez jakiegoś „sędziego” na łodzi który nie znając trasy skrócił pierwszym zawodnikom dystans pływacki o kilkaset metrów a organizator postanowił że skróci go w związku z tym pozostałym setkom zawodników. Blamaż ten spowodował że Challenge na tym dystansie już więcej w Polsce się nie odbył. Zawody w Gdyni zawsze były raczej chwalone za ich organizację więc już te pierwsze braki komunikacyjne z organizatorem lekko mnie poirytowały. Dalej lepiej nie było. Na trzy dni przed zawodami dostałem widomość sms że „dostałem” tzw. racebook czyli zestaw informacji o ważnych kwestiach związanych ze startem. Tyle że go nie dostałem. Napisałem do organizatora -zero odpowiedzi. Pewnie gdybym startował w wersji „pełnej” bardziej bym się tym wszystkim przejmował, w mojej okrojonej wersji podchodziłem do sprawy na luzie, a braki organizacyjne po prostu dopisywałem do ogólnego wrażenia z udziału w „brandowych” zawodach, które już przed startem nie było korzystne. Po pierwszych brakach komunikacyjnych, moją irytację wzbudziła sprawa jaka się pojawiła w związku z przedsięwzięciem wyżej wspomnianego gościa z USA. Okazało się że organizacja Ironman zażądała od niego żeby dopilnował aby nikt nie kojarzył jego przedsięwzięcia właśnie z brandem Ironmana. Zniesmaczyło mnie to bardzo tak jak wiele osób śledzących jego kosmiczne osiągi, który zresztą prawidłowo moim zdaniem wytknął organizacji że jego przedsięwzięcie bardziej przyczynia się do promocji ich brandu niż wiele ich ruchów włączając branie pieniędzy „za nic”. Biorąc pod uwagę różnicę w opłatach na „zwykłych” zawodach w stosunku do tych które pobiera Ironman, uważam po wszystkim na podstawie doświadczenia z udziału w kilkudziesięciu imprezach triathlonowych, że może Ironmana nie bierze pieniędzy za nic ale wybór jaki człowiek ma pomiędzy niebrandowymi a brandowymi światowymi zawodami można porównać do wyboru pomiędzy wygodnymi butami pozbawionymi znanego logo a takimi które obcierają nogi ale noszą rozpoznawalny w świecie znaczek. Kwestia gustu. Pewnie gdyby to był mój pierwszy start na pełnym dystansie i ukończyłbym go w całości, na koniec słysząc elektryzujący i wyciskający łzy szczęścia na mecie okrzyk „YOU ARE AN IRONMAN”, to bym wszystkie niedociągnięcia schował z tyłu głowy, epatując się takim finiszem. A tak w mojej sytuacji, na chłodno oceniałem imprezę choć z jak napisałem z uprzedzeniem powstałym już wiele miesięcy wcześniej przy okazji przebiegu procesu zapisów. W dzień startu podążałem za „tłumem” mając nadzieję że nie zgubię ani siebie ani istotnych elementów przebiegu zawodów. Zdołałem się przepytać innych o start falowy pływania, który okazał się zupełnie niezorganizowany pod względem czy to kryterium zakładanego czasu płynięcia czy wieku. Od „prowadzącego konferansjera” nie dowiedziałem się niczego poza powtarzanymi w kółko stwierdzeniami o bohaterstwie i mocy startujących oraz swobodnie interpretowanymi długościami poszczególnych etapów oraz prognoz co do ich ukończenia. Zamiast głębokiego filmowego basu jaki towarzyszy zawodnikom na innych zawodach brandu ( na podstawie obejrzanych wielu filmów ze startów) nasz lokalny prezenter bardziej przypominał mi wodzireja ze znanego filmu ze Stuhrem. Pomyślałem że może i dobrze że nie usłyszę „you are an Ironman” z jego ust. Zamiast tego dawkę wzruszenia miałem jeszcze przed startem, kiedy dystans pływacki rozpoczynali niepełnosprawni holowani na pontonach. Jak się później okazało były to jedyne wzniosłe emocje towarzyszące mi na tych zawodach. Etap pływacki poszedł mi zgodnie z oczekiwaniami -celem. Nadrobiłem prawie 300 metrów według wskazań GPS ale co najmniej cześć w pełni „świadomie” bo parę razy udało mi się płynąć po sporym łuku zamiast po prostej. Byłem zadowolony. Kolejny rok niepływania przez wiele miesięcy z powodu pandemii a czas na mecie podobny jak we wcześniejszych latach. Moje pływanie i wtedy zbyt szybkie nie było ale jak widać pomimo upływu lat i niedotrenowania, pozostaje na stabilnym poziomie. Po raz pierwszy pływałem też na zawodach w morzu ale chyba odbiło się to tylko trochę na moim pulsie. Nadszedł drugi i mój końcowy etap tj. 180 km na rowerze. Ostatnia modyfikacja moich założeń startowych była taka że jeśli zacznę ewidentnie odczuwać wpływ jazdy ma moją kontuzję objawiający się bólem który według zaleceń powinien stawiać znak stop dla każdej aktywności, to przerwę. Wolałem zdrowie niż pełne 2/3 Ironmana. W trakcie przygotowań bywały takie momenty kiedy odczuwałem że jazda na rowerze nie do końca jest neutralna czy to kiedy dodawałem mocy na trenażerze czy to w trakcie nielicznych jazd na zewnątrz kiedy wiało a ja starałem się utrzymać jakąś sensowną prędkość. Nie znałem trasy w Gdyni, ale wiedziałem że płaska nie jest i tego się obawiałem jeśli chodzi o moje dolegliwości. Nie przejechałem też w trakcie przygotowań za jednym razem więcej niż 90 km a tylko 3 razy powyżej 50. Moje obawy wzrosły już po kilku kilometrach od startu. Nie jeździłem jeszcze nigdy w górach ale na tej trasie ciężko o niej pomyśleć inaczej niż górskiej właśnie. Długie i krótsze podjazdy o różnym stopniu nachylenia powodowały że żeby jako tako się posuwać do przodu, trzeba było mocno cisnąć a i tak średnia niewiele przekraczała 25 kmh z odcinkami na których sukcesem było jechanie 10-15 kmh. W połowie pierwszej z dwóch pętli podjąłem decyzję że nie przejadę całości bo już odczuwałem silne bóle przy mocnym deptaniu na pedały w trakcie podjazdów. Zbliżając się do dziewięćdziesiątego kilometra zacząłem wypatrywać zjazdu w kierunku mety. Na to że jest jakiś rozjazd wskazywał również ustawiony znak. Kiedy dojechałem do kolejnego skrzyżowania, które według mojej analizy powinno być tym na którym trzeba było skręcić aby dojechać do Gdyni nie dostrzegłem żadnych wskazówek typowych dla takich rozjazdów (meta; druga pętla) jechałem więc dalej, tym bardziej że dalej też pojechało kilku zawodników którzy według mojej oceny powinni już zjeżdżać do mety nie tak przedwcześnie jak ja. Ale z kolei dalej po drodze ujrzałem jednego czy dwóch którzy wyraźnie zawrócili. Nie wiem czy tak jak ja chcieli zakończyć wcześniej i tak jak ja pojechali za daleko, czy przejechali ten zjazd kończąc już drugą pętlę. W każdym razie po kolejnych paru kilometrach kiedy ewidentnie jechałem w „złym” kierunku, postanowiłem szukać drogi do Gdyni niezależnie od trasy zawodów. Było o to trochę błędem jak się później okazało. Wyłączyłem licznik pokonawszy 105 km i zacząłem przepytywać o drogę. Jeszcze zanim to zrobiłem zmagałem się ze sobą czy nie zrealizować wcześniejszego planu i nie ukończyć całego etapu. W końcu zostało mi „tylko” ok 80 km, trasę już znałem a też nie czułem się jakoś wykończony tymi podjazdami wręcz pod koniec jechałem szybciej z mniejszym odczuwalnym i mierzalnym pulsem wysiłkiem niż na początku. Ale ból w pachwinie przypominał mi o mojej kontuzji i że te pozostałe kilometry które pokonam może przedłużą leczenie albo jeszcze pogorszą mój stan. Odpuściłem. Postanowiłem nie wracać do owego rozjazdu tylko pojechać drogą wskazaną przez lokalnych mieszkańców. Dawało mi to też możliwość uniknięcia niepotrzebnych tłumaczeń co do statusu mojego ścigania gdybym dojechał do mety trasą zawodów, no i wreszcie pozostawiało w moich rękach rower którego nie musiałem zostawiać w strefie zmian, a wiedziałem że ciężko go będzie wydobyć gdybym chciał się zwinąć ostatecznie z imprezy wcześniej niż o 18 kiedy rowery miały być wydawane. Każdy kij ma oczywiście dwa końce. Rower pozostał w moich rękach za to ponad dwadzieścia kilometrów bujałem się po nieznanych drogach, zaliczając duży ruch, kiepską nawierzchnię, objazdy i miejsca zupełnie nienadające się do jechania moim rowerem Jakoś jednak dobrnąłem bez większych przygód nie licząc upadku już w „obszarze” mety tuż przed namiotem w którym miałem zdeponowane rzeczy, jadąc po ścieżce w której była wyrwa wypełniona piachem z plaży. W przeciwieństwie do poranka startowego kiedy oprócz startujących, obsługi i kryjących się pod parasolami z powodu opadów kibicujących nie było nikogo, kiedy dotarłem tam po południu cały obszar wypełniał „jarmarczny” tłum turystów głównie zainteresowanych polowaniem na wolne miejsca w kanajpkach, pamiątkami „z gór” oraz innymi atrakcjami oferowanymi w nadmorskich miejscowościach. Jakoś odeszła mi ochota kibicowania zawodnikom w tej atmosferze. Postanowiłem zakończyć swoją przygodę z brandowym Ironmanem a zawody w Gdyni odłożyć na tę samą półkę na której leżały odkąd zacząłem swoją przygodę z triathlonem. Odebrałem szczęśliwie resztę swoich rzeczy ze strefy zmian, potkwiłem trochę korkach i po 12 godzinach od wyruszenia z Chałup zmierzałem tam z powrotem. Tak nie zostałem Ironmanem. Moja kontuzja trwa dalej a ja rozmyślam.