
Po tym jak nie zostałem Ironmanem we wrześniu 2021 roku, stopniowo zacząłem próbować biegać. Zgodnie z sugestią ortopedy, w październiku uznałem że moja kość łonowa się zrosła i mogę zacząć. Faktycznie ból w tym miejscu już nie pojawiał się, co uznałem za dobry znak- w fazie złamania pojawiał się niemal po kilku krokach. Pachwina też jakby dała sobie spokój. Plan rozpocząłem od 2 km truchtu i tymczasem nie zamierzałem tego dystansu zwiększać (stopniowo) do więcej niż 4-5km. Tak też upłynęło kilka tygodni, później pojawiła się zima i trochę jazdy na nartach – też już bez bólu. Tak jakoś dotruchtałem do lutego kiedy to tradycyjnie chciałem połączyć jazdę na trenażerze z oglądaniem Australian Open. Coś mniej podkusiło żeby to była mocna jazda. I stało się, po paru dniach wrócił ból w pachwinie i to w wyraźnie zwiększonej dawce zarówno co do nasilenia jak i obszaru występowania. Kolejne diagnozy, wizyty u specjalistów i poważne związane z tymi diagnozami obawy czy uda się obejść bez operacji mojej przepukliny. Postanowiłem jednak spróbować mixu fizjoterapii własnej ( z Youtube) oraz fachowej. Fachowa orzekła że moje problemy biorą się z kręgosłupa i z całą mocą zajęła się naprawą. Po kilku sesjach w czasie których m.in. grzebano mi igłami w ciele tak żebym nie zapomniał gdzie przebiegają istotne nerwy, doszliśmy do stanu kiedy biodro od tego grzebania w nerwie bolało mnie już tak bardzo, że postanowiłem sprawdzić czy da się ten ból usunąć tylko nie chodząc na kolejne sesje fizjo. Dało się. Po dwóch tygodniach ból w biodrze ustąpił, o dziwo istotnie zmniejszył się też ból w pachwinie. Do dzisiaj nie wiem co o tym sądzić, w każdym razie do fachowca przestałem chodzić w ogóle, ale dalej ćwiczyłem z Youtuba i też parę ćwiczeń które on-fachowiec mi pokazał. I znowu zacząłem truchtać stosując plan taki sam jak ten z jesieni. W maju już dawałem radę przetruchtać 4-5 km z kontrolowaną niedogodnością w pachwinie. Zacząłem już nawet myśleć o jakichś biegach i triathlonach w lecie. Tymczasem pojawił się „niewinny” firmowy challenge w ramach którego w czteroosobowych zespołach miało się wybiegać\wyjeździć kilometry na cel szczytny. Miał trwać tydzień. Po dwóch dniach kiedy to ja przebiegłem łącznie kilkanaście kilometrów, rozpętał się prawdziwy bój bo niektórzy harpagani jeździli po sto km dziennie lub biegali prawie maratony. I tak przez kolejne pięć dnia najeździłem i nabiegałem paręset kilometrów a adrenalina z tym związana zagłuszyła i moje dolegliwości i zdolność racjonalnego myślenia. Challenge zakończyłem zacnym wynikiem i o dziwo niepogorszeniem problemów pachwinowych. Tyle że totalnie wysiadły mi achillesy. To „zabawne” że po raz kolejny ból który się dopiero co pojawił przyporządkowałem do „szybko przejdzie”. Nie przeszedł. Achillesy w obydwu nogach wyłączyły mnie znowu na kilka tygodni i z biegania i z jazdy na rowerze. Pozostawało pływanie i tak w czerwcu kiedy sobie pływałem, dostałem propozycję udziału w lipcu w sztafecie triathlonowej – miałem zaopiekować się odcinkiem rowerowym. Biorąc pod uwagę mój stan, to pływanie powinno być moje ale ponieważ dystans był krótki -22,5 km a udało mi się mimo wszystko trochę pokręcić pedałami w poprzednich miesiącach zanim dopadły mnie przymusowe przerwy, zgodziłem się. Niewiele czasu pozostało żeby sobie pojeździć ale przynajmniej jak już zacząłem, i moje achillesy i moja pachwina dały radę. Start poszedł nadspodziewanie dobrze i oczywiście skłonił mnie do myślenia o „więcej”. Miałem do wykorzystania dwa pandemiczne vouchery. Jeden postanowiłem wykorzystać na start w 1/8 Ironamana w Płocku pod koniec września, tym razem już samodzielny a drugi na przekładaną już dwa razy (ultra) Łemkowynę – tym razem zapisałem się na 48 km ( You stupid!). I znowu zacząłem biegać mozolnie wydłużając wyjściowy dystans 3-4 km przez cały sierpień. Na początku września wziąłem udział w nowej imprezie biegowej w Kampinosie na dystansie półmaratonu, pokonując ją zgodnie z zaleceniami „lekarza” ( czyli mnie samego) Galowayem. Uznałem że jak dam radę to Łemkowyna pod koniec października z limitem czasu 8 godzin powinna być w zasięgu. Udało się co prawda ale ból w pachwinie trzymał się kilka dni. Dostałem też przypominajkę z pierwszego okresu mojego biegania sprzed ośmiu lat a mianowicie problem z rozcięgnem podeszwowym (what the fuck!!!). Ból rozcięgna pojawił się zaraz kiedy zacząłem znów biegać w sierpniu, kiedy odpuściły już achillesy. Chyba moja pachwina potrzebuje jakiegoś towarzystwa w drugiej nodze. Po skończonym półmaratonie mój optymizm co do 48 km w górach prysł. Ale jeszcze po drodze został triathlon w Płocku a tu wystarczyło cięgiem przebiec niewiele ponad 5 km. Start w Płocku był udany. Mocno się oszczędzałem, wynik i tak przyzwoity ( pominąwszy straszne guzdranie się w strefie zmian z chęci uniknięcia zmarznięcia na rowerze) i o dziwo zero bólu po całkiem szybkim biegu. Łemkowyna znowu stała się realna. Ale nie była. Abstrahując od innych powodów które pokrzyżowały moje plany pobytu i startu w Beskidzie, kilka tygodni biegania po Płocku uświadomiło mi że tak jak już dwa razy wcześniej w tym roku, kolejne przegięcie z intensywnością i dystansem mogą wrócić mnie do stanu zero ( biegania) albo jeszcze gorzej. I tak nastąpił koniec sezonu 2022. To już drugi z rzędu tak porąbany i mało obiecujący sezon. W tym czasie coraz bardziej rozgaszczam się w 7 dziesiątce życia i może wszystko „duże” jeśli chodzi o moje aktywności co miało się stać już się stało i zakończyło.
Zobaczymy. Tymczasem czekam na zapisy na maraton w Rotterdamie który ma się odbyć drugiej połowie kwietnia 2023 J