Polska -Dania -napisane czerwiec 2016

Za mną dwa starty w tym roku. Jak to na ogół się w takim przypadku zaczyna – czas na podsumowanie. Pierwszy start 1/4 IM w Piasecznie był moim pierwszym zmaganiem w tej urokliwej podwarszawskiej miejscowości, od pewnego czasu strategicznie położonej w odniesieniu do innej podwarszawskiej miejscowości w której mieszkam. Wyznacza je możliwość dojazdu za pomocą tras szybkiego ruchu. Drugie zawody to już dystans tzw. średni w Billund (Dania), miejscowości narodzin klocka lego. I w tym przypadku położenie zawodów oferowało dojazd prawie w całości autostradą więc prawie tak jak do Piaseczna. Podobieństw w obu imprezach było jeszcze więcej ale występowały tez różnice. 
Pływanie
Nie wiem jaka jest geneza powstania akwenu w Piasecznie, akwen duński został mi przedstawiony jako twór sztuczny. Stosunkowo też ( jak w Piasecznie) niewielki, pomieścił jednak startujących w taki sposób że można było płynąć. Piaseczyński akwen także pomieścił startujących ale na tym że pomieścił sprawa się kończyła. Być może organizatorzy zawodów w Piasecznie stosują inne mierniki zagęszczenia ludności ( na tego typu różnice ostatnio można się natknąć przy ocenach zagęszczenia podczas różnych marszów) albo przyjmują że da się pływać w pionie. Woda w Piasecznie nie dawała możliwości sięgnięcia wzrokiem dalej niż do krawędzi okularków pływackich ale było to całkowicie wystarczające jako że tuż za tą krawędzią, niezależnie od tego w którą stronę obróciło się głowę była jakaś część ciała innych startujących. Dotyczyło to również obszaru „pod” ( zawsze ktoś był pod spodem) jak i „nad” gdzie unosiły się szczęśliwe z uzyskanej chwili wolności ręce, które po chwili wgniatały napotkane ciała w głąb wody. Efektywne pływanie w Piasecznie łączy się z wykorzystaniem techniki chwytu i odepchnięcia czyli klasyki kraula ale zmodyfikowanej tym że chwyta się nie wodę ale współtowarzyszy i odpycha się od nich. W Danii musiałem się niestety przestawić na nudę pływania klasycznego. Nie chodzi tu oczywiście o żabkę ale o fakt normalnego płynięcia pomijając pierwsze kilkadziesiąt metrów „pralki”. Z żabką przyszło mi jednak też się zmierzyć. Nudziło mi się tak przez około kilometr kiedy nagle poczułem niekontrolowany wyrzut głowy ponad wodę połączony z mocnym naciskiem na oczy. Okazało się że natrafiłem w tym „pustawym” akwenie na solidnie umięśnioną żabkarkę, która zapewne wpadła w panikę że ktoś (ja?) ją śledzi i zademonstrowała mi kopnięcie a la Chuck Norris. Wycelowała przy tym bardzo pewnie grzbietem stopy w moje oczy. W efekcie przerobiła moje okularki pływackie na szkła kontaktowe. Skutkiem dodatkowym była szarpana rana nosa. Środowisko wodne pomogło nosowi. Krew też nie mogła mi zalać oczu bo miałem w nie wbite okularki. Zupełnie niespodziewanym efektem tego zdarzenia było jednak to że nareszcie przestały mi parować szkła i mogłem podziwiać w całej krasie zarówno świat podwodny jak i nadwodny. 
Rower
Celowo póki co używałem Danii jako określenia miejsca zawodów Challenge Denmark Billund, jako że pływanie odbywa się w miejscowości (Herning) oddalonej o wiele kilometrów od Legolandu który jest w Billund właśnie. Pozwala to na rozegranie etapu kolarskiego na dystensie średnim bez jazdy w pętli. Dla mnie bomba. Czego nie lubię w zawodach bowiem to pętli właśnie. Mam dziwne wrażenie chomika biegającego w kółku. W Piasecznie dzięki pętlom chyba, zawodnicy tworzyli zespoły składające się przeciętnie od kilkunastu do kilkudziesięciu kolarzy. W Billund składy takie można było tylko zobaczyć w miasteczku zbudowanym z klocków lego. Jeździły one po tym miasteczku w kółko tak jak kolarze w Piasecznie. Myślę że drugi powód dlaczego było tak jak było w Piasecznie, to wodne zbliżenia. Po prostu nie można sobie wyobrazić że świeżo co nawiązane bliskie znajomości podczas pływania miałyby nie być kontynuowane podczas jazdy rowerem. Do tej kontynuacji najwyraźniej też zachęcali motocykliści ( sędziowie?) którzy robili sobie selfie na tle licznych triathlonowych pociągów. I tak o to nie tylko udało się rozegrać zawody triathlonowe ale też można było posmakować kolarskie Tour de Piaseczno. W zasadzie to tyle co można napisać o etapie kolarskim w Piasecznie- jak ktoś lubi patrzeć na przejeżdżającego pociągi to z pewnością warto się tam wybrać.
Na odprawie przed zawodami w Billund sprawa draftingu została postawiona nie tylko wyraźnie ale również specyficznie. Przekazano nam że „w odróżnieniu od zawodów rozgrywanych w Południowej Europie” sędziowie w Danii są bardzo aktywni jeśli chodzi o wlepianie regulaminowych kar. W tym momencie poczułem się nieswojo. Czyżby nawiązywali do Piaseczna? No bo Polska to na tle Danii już południe ( chociaż w świetle ostatnich wydarzeń niekoniecznie Europa). Ponieważ nie było pętli i jechało się prawie cały czas w tym samym kierunku, z ciekawością patrzyłem na prognozę która wyraźnie wiązała wzrost siły wiatru oraz zmianę jego kierunku na czołowy z przewidywanym czasem mojego opuszczenia T1. I znowu powiedzenie że lepiej być młodym, pięknym i bogatym przypomniało o sobie. Ach jak dobrze byłoby wystartować w pierwszej fali ale latka już nie te. Mniej więcej do 50 kilometra wiatr to się wzmagał to lekko słabł, głównie jednak z powodu terenu który był mniej lub bardziej osłonięty, więc udawało mi się utrzymać moją zakładaną dziadkową prędkość podróżną wynoszącą 32 km/h, choć mocniej niż zwykle musiałem naciskać na pedały. Na 70 km po zjedzeniu zabezpieczonych własnym sumptem banana i dwóch paczek sezamek, przeszedłem na korzystanie z opcji all inclusive. Startowe „nutrition” zapewniał jeden ze sponsorów i podczas roweru składały się na to woda i izotonic w bidonach kolarskich, batony, żele i coś pomiędzy. Pobrałem więc bidon z wodą oraz dwa żele. Zgodnie z zapowiedzią żel smakował jak miód. Zjadłem więc dwa popijając wodą. Było nieźle ale tuż po skończeniu konsumpcji zabawa się skończyła. Ostanie 15 kilometrów wiatr dawał z taką mocą że moja podróżna prędkość średnia spadała na łeb na szyję. W okolicach 85 km doszła do 30 km na godzinę. Mocowałem się jeszcze trochę żeby taką średnią utrzymać ale na długich odcinkach nie dało się jechać więcej niż 20 km/h. Po przejechaniu 90 km miasteczka z klocków w dalszym ciągu nie było widać. No tak, teraz sobie przypomniałem że trasa jest ok 3 km dłuższa. Dodatkowe kilometry w tunelu aerodynamicznym zapadają w pamięć nie mówiąc już o mięśniach. Nadchodziło jednak bieganie a tu już zapowiadał się fun.
Bieg
Bieganie w Legolandzie daje dużo przyjemności i tu fakt że były pętle mnie jakoś nie deprymował. Zresztą podobnie było w Piasecznie. I tu i tu trochę się biegło po miękkim podłożu, choć w Billund było tego zdecydowanie więcej nie tylko ze względu na dłuższy dystans. Myślę że ok 1/4 drogi nie było po twardym. W Billund rodzina nie musiała się nawet specjalnie ruszać z domku w którym mieszkaliśmy, bowiem znaczna część trasy biegnie właśnie przez teren mieszkalny turystów odwiedzających Legoland. Mankamentem był ruch pieszy ludzi którzy przemieszczali się pomiędzy domkami a centrum rozrywki. W czasie kiedy biegło dużo zawodników nie było to uciążliwe ale pojedynczy biegacze pod koniec z długiego dystansu mogli się dodatkowo zmęczyć, musząc na kilkukilometrowym odcinku lawirować pomiędzy spacerującymi. Część trasy w Billund wiodła przez centrum miasteczka z licznie zgromadzonymi miejscowymi kibicami. Sąsiedztwo Legolandu nadawało tej części imprezy klimat zabawy. Na czterech punktach żywieniowych ustawionych na 7 km pętli dobra było po pachy włączając w to coca-colę a nawet red bulla dla chcących polatać. Podczas całego 1/2 IM zużyłem 0,7 litra płynu zawierającego wegański proszek węglowodanowy, jeden banan, dwa opakowanie sezamek i 3 żele ( łyżeczka do herbaty żelu w każdym). Do tego trochę coli w trakcie biegu no i oczywiście woda. Tradycyjnie podczas 21 km dopalacz biorę koło 12 km, być może tym razem było to ciut za późno bo lekko zaczynało mi brakować paliwa w okolicach 15 km ale czy było to rzeczywiste czy wydumane faktem oczekiwania na to aż zadziała zjedzony żel, nie wiem. W każdym bądź razie oprócz tego nie odczułem żadnych efektów niedożywienia. Zawody w Legolandzie polecam bardzo. Oczywiście trzeba wziąć pod uwagę budżet ale jak ktoś chce przy okazji zapewnić dzieciom kupę rozrywki i w samym klockowym miasteczku i w miejscowym aquaparku który jest w pakiecie z zakwaterowaniem ( dając też okazję do wodnej regeneracji zaraz po ukończeniu zawodów) to już wyprawa przestaje być tylko kosztowną imprezą triathlonową. Organizacja bez zarzutu. W zawodach typu IM nie powinno się oczywiście wybrzydzać na jakiekolwiek przeciwności więc co do Piaseczna podałem tylko fakty a każdy samodzielnie musi ocenić te piaseczyńskie warunki. Ja na własny użytek takiej oceny dokonałem.