
Jak spieprzyć swój pierwszy Maraton.
Technicznie nie był on pierwszy. Rok wcześniej przebiegłem Maraton Kampinoski a dwa miesiące temu maratoński etap Ironmana. Ale ten „prawdziwy” uliczny pierwszy zdarzył się 25 września w Warszawie jako 38 PZU Maraton Warszawski. Przed dwoma laty, niesiony euforią świeżo upieczonego biegacza chciałem też w nim pobiec. Zamiast tego walczyłem z kontuzją niedoświadczonego biegacza. Tym razem walka się rozegrała już podczas biegu. Głupi niedoświadczony może powiedzieć o sobie naiwny. Głupi doświadczony zostaje z tym ze jest głupi. Doświadczenie dawało prostą wskazówkę co do zakładanego czasu ukończenia maratonu. Wychodziło okołu 4 godzin. Ciut poniżej 4 godzin jak jak na debiut 55 latka wystarczało żeby to uznać za dobry bieg i oznakę dobrego przygotowania i zdrowia. Niby osiągnięty wynik się zgadza, 3:56 z sekundami. Poza tym nie zgadza się nic. Podpuszczony swoją głupotą stanąłem na starcie w grupie biegnącej na 3.40.Taki byłem kozak. Kwadrans w tę czy we wtę – dam radę. Ale przyswajane choć jak się okazuje nie przyswojone prawdy nie dają złudzeń. Królewski dystans nie daje się oszukać w tak dyletancki sposób. Trzeba na nim swoje zostawić. Wysiłek, pot i często zdrowie. Pytanie tylko w jakich ilościach i czy w „normie”. Nawet źle mi się nie biegło na te 3.40 ale puls od razu zameldował się na 160 + i nie miał zbytniego zamiaru schodzić niżej. Po paru kilometrach podjechał w górę do 170. To powyżej wzorcowego poziomu maksymalnego. Oczywiście ten wzorzec u mnie nie działa a mój maksymalny puls plącze się gdzieś w okolicach 190. Ale i i tak te 170 dobre by było na bieg na 10 kilometrów ale nie na 42. Podczas biegu na Ironman po 10 godzinach wysiłku utrzymywałem puls w okolicach 150. I tak powinienem biec ten warszawski maraton. Ale tak nie biegłem. Nawet jeśli na starcie nie byłem jeszcze palantem to byłem już nim bez dyskusji po paru kilometrach kiedy nie skorygowałem tempa w dół tak żeby tętno utrzymywać na przyzwoitym poziomie. Wytrzymałem tak do 25 kilometra po drodze wyrównując prawie życiówkę z półmaratonu. Wysoki rachunek za to płaciłem przez następne 15 km. Warunki płatności były ciężkie i nienegocjowalne. Zaczął się bieg przerywany marszem. W innym razie nie ukończyłbym tej imprezy. Kiedy puls przekraczał 180 i na błękitnym niebie pojawiały się gwiazdy musiałem hamować. Te 15 km to też kilometry skurczy – udało się je na tyle kontrolować że nie dołączyłem do innych stających na poboczu z wygiętymi kończynami. Kiedy czułem że następne mocniejsze zgięcia nóg mogą skończyć się katastrofą musiałem zwolnić. Ale wielokrotne zwalnianie i przyspieszanie było tak „przyjemne” jak ruszanie do kolejnego morderczego biegu zaraz po ukończeniu poprzedniego. Powtarzało się to i trwało na tyle długo że zakuty łeb przyjął chyba na długo porzucone wraz z początkiem tego maratonu zasady. Kiedy ukończyłem Ironmana nie bolało nawet w części tak jak bolało po tym maratonie. A może o to chodziło ?