
26 maja rozpocząłem sezon startowy w triathlonie na ten 2017 rok. Pierwszy start to 1/4 Ironman w Gniewinie. Ten start był najmniej zaplanowany. Zapisawszy się chaotycznie na cztery „połówki” w krótkich odstępach czasowych w czerwcu i w lipcu, czułem że przesadziłem i przepisanie się z jednej z nich na Gniewino w ramach tego samego organizatora i bez dopłaty, pomogło mi wykaraskać się z niezręcznej psychicznie sytuacji. Po przepisaniu dowiedziałem się że Gniewino ma swój charakterystyczny punkt programu w postaci dwukrotnego podjazdu o dużym stopniu nachylenia, tak dużym że nawet nie dało się niczego podobnego wynaleźć w Warszawie do potrenowania. No cóż, jak się w głowie kołatały myśli o triathlonach w górskim terenie, to dostałem co najmniej namiastkę ich spełnienia. Poobijany po upadku w poprzedzającym tygodniu, jechałem do Gniewina już głównie na sprawdzenie czy dam radę pływać z ubitym barkiem. Obawy o podjazd na rowerze zeszły na dalszy plan. Odżyły jednak kiedy w przeddzień startu postanowiłem przejechać się po owym podjeździe i jego stromizna ujawniła mi się z całą mocą, kiedy po założeniu łańcucha, który spadł mi w czasie podjeżdżania, nie byłem w stanie wystartować pod górę. Zawody zapisały się jednak etapem pływackim i to nie z powodu mojego barku. Po przepłynięciu pierwszych kilkudziesięciu metrów już czułem że dam radę robić normalny ruch do kraula obitą ręką, byle bym nie starał się nią silnie odpychać. I tak sobie płynąłem raz tylko mając problem z bólem, kiedy w ramach pływackiej pralki ktoś na mnie wpłynął uderzając mnie w kontuzjowaną stronę. Na sto metrów przed końcem pływania dostałem jednak ( po raz już kolejny jeśli chodzi o moje starty) potężnego kopniaka w twarz, w wyniku którego moje okularki pływackie wbiły mi się w nos. Krew lała się strumieniem a ponieważ nie było jak się obejrzeć, nie wiedziałem tak naprawdę jak mocno ucierpiałem. Przez kolejne minuty w wodzie i już po wyjściu walczyłem aby zatamować krew, która przeszkadzała mi w przebraniu się do etapu kolarskiego. Wreszcie przycisnąłem sobie do nosa tampon zrobiony z chusteczki i docisnąłem go okularami. Tak „wyposażony” przejechałem pierwszą pętlę rowerową a irytacja spowodowana otrzymanym kopniakiem, odciągnęła moją uwagę od stromego podjazdu. Jak już go pokonałem raz i udało mi się na pozostałym odcinku osiągnąć całkiem niezłą „podróżną” prędkość, powtórny podjazd nie wydawał się już taki straszny choć oczywiście było to pełzanie nie jazda. Do końca zawodów nic nadzwyczajnego się już nie wydarzyło, choć moje nogi na biegu dawały znać że podjazd nie był nic nie znaczącym epizodem. W sumie jednak, biorąc pod uwagę przedstartowe obawy, start w Gniewinie uznałem za dobry wstęp do tego co miało się zadziać już za tydzień w zawodach na Słowacji. Szrama na nosie wyglądała w końcu lepiej niżby na to wskazywała ilość krwi z niej tryskającej przez pierwsze minuty. A ponieważ poobdzierany już i tak byłem wcześniej, stanowiła tylko dodatek do poprzednich szram.
