
Po ukończeniu zawodów na dystansie długim w Poznaniu w ubiegłym roku, rozsypał mi się worek z planowanymi startami. Zapisywanie się na zawody triathlonowe z dużym wyprzedzeniem jest jak zauważyłem normą wynikającą z rynkowych warunków – wcześniejsze zapisy + niższa opłata, a często też i często konieczności – zapisy na oblegane imprezy trzeba robić szybko bo można się nie załapać. Oczywiście może to być pułapką w przypadku wypadków losowych, kiedy nie da się wystartować. Dla mnie okazało się inną pułapką. Ten rok 2017 to już na pewno jakiś mój rok kryzysowy. Motywacja spadła mi bardzo choć nie wiem do końca czy to tylko problem motywacji do startów czy też w ogóle ogólny kryzys. Dobrze chociaż, że większość startów na ten rok mam już za sobą ale chyba głownie dzięki inercji. W tym trzy zawody na dystansie 1/2 Ironman na przestrzeni niewiele ponad 1,5 miesiąca.

Najpierw na początku czerwca Samorin na Słowacji. Ubocznym skutkiem ukończenia przeze mnie z dobrym wynikiem pełnego dystansu w Poznaniu na zawodach organizowanych przez Challenge, było zakwalifikowanie się na organizowane przez tę firmę mistrzostwa na początku czerwca 2017 na Słowacji na dystansie 1/2 Ironman. Miejsce jak i oprawa zawodów a także sporo triathlonowych gwiazd pro które tam startowały, przydały tej imprezie i rozmachu i prestiżu. Ja dla „przeciwwagi” postanowiłem wziąć w niej udział na „spartana”. Po wypróbowaniu noclegu w samochodzie tydzień wcześniej na zawodach w Gniewinie, postanowiłem to powtórzyć również na Słowacji. Wyjechałem z domu wcześnie rano w dniu poprzedzającym zawody tak, aby dojechać o godzinie pozwalającej na spokojne zarejestrowanie się i udział w przedstartowych informacyjnych ewentach a także wieczornej pasta party. Ośrodek w Samorin położony kilkadziesiąt kilometrów od Bratysławy, nad Dunajem, w którym mieliśmy pływać, oszałamiał swoją wielkością i infrastrukturą. Jakoś jednak nie byłem w nastroju do radosnej celebracji, co jeszcze zostało spotęgowane zgubienie już na wstępie numeru startowego. Na szczęście się znalazł. Spotkałem znajomych i trochę się pod wieczór rozluźniłem. Niemniej z uwagi na wczesny start, zadaniem było wyspanie się tej nocy. Trochę byłem zażenowany moszcząc się do spania w samochodzie stojącym na parkingu nieopodal głównego wejścia do kompleksu budynków ośrodka, szczególnie że przez cały dzień przewijali się tam zawodnicy w większości przypadków zaopatrzeni w horrendalnie drogie rowery czasowe. Ale dokonawszy wcześniej w pełni świadomego wyboru co do formuły mojego noclegu, nie stresowałem się tym za bardzo. Zawodami też niezbyt, uznając, że jestem tam bardziej z „przypadku” niż z powodu wyników dających mi podstawy do wygórowanych oczekiwań. Mając niezłe przygotowanie biegowe potwierdzone wiosennymi startami liczyłem tylko na niezły bieg i że się w związku z tym nie „zajadę”. Co do roweru też wydawało mi się że dam radę nawet w braku długich wyjeżdżeń treningowych. Podstawę do takiego myślenia dały mi zawody w Gniewinie i przyzwoite zarówno samopoczucie jak i wynik na odcinku kolarskim. Zupełnie nie wiedziałem jak to będzie z pływaniem. Cały czas bolał mnie bark po wywrotce na rowerze sprzed kilku tygodni. Mała objętość pływania też nie nastrajała optymizmem. W Gniewinie nie dane mi było zweryfikować co mi dały treningi z trenerem z powodu zaliczonego kopniaka w twarz i ostrożnego wywijania kontuzjowaną ręką, więc też nie wiedziałem co mi te treningi i mała objętość zarazem przyniosą. Pływanie w Dunaju mogło też się wiązać z prądem, który mógł jakoś odcisnąć się na organiźmie.

Okazało się że jednak chyba tego prądu nie było albo był tak mały że nie odczuwalny- płynęliśmy w zatoce rzecznej. Mój „fart” do zaliczania kopniaków w twarz i tym razem nie zawiódł, jednak kopnięcie było na poziomie znośnym.
Na rowerze stopniowo robiło się coraz goręcej i pod koniec pierwszej połowy trasy przed nawrotem ( pętla była tylko jedna) dodatkowo pojawił się wiatr i kiepska nawierzchnia kiedy trasa przebiegała po wale nad brzegiem rzeki. Za to Dunaj można było w tym miejscu podziwiać w całej jego okazałości. Etap kolarski ukończyłem bez większych kryzysów. Wyruszyłem jeszcze w miarę żwawo na trasę biegową, której pierwsze dwa kilometry przebiegały w sercu ośrodka i zapełnione były kibicami. Zaraz jednak tragicznie wysoka temperatura zaowocowała umieralnią na dalszym etapie dystansu biegowego. Bieg co do którego czułem się najpewniej przed startem okazał się zmorą. Przeplatałem go licznymi i wydłużającymi się odcinkami marszu. Jakoś jednak dotrwałem do końca, ale po drodze długo rozmyślałem nad sensem tego, co robię. Ogólnie wynik nie odstawał kosmicznie od poprzednich startów na tym dystansie, ale w żadnej mierze nie był adekwatny do rangi zawodów. Na moje pocieszenie temperatura dała się we znaki wielu innym w tym kilku pro którzy się wycofali właśnie na etapie biegowym.

Kolejna „połówka” to Susz 25 czerwca. Chciałem tam wystartować ze względu na legendę tych zawodów. Z legendy się nieźle uśmiałem podczas oczekiwania na falowy start pływacki. Fale były tylko dwie i wydawało się, że podział na te dwie grupy został dokonany w sposób precyzyjny i nadający się do klarownego przekazu. Kiedy jednak ów przekaz zaczął być powtarzany tuż przed startem, z każdym powtórzeniem a było ich w okolicach dziesięciu, rosła wśród zawodników konsternacja, rozbawienie aż wreszcie obawa czy wiedzą w której grupie mają się ustawić. Ja skoncentrowałem się na środkowej emocji odbioru, nie mogąc wyjść z podziwu, jak daleko prosty do wygłoszenia komunikat może zostać przerobiony na kabaret. Może jednak ta impreza miała mieć taki „artystyczny” sznyt. Zaczęło się już poprzedniego dnia na odprawie na której również informacje przekazywane zawodnikom, były bardziej dywagowaniem a nie dyrektywą. Potem nastał czas muzycznego szaleństwa za sprawą występów zespołu Kombi. Mnie ten występ zakłócił mocno wieczorny rytuał. Kolejny raz mieszkałem w samochodzie. Ciesząc się początkowo z miejsca, w którym zaparkowałem, usytuowanego tuż przy starcie, kiedy w trakcie przygotowywania się do snu z głośników ryknęła muzyka, której towarzyszyła dźwiękowa fala uderzeniowa, musiałem je czym prędzej zmienić, bo w tym nie dosyć żebym nie zasnął to prawdopodobnie również ogłuchł oraz wpadł w takie wibracje, że miałbym problem z utrzymaniem się na rowerze następnego dnia. Po wieczornych perypetiach, rano już było wszystko normalnie. Pogoda dawała nadzieję na zdecydowanie lepsze warunki niż w Samorin. Pływanie i rower przebiegły sprawnie i bez wypadków- tym razem oszczędzono moją twarz. Wobec kryzysu biegowego w Samorin, w Suszu przetestowałem ustrukturyzowany marszobieg zamiast dotychczasowego przechodzenia w marsz z powodu kryzysów na trasie. W sumie nieźle to wypadło. W efekcie wynik ponad 15 minut ogólnie lepiej niż w Samorin i najlepszy z dotychczasowych.

Na koniec tego połówkowego tryptyku, wystartowałem 23 lipca w Gołdapi, miejscu debiutu w tri i mojego „drugiego” domu. Choć mój kryzys motywacyjny był w pełnym rozkwicie, jakoś chciałem tam dobrze wypaść. Wiedziałem że tylko szybki rower da mi może nawet lepszy rezultat niż w Suszu. I tak się stało choć za lepszy rower zapłaciłem zdecydowanie gorszym niż w Suszu etapem biegowym. Kontynuowałem rozpoczęty w Suszu marszobieg wg. metody Galloway’a, tyle tylko że oderwałem się od zasad które należy w tej metodzie przestrzegać. W drugiej połowie dystansu odcinki marszowe znacznie się wydłużyły. Choć wynik całych zawodów był jeszcze lepszy niż w Suszu, moja spadająca motywacja w tym sezonie nie wzrosła. Czekał na mnie za półtora miesiąca ostatni akcent tego roku w postaci pełnego Ironmana w Malborku i zupełnie nie byłem na to psychicznie przygotowany.

