Dziwna to była zima.
Po ubiegłorocznych startach przyplątała się kontuzja kolana. Konsultacje i diagnozy lekarskie nie napawały optymizmem. Ja jednak zdiagnozowałem ją jako przeciążeniową i postanowiłem głównie dać nodze wypocząć. Przez kilka tygodni nie biegałem a i jazda na rowerze prawie nie występowała. Ostał się tylko basen, jako że podjąłem naukę z trenerem. W ramach leczenia kolana dołożyłem tygodniowy post i parę zabiegów jakimiś wiekowymi „urządzeniami” które kiedyś kupiłem i nie do końca byłem przekonany czy do czegokolwiek zbliżonego do tego co moja noga potrzebowała sie nadają. Ale stwierdziłem, że raczej nie powinny zaszkodzić, więc przez dwa tygodnie grzałem sobie lampą kolano na przemian z przepuszczaniem przez nie jakiegoś prądu albo może pola magnetycznego. Pod koniec tej parotygodniowej terapii dołożyłem jeszcze za sprawą rozmowy z kolegą suplement wspomagający ścięgna. W efekcie nie mam zielonego pojęcia, co z tego wachlarza zastosowanych środków mi pomogło ( najbardziej jednak stawiam na odciążenie nogi poprzez przerwę w bieganiu) ale coś pomogło. W okolicach świąt Bożego Narodzenia zacząłem truchtanie i po kontuzji pozostał już tylko niewielki ślad w postaci może lekkiego bólu a może niewygody. Styczeń miał przynieść powrót do regularnego biegania, ale nie przyniósł z powodu choroby. Na dwa tygodnie wyłączyła mnie z wszelkiej aktywności poza oglądaniem po parę godzin dziennie meczów tenisowych.
Na początku lutego znowu zacząłem truchtać i powoli sobie tak truchtałem nie czując się ani źle ani dobrze choć tempo było bardzo wolne a tętno jak na to tempo wysokie. Generalnie byłem słaby. Podjęta na jesieni nauka stylowego pływania doprowadziła mnie do poczucia pewnej beznadziei. Osiągnąwszy całkiem zadowalający jak dla mnie poziom pływania kraulem dający poczucie pewności na dystansie paru kilometrów, dzięki szkoleniu zostałem zawrócony do poziomu walki o pokonanie 25 metrów na basenie. Godzinne zajęcia na basenie wypruwały ze mnie wszelką energię na cały dzień. Dawało mi to jakieś poczucie niemocy rozciągające się nie tylko na pływanie, ale też na wszelkie postacie aktywności. Po raz kolejny okazało się, że „dyscyplina treningowa” nie idzie u mnie w parze z przyjemnością. Zamiast 2-3 wypraw na basen tygodniowo jak przez ostatnie kilka lat, chodziłem tej zimy tylko raz w tygodniu na zajęcia z trenerem na ogół przerażony i zestresowany. Nie zrezygnowałem z jakiegoś powodu i postanowiłem że dociągnę moją „naukę” do lata. Trochę optymizmu dawał mi fakt, iż z treningu na trening mój próg zmęczenia pływaniem obniżał się, choć daleko mi wciąż do poczucia swobody w wodzie. Od drugiej połowy lutego bieganie stało się już regularne a wobec zbliżającego się startu na 10 km na początku kwietnia, w połowie marca zacząłem sprawdzać jak to jest z moją prędkością. Było fatalnie. Zejście ze spokojnych 6 min/km poniżej 5 min stało się nie lada wyzwaniem a jeszcze ciut niżej prawdziwą męką. Dodatkowo ogólnie psychika mi siadła bardzo mocno. Trochę wróciłem do stanu sprzed kilku lat, kiedy zacząłem stosować aktywność fizyczną, jako siłę napędową mojego funkcjonowania. Zima sponiewierała mnie mocno. ·

Pierwszy start w tym roku 2017 to Dziesiątka Babicka 8 kwietnia. Start pełen obaw po słabych przygotowaniach. Duża asekuracja okazała się niepotrzebna. Całkiem fajnie się biegło, no i koło domu. Jednak z ustanowiona rok wcześniej życiówka właśnie na tej trasie nie została pobita. Niewiele zabrakło, tylko parę sekund wolniej niż rok wcześniej i moje asekuracyjne biegnięcie przynajmniej na tym polu nie wyszło na dobre. ·

Mój pierwszy półmaraton pełen radosnej ekscytacji, ale zarazem bólu nowicjusza i to dodatkowo obciążonego kontuzją stopy miał miejsce trzy lata wcześniej w maju w Węgorzewie. Rok później pojechałem tam znowu zaledwie po miesiącu wznowienia aktywności przerwanej na wiele miesięcy przez niewyleczone rozcięgno podeszwowe. W tym roku wreszcie startowałem na „czysto” z bardzo zadowalającym efektem i życiówką na tym dystansie. ·

W ciągu tygodnia po półmaratonie wystartowałem w dwóch biegach na 10 km. Kwietniowy start w Babicach pozostawił mnie w niedosycie. Dlatego postanowiłem sprawdzić czy uda mi się zawalczyć o jakąś większą prędkość zdopingowany bardzo dobrym wynikiem w Węgorzewie. Pierwszy bieg – „Wegański”, w niedzielę 7 maja był błotno-terenowy i nie dał szans przyspieszenia w stosunku do trasy ulicznej. Drugi trzy dni później, z cyklu GP Żoliborza częściowo przebiegał tą samą terenową trasą co „Wegański”, druga część jednak to już twarde podłoże Bulwarów nad Wisłą. Udało się jednak pobiec zdecydowanie szybciej i odłożyć rekord z Babic do historii. Kolejny sezon „zaniedbałem” rower w okresie zimowo wiosennym. Z ambitnych planów jeżdżenia do pracy nawet w zimie na rowerze nic nie wyszło. Zawsze cis stało na przeszkodzie. Kręciłem trochę na trenażerze. Przyszła wiosna i dalej jakiś nie ciągnęło mnie w trasę. Tym razem jednak istotny wpływ na niechęć w tym kierunku miała seria śmiertelnych wypadków z udziałem rowerzystów. Zdziczenie kierowców doszło do takiego stopnia, że się odechciewa. Nadszedł ostatni weekend przed pierwszymi zawodami tri, a ja nie miałem nawet jednej porządnej jazdy po szosie. Postanowiłem zrobić, chociaż tę jedną 70 km. Efekt- przeszlifowanie asfaltu, liczne otarcia a co najgorsze tak stłuczony bark ze pływanie wykluczone. A za tydzień miałem płynąć 950 m na zawodach.
