Ironman Malbork 9.09.2018

Na ten start czekałem rok.  Jest to oczywiste bo zapisałem się na niego zaraz po ubiegłorocznej edycji która miała miejsce 3 września 2017 r. ale chodzi mi o to w aspekcie „aktywnego” czekania. Miał to być mój najważniejszy  start 2018 ale nawet nie tak jak się to zwykle rozumie wśród startujących,  dzieląc starty na te z kategorii A oraz inne, często o charakterze przygotowawczo- sprawdzającym, lecz miał on domknąć jakiś rozdział w moim życiu. Może to tylko takie myślenie i dopiero po jakimś czasie będzie się można o tym przekonać czy faktycznie domknął, nie mniej jednak myśląc przez wiele miesięcy o zbliżającym się dniu,  kiedy znowu  rozpocznę zmagania z pełnym dystansem Ironmana  w Malborku, tak o tym myślałem. Nieoczekiwana euforia która opanowała mnie po  zawodach w Malborku rok wcześniej,  do których przystępując byłem na etapie „bardzo mi się nie chce i niech będzie co ma być”, pomogła w pierwszych miesiącach przygotowań do kolejnej edycji. W sferze psychicznej bo fizycznie zdecydowanie   przegiąłem i rzucenie się do mocnego trenowania już w pierwszym miesiącu  nie było rozsądne. W miarę upływających kolejnych miesięcy,  moja determinacja jednak słabła i już na początku lata marzyłem aby ten Malbork nadszedł jak najszybciej. Ewidentnie starty przestały być takim motywatorem jak w pierwszych latach mojej przygody z triathlonem. Nie mając żadnego określonego reżimu treningowego, mimo wszystko nie czułem się dobrze z tym że „powinienem” bo trzeba się przygotować. Przygotowania też męczyły mnie fizycznie. Często się nad tym zastanawiałem analizując czas poświęcony na aktywność ukierunkowaną na triathlon. Poprzedni sezon był ewidentnie objętościowo mniejszy niż wcześniejsze dwa lata, ale ten rok nie był z kolei objętościowo większy. Albo więc dwa lata różnicy wieku sprawiły że ta sama ilość aktywności była dla mnie bardziej obciążająca niż wcześniej albo moja głowa nie była sobie w stanie poradzić ze zmęczeniem które ciało odczuwało tak samo. Nie mam na to jednoznacznej odpowiedzi i chyba nie będę jej za bardzo poszukiwał. Raczej  spróbuję kolejny rok płynąć z prądem moich bieżących odczuć nie narzucając sobie żadnego konkretnego celu startowego. Nie znaczy to oczywiście że takie cele nie przychodzą mi ciągle do głowy ( i to jednak  przyjmuję za dobrą monetę), ale ponieważ rynek startowy z mojego oglądu stał się zdecydowanie bardziej rynkiem kupującego, niezapisanie się wcześniej na zawody nie przekreśla możliwości w nich udziału – poza wyjątkami które i tak raczej nie są moim pożądanym celem.

Wracając do startu. Zawody, które odbyły się niespełna miesiąc wcześniej w Gołdapi na dystansie ¼ IM  pozostawiły mnie w stanie mieszanym. Z jednej strony poszło dobrze, przede wszystkim byłem w stanie mocno pobiec,  z drugiej ten astronomiczny puls jaki miałem podczas większości czasu,  przypominał mi  ubiegłorocznego Ironmana i gehennę z tym związaną. Poza tym ciągle nie byłem się w stanie wkręcić sensownie w rower. Wiedziałem że przez kilka tygodni po Gołdapi  niewiele już z roweru poprawię ale jednak próbowałem co mogło się skończyć dokładnie odwrotnie. Ponieważ odnosiłem wrażenie że zbyt nisko siedzę, podniosłem sobie siodełko o kilka milimetrów. Po kilku jazdach dopadł mnie ból kolana jaki przydarzył mi się kilka lat wcześniej i wtedy połączyłem go właśnie ze zbyt wysokim siedzeniem i skutkiem tego zbyt wyprostowanej nodze w trakcie kręcenia pedałami w najniższym ich położeniu. Lekko spanikowany wróciłem do poprzednich ustawień a co do bólu mogłem tylko czekać odpuszczając dalsze mocne i długie wyjeżdżenia. Po dwóch tygodniach ból specyficzny ( na bocznej zewnętrznej części kolana) zniknął pozostał jednak w nodze w formie bardziej rozlanej. Miałem nadzieję że dam rade i pojechać i pobiec w Malborku,  no i też że się nie pogłębi do stopnia ewidentnej kontuzji. Po drugiej stronie były cały czas dobre wskazania HRV i pulsu spoczynkowego zapoczątkowane spaniem w hamaku które to kontynuowałem  z kilkudniową przerwą związaną z wyjazdem  na niespełna 10 dni przed zawodami. Ostatnie dwie noce przed zawodami spędzone w hotelu w Malborku też nie w hamaku „zrzuciły’ moje dobre wskazania w otchłań przepaści. Gdyby te wyniki przetłumaczyć wprost to w dniu startu „czułem” się jak po bardzo ciężkim treningu z którego się nie zregenerowałem. Na szczęście tak nie było ale pozostał pewien niepokój czy te wskazania  nie odbiją się na zawodach. Chyba jednak bardziej powinienem pomyśleć o tym na co miałem chyba większy wpływ (choć gdybym się postarał to pewnie i hamak gdzieś bym rozwiesił) a mianowicie przespacerowanie wielu kilometrów po Gdańsku w przeddzień zawodów co nie było  „by the book” wskazane. Pal licho. Czułem jednak w sobie energię i na to postanowiłem postawić nie przejmując się tym wszystkim co już i tak było historią, kiedy o 4.30 rano jadłem śniadanie przed startem w wodzie,  który miał się rozpocząć za półtorej godziny. Pomimo,  iż rzeka była nieprzyjemnie zarośnięta, pozytywny aspekt pływania w niej jest taki że nie da się za bardzo lawirować i przez to zbędnie wydłużać dystans. Trochę jak na basenie choć szerokość toru wielokrotnie większa. Parę razy wpłynąłem w zarośla, przez jakiś czas też obawiałem się kopnięcia ze strony kolesia,  który przed każdym nawrotem przechodził do żabki ale na 3,8 kilometra nie było tego aż tak dużo. Korciło mnie żeby nie sprawdzać czasu pływania,  ale ponieważ nie zamierzałem włączać Garmina na etap kolarski i tak chciałem sprawdzić o której zacznę jechać. W efekcie sprawdziłem wyjście z wody i sygnał jaki po tym przyjąłem do mózgu był neutralny. Szału nie było ale dołować się też nie było czym. Czas jedna godzina 30 minut to 3 minuty gorzej niż w ubiegłym roku ale nie odbierałem go jako słabego. Ważne też było,  że w porównaniu do Gołdapi gdzie duży wysiłek włożyłem w pływanie, tu w Malborku czułem się jak wiele razy wcześniej – lekko skołowany ale nie wstrząśnięty. Strefa zmian poszła mi sprawnie tak jak zakładałem  co było zasługą maksymalnych uproszczeń jakie zastosowałem. Czas w strefie jak na szybkiej połówce a nie na długim dystansie. Wiedziałem też że wiatr nie powinien być mocną przeszkodą w tym roku i rower zacznie się spokojnie nawet przy docelowej zakładanej średniej o jakiej myślałem – 30 km\h. Więcej z mojego roweru nie spodziewałem się wycisnąć niezależnie od marzeń jakie miałem w tym temacie. Rower zacząłem więc w nastroju neutralnym z przewagą jednak optymizmu. Nie byłbym sobą jednak gdybym nie znalazł dziury w całym więc przez jakiś czas rozmyślałem od tym że wreszcie powinienem doświadczyć jakiegoś kapcia na zawodach. Tyle startów i jak do tej pory się nie przytrafił a podejrzanie niskie ciśnienie w przednim kole,  które zauważyłem dwa dni wcześniej przed wyjazdem do Malborka, dawało dodatkowy asumpt takim myślom. Po jakimś czasie utonęły one jednak w konsumpcji. Zamierzałem porządnie się odżywić na rowerze i w tym celu miałem przygotowane dwie bułki z serem camembert, placki ziemniaczane, chałwę, sezamki no i oczywiście żele. Niby na sześć godzin jazdy nie było tego dużo – objętościowo dość skromny lunch ale zjedzenie tego zaabsorbowało 2/3 jazdy. Na pierwszy ogień poszły bułki ale po zjedzeniu pierwszej byłem już prawie pewien że drugiej już w siebie nie wmuszę. I tak się stało. Resztę w zasadzie przyjąłem co dało łącznie sześć żeli, kilka tabletek z węglami, ową kanapkę, placki, kawałek chałwy i jedne sezamki. Nic się na tym rowerze więcej nie wydarzyło ale też nie zaskoczyłem siebie jakąś niespodziewaną mocą. Toczyłem się pomiędzy 28 a 32 km\h zazdroszcząc naprawdę przetaczającym się z hukiem rowerom czasowym,  w niektórych wypadkach  dobrą jedną trzeciej szybciej niż jechałem ja. Trudno,  taki widać mój limit. Na początku ostatniej pętli stawało się dla mnie coraz bardziej oczywiste że przebiję 6 godzin do góry, choć nie powinno to być więcej niż kilka minut a więc ciągle w granicach satysfakcjonującej tolerancji. Zmieszczenie się w 12 godzinach stawało się jednak coraz bardziej zależne od bardzo dobrego biegu w co nie za bardzo wierzyłem że on taki będzie. Cały czas jednak podchodziłem do sprawy optymistycznie – 12 godzin było sobie takim marzeniem ale nawet paręnaście minut dłużej też bym przyjął  z zadowoleniem gdyby bieg nie był porażką typu zeszłego roku  ale sensownym  w miarę biegiem bez zbytniego człapania.

Bieg zacząłem jak zwykle szybciej niż powinienem co jest naturalnym odruchem po zejściu z roweru ale poddałem się wskazaniom Garmina uruchomionego na bieg  i od razu rozpocząłem kontrolę. Oprócz umierania na biegu w ubiegłym roku etap ten był dla mnie najlepszym elementem zawodów ze względu na kibiców. Oczekiwałem podobnych doznań także tym razem i nie zawiodłem się. Kibice w Malborku są ekstra. Zakładałem że pierwsze kilka pętli z sześciu które miałem do pokonania przejdzie gładko jak zwykle zresztą i powinienem zbierać siły mentalne na kolejne. Zagadką oczywiście było na  ile  ale wyłączywszy ostatnią która co do zasady choć najcięższa z uwagi na zbliżającą się metę jest mocno motywująca, w szarej strefie były te pomiędzy drugą i szóstą. Miałem też nadzieję że do momentu pokonania półmaratonu czyli końca 3 pętli powinno być w miarę dobrze. I tak też było,  co prawda już na drugiej połowie tego półmaratonu tempo mi spadło o kilkanaście sekund ale średnia  w połowie całego dystansu była kilka sekund powyżej sześciu minut na kilometr. Gdybym to utrzymał do końca 12 godzin zostałoby złamane. Ale kryzys musi kiedyś przyjść  i tym razem stało się to na 4 pętli na której jeszcze zwolniłem i chyba po raz pierwszy dwie lub trzy strefy  odżywiania pokonałem  na  piechotę. Chyba bym zwolnił bardziej ale rozpoczynając tę pętlę dowiedziałem się od moich Pań że jestem na pierwszym miejscu w swojej kategorii i poczułem się tym „zmuszony”  do większego wysiłku na który głowa już nie miała zbytniej ochoty. Nie chciałem jednak grać w tę grę i mijając znowu moje Panie  pod koniec tej pętli nie dopytywałem się czy dalej utrzymuję pierwszą pozycję a one same też już nic w tym temacie nie przekazały. Jeszcze zanim wcześniej dowiedziałem się że prowadzę, myślałem o tym że w sumie dobrze by było gdyby ktoś był zdecydowanie szybszy  niż moje 12 godzin bo  nie czekałbym do dekoracji i w miarę wcześnie można byłoby wyruszyć z powrotem do domu.  Może gdybym miał w dalszym ciągu  potwierdzenie  że jestem pierwszy,  to  dodało by mi to energii na kolejną przedostatnią pętlę. Brak wiadomości chyba trochę zacząłem interpretować na niekorzyść wyobrażając sobie, że po zwolnieniu tempa ktoś mnie wyprzedził albo jest tego blisko.  I  tak to właśnie na tej przedostatniej pętli,  która była najwolniejsza oglądałem zawodników  którzy mnie wyprzedzali a z wyglądu mogli się w mojej grupie znajdować i kwalifikowałem sobie w głowie  jako tych którzy zrzucili mnie z 1 a być może i z kolejnego  miejsca. Na ostatnią pętlę więc mentalnie szykowałem się jako na luźną. Nie miałem się zamiaru ścigać w trupa  bo wydawało mi się że moje szanse na duże pudło przepadły, wiedziałem też że 12 godzin też już jest poza zasięgiem. W mojej głowie zadomowił się  więc na dobre  nowy limit mieszący się pomiędzy 12.15 i 12.20 i przyjmowałem go z pokorą i zadowoleniem.  Byłoby to ponad pół godziny lepiej niż w ubiegłym roku i w okolicach tego czasu który miałem dwa lata wcześniej w Poznaniu. Byłbym się więc cieszył że „zjazd” możliwości z uwagi na wiek nie nastąpił. Ale nie dane było mi pokonać ostatniej pętli zgodnie z tym planem. Do większego wysiłku zmotywowała mnie córka,  która tuż przed jej rozpoczęciem wykrzyknęła klasyczne „dasz radę” i to opanowało moją  głowę już do końca. Pętla więc została  pokonana z tym nastawieniem i na metę wbiegłem sekundę po czasie 12 godzin i dziewięciu  minut. Fizycznie te 9 minut ponad 12 godzin byłbym pewnie w stanie pobiec szybciej a gdyby ciut lepszy był rower to nawet bym nie musiał,  ale nie ma co gdybać a wynik jest  dla mnie i tak bardzo satysfakcjonujący.  |Miło też było niezmiernie dostać pośrednio przez moje Panie jak i bezpośrednio od kilku osób bardzo pozytywne komentarze na miejscu odnośnie nie tyle nawet mojego osiągnięcia na tych zawodach ale w ogóle w nich uczestnictwa i aktywności  w moim wieku. Jak się w  końcu okazało utrzymałem też pierwsze miejsce w grupie wiekowej  a następny za mną dotarł do mety po 40 minutach więc moje spekulacje o wyprzedzających mnie zawodnikach nijak się miały do rzeczywistości.

Małe podsumowanie. 

W  w 2013 roku po trzech miesiącach  systematycznych ćwiczeń biegowych, udało  mi się przebiec na raz 3 kilometry. Zacząłem gdzieś w październiku tego roku, początkowo bez zadyszki pokonując kilkaset metrów.    W kolejnym roku kontuzja wyłączyła mnie na 11 miesięcy z biegania. Odkryłem jednak w międzyczasie triathlon. Od tego czasu ukończyłem trzy razy triathlon dystans Ironman,  sześć razy triathlon dystans 1/2 Ironman. trzy razy triathlon dystans olimpijski, pięć razy triathlon dystans 1/4 Ironman,jeden ultramaraton, cztery maratony , pięć półmaratonów i różne zawody  na 10 i 5 km.

Zaczynałem mając 53 lata . Chyba można.