
Jest to dosyć powszechne odczucie, że kiedy kończy się jakieś zawody, to niezależnie jak ciężkie by były i ile razy w ich trakcie, człowiek obiecywałby sobie że nigdy więcej, zaraz po ukończeniu zaczyna planować następne. W ubiegłym roku po Ironman w Malborku, który był „ukoronowaniem” wymęczonego sezonu, natychmiast zapisałem się na te zawody ponownie. Umiaru wystarczyło mi na tyle że w tym sezonie byłby tylko trzy zawody triathlonowe oraz poprzedzający je maraton na wiosnę. Perspektywa Ironmana we wrześniu, przez cały poprzedzający go okres trzymała mnie w „reżimie treningowym” niezależnie od tego że jak zwykle nie miałem żadnego ustrukturyzowanego treningu. Wraz z upływem czasu coraz bardziej dochodziło do mnie jak różnie się czuję w stanie trenowania od tego jak było na „samym początku” choć nie tak znowu dawno temu. Pomimo iż treningi statystycznie rzecz biorąc nie były objętościowo oszałamiające – wychodziło jakieś 7 godzin tygodniowo, to na ogół czułem się po nich zmęczony. Pewnie wiek robi swoje a może skumulowane zmęczenie z pięciu lat w ciągu których sporo jednak było rożnych startów. Kiedy zaczynałem na dobre się ruszać, aktywność fizyczna dawała mi przysłowiowego kopa i każdego ranka po przebiegnięciu czy przejechaniu swoich kilometrów czułem się pełen energii do działania. Niekoniecznie tak jednak było w dni „basenowe”. Pływanie zawsze „wysysało” ze mnie więcej energii niż jej dodawało. W ostatnich dwóch latach jednak podobnie zacząłem odczuwać pozostałe aktywności. Nie wszystkie ale coraz więcej. Nie wiem na ile zmęczone było ciało a na ile przemęczona głowa ale efekt był taki że po treningu odczuwałem na ogół zmęczenie często mające wpływ na moje pozostałe aktywności. Niby nic w tym nadzwyczaj dziwnego jak to raportują też inni bawiący się w sport, ale jakoś w sposób nawarstwiający stawiało to przede mną pytanie czy tak właśnie chcę. Jak wielu „kanapowców” wstałem z niej poszukując utraty wagi i sprawności fizycznej na poziomie młodszych lat z której po latach niewiele już pozostało. Wkręciwszy się w starty na zawodach, doszły jednak też inne cele, przede wszystkim poprawa tej sprawności mierzona rezultatami. Każdy amator startujący w zawodach myśli o tym niezależnie jakby się tego przed sobą lub innymi wypierał. Startowanie dla samej motywacji może mieć jakiś sens ale z drugiej strony może być w pewnym momencie nieproduktywne kiedy wyjście na trening zaczyna się bardziej kojarzyć z koniecznością niż przyjemnością bądź nawet rutyną . Po zakończeniu tegorocznego sezonu startowego a tak naprawdę jeszcze przed jego ostatnim akcentem, targały mną sprzeczne odczucia. Z jednej strony mówiłem sobie czas na odpoczynek i kolejny rok powinien być właśnie takim odpoczynkowym, z drugiej chodziły mi po głowie nowe wyzwania, z podwójnym Ironmanem na czele. W trakcie owych rozterek zamieniłem go na triathlon na krótszym dystansie ale bardziej hardkorowy, górski itp. Na przeciwnym biegunie stało kilka startów na najkrótszych dystansach tak aby „podtrzymać” swoje zaangażowanie w triathlon. I tak sobie w myślach dywagowałem tygodniami w między czasie skupiając się na tym co zaniedbywałem przez ostatnie lata a którego to zaniedbania ze względu na wiek robić nie powinienem. Mianowicie na treningu siłowym. Tak szybko jak się na nim skupiłem tak szybko jednak też zmieniłem swoje podejście i odłożywszy wzmacnianie siły na późniejsze miesiące zimowe, zacząłem mocno inwestować czas w mobilność, elastyczność i prawidłową postawę. Jako że nie zmieniłem swojego nawyku poświęcania czasu na aktywność fizyczną z samego rana, ćwiczenia moblilności praktycznie wyeliminowały bieganie w ciągu kilku tygodni . Dodatkowym powodem dla którego przestałem regularnie biegać była choroba która się przydarzyła po drodze. Tak czy owak obudziłem się niedawno ze świadomością że ponad miesiąc już praktycznie nie biegam i „najgorsze” w tej świadomości było to że wcale się z tym źle nie czuję. Pewnie z uwagi na wyjątkowo ciepłą jesień po raz pierwszy w tym roku udało mi się z kolei pociągnąć przez trzy tygodnie projekt jesiennego przemieszczania się do pracy na rowerze do którego przymierzałem się z niepowodzeniem przez ostatnie dwa lata. Pływanie jakoś się sprowadziło do 1,5 raza średnio na dwa tygodnie. I po raz pierwszy od wielu miesięcy a może i nawet dwóch lat poczułem że to co robię nie odkłada się w postaci permanentnego zmęczenia. W związku z tym po trzech miesiącach od ukończenia Ironmana moja sytuacja się ustabilizowała. Usunąłem z planów na następny rok pomysły na długie dystanse czy to biegowe czy triathlonowe. Jeżeli coś dłuższego zrobię to nie na zawodach a tylko we własnym towarzystwie typu długa wycieczka na rowerze lub bieg przełajowy. Do wiosny skupię się na sile i mobilności albo odwrotnie, na rowerze będę jeździł ile się da w tym sezonie do pracy a co do biegania to poczekam aż mi się naprawdę zachce. Ponieważ do pływania na basenie potrzebne mi jest przemieszczanie się samochodem bo łączenie tego z dojazdem rowerem zabierałoby mi za dużo czasu to pływać będę wykorzystując te okazje kiedy muszę wziąć samochód do miasta. Co do startów to zaplanowałem sobie same krótkie i mam nadzieję że ten przyszły sezon da mi zarówno frajdę jak i wzmocnienie organizmu oraz psychiczną i fizyczną podbudowę do kolejnego sezonu w którym może powrócą pomysły na długie dystanse które jak od tej pory były najbardziej upodlająco-motywujące jak we wstępie do tego co powyżej.