
Zawody na dystansie 1/4 IM w Gołdapi traktowałem w szczególny sposób. Z jednej strony na niespełna miesiąc przed pełnym Ironmanem w Malborku, Gołdap miał być startem testowym. Z drugiej w Gołdapi moja przygoda z triathlonem rozpoczęła się na tym dystansie cztery lata wcześniej i ten kolejny start traktowałem jako zamknięcie pewnego cyklu, tym bardziej że po Malborku planowałem odpoczynek od triathlonu. Założyłem więc że w Gołdapi powalczę i będę cisnął, oraz że zrobię wszystko żeby nie odpuścić na biegu. Zanim jednak doszło do zawodów, ostatnie kilka poprzedzających je tygodni, przyniosło sporą niespodziankę. Od ponad roku monitorowałem sobie HRV oraz puls spoczynkowy z samego rana. Jeśli chodzi o ten ostatni to pomiary robiłem jeszcze w dłuższym okresie czasu. Na miesiąc przed startem w Gołdapi wróciłem do pomysłu spania w hamaku, będącego zupełnie bez związku z treningami. Ku mojemu zdziwieniu od pierwszej nocy spędzonej w hamaku zanotowałem znaczny spadek spoczynkowego pulsu i znaczny wzrost HRV, w obydwu wypadkach w okolicach 10 i więcej procent. Było tak w dzień w dzień, więc nie mogę tego wiązać z niczym innym ponieważ w tym czasie normalnie się ruszałem tak jak wcześniej. Pomiarów dokonywałem na dwóch różnych aplikacjach przy czym w pierwszym przypadku w pozycji leżącej używając kamery telefonu, w drugim na siedząco z pulsometrem na klatce piersiowej. I tu i tu zanotowałem wyraźnie taki sam efekt. Nie udało mi się znaleźć w Internecie jakiegokolwiek opisu wskazującego na związek spania w hamaku na któryś z mierzonych parametrów. Tak samo nic konkretnego nie znalazłem odnośnie wpływu na nie spania na dworze. Zamierzam jednak sprawdzić czy efekt się utrzyma po zamianie hamaka na materac na zewnątrz w namiocie. Gdyby tak było to oznaczałoby to że mój organizm nie lubi spać w pomieszczeniach albo bardziej oględnie, woli spać na zewnątrz. Oprócz opisanych różnic w parametrach „sercowych”, spanie w hamaku wpłynęło na zwiększenie długości snu głębokiego według mojej aplikacji Garmin, pomimo tego że sen odczuwam jako płytszy i bardziej przerywany, zarówno z powodu otoczenia i odgłosów jak i zmiany pozycji która nie „daje się” co do zasady wykonać bezwiednie tak jak w przypadku spania w łóżku. Wreszcie i to jedyny póki co mankament w większości wypadków wybudzam się mniej więcej w połowie cyklu spania z powodu parcia na pęcherz i konieczności udania się do łazienki co mi się prawie nie zdarza w przypadku spania w łóżku. Nad ranem też często mnie wybudza niższa temperatura. Pomimo tych wszystkich wybudzeń, czuję się wyspany i nie odczuwam żadnych dolegliwości z powodu pozycji. Ta zresztą ewoluuje. Jako zwolennik spania na boku na początku ciężko mi było w hamaku tak spać bo raczej wymusza on spanie na wznak. Nawet się z tego cieszyłem że udaje mi się spać w takiej pozycji ale przyzwyczajenie zwyciężyło i coraz więcej śpię na boku, co da się w hamaku wykonać mając trochę wprawy. Zastanawiałem się jak te wszystkie nowe doświadczenia i efekty wpłyną na start i formę w trakcie zawodów. I chyba nie wpłynęły albo nie byłem w stanie tego zidentyfikować. Jak zamierzyłem tak zrobiłem. Cisnąłemw Gołdapi od samego startu i chyba po raz pierwszy też na etapie pływackim. Robiąc jak zwykle w obawie o skopanie większy dystans, wynik pływania miałem zdecydowanie lepszy niż dwa miesiące wcześniej w Starogardzie, ale czułem porządnie to pływanie i kiedy wsiadłem na rower mój puls dał o tym mocny sygnał. Nie zwracałem jednak na to uwagi skupiając się tylko na odczuciach i prędkości. Bardzo ciężko było utrzymać przeciętną powyżej 30 km\h. Niestety wiatr na niektórych odcinkach był bardzo mocny. Nie odpuszczałem jednak i pomimo tego że nie spełniłem swoich oczekiwań co do średniej prędkości, wyszło nieźle.

Na biegu wogóle już nie patrzyłem na puls i starałem się biec założonym tempem od początku do końca. Ostatnie półtora kilometra było już pójściem na całość i na szczęście nie przypłaciłem tego żadną bombą. Ta jak się okazało byłaby jak najbardziej „uzasadniona”. Na puls spojrzałem po zawodach i okazało się że na rowerze dochodził do 200 uderzeń a na biegu po 6 kilometrze przekroczył nawet ten sufit i dochodził do 21, co normalnie książkowo oznaczałoby że spory dystans na rowerze i połowę dystansu na biegu przebiegłem martwy. Wewnętrzny sarkazm nakazał mi stwierdzić że oto mój puls wziął odwet za hamak i ten zaskakująco niski spoczynkowy przemienił w zaskakująco wysoki podczas zawodów. Ale pozwoliło to też na uporanie się z ciągnącym się od ubiegłorocznego Ironmana w Malborku przeświadczeniem że puls powyżej 200 który wtedy mnie dopadł na biegu muszę potraktować jako zamknięty semafor. Oczywiście to że przebiegłem tak 4 kilometry nie oznacza że przebiegnę jakiś większy kawałek podczas maratonu. Nigdy na żadnym biegu pojedyńczym takie wartości mnie nie dopadały. Nie wiem co to wszystko oznacza ale ugruntowuję się w „robieniu’ zawodów bardziej na samopoczucie niż wskazania pulsu.