
Po prawie dziesięciu latach w miarę regularnych kąpieli w zimnej wodzie postanowiłem odstawić te praktyki. Jak pewnie dla wielu, wiedza o korzystnym wpływie morsowania dotarła do mnie z sieci. Przy czym było to znacznie wcześniej zanim boom na morsowanie zaczął się na dobre w Polsce kilka lat temu. Pierwszą moją „lodową studnią” był duży pojemnik na odpady. Ci którzy o nim słyszeli śmiali się bądź pukali w czoło. Jak się później jednak dowiedziałem nie byłem wyjątkiem w stosowaniu tego rozwiązania. Dopóki miałem miejsce na niezagospodarowanym przydomowym terenie, zakopywałem do połowy ten pojemnik w ziemi co pomagało unikać zamarzania całej wody. Później z kolei pojemnik sprawdził się ze względu na kółka i w duże mrozy mogłem go wciągać do garażu żeby ochronić wodę przed całkowitym zamarznięciem. Kiedy miałem okazje zanurzałem się też w rzekach czy jeziorach.

To strona techniczna. Natomiast w kwestiach odczuć i zdrowotnej to wyglądało następująco.
Nigdy nie byłem fanem pływania w zimnej wodzie ani siedzenia w niej dla fanu. Jednak przemawiało do mnie to co twierdzi się naokoło odnośnie pozytywnego wpływu morsowania na zdrowie. Do tego oczywiście dochodzi cała historia Wima Hoffa i przekazy jego wyznawców. Szczerze mówiąc nie wiem co mi dawały dla zdrowia te praktyki. Nigdy za często się nie przeziębiałem nawet nie morsując i nie dopadały mnie anginy – średnio raz na 1,5 roku. To się nie zmieniło. Z kolei w sferze odczuć to niewątpliwie wejście do lodowatej wody na parę minut daje kopa większego niż poranna kawa. Dla mnie też nie było to „handlem” pomiędzy cierpieniem przebywania w lodowatej wodzie w zamian za świetne samopoczucie po. Nie cierpię siedząc w wodzie czy to 2 minuty czy 5 czy nawet kilkanaście ( robiąc to regularnie). Cierpienie przychodzi później. Po wyjściu z wody przez paręnaście minut jest super. Jasność umysłu, energia itp. Natomiast zawsze mam problem z tak zwanym efektem „after drop” kiedy to zimna krew z rąk i nóg zaczyna docierać do korpusu i zaczyna się odczuwanie zimna przez wiele minut a nawet godzin w zależności od tego ile w tej wodzie siedziałem. Próbowałem wielu sposobów aby ograniczyć ten efekt. Nakładanie wielu warstw ubrań, picie ciepłych napoi, różne dedykowane i niededykowane ćwiczenia fizyczne i wreszcie sauna. Tylko ostanie dwa sposoby pozwalały ograniczyć ten efekt. W sumie jednak w moim przypadku morsowanie równało się minuty fajne, godziny niefajne. Gorsze jednak jeszcze było to co wydaje mi się efektem narastającym w czasie. Wiele można przeczytać o zwiększeniu tolerancji na niskie temperatury jako efekcie morsowania. U mnie było odwrotnie. Tak jak wspomniałem o ile siedzenie coraz dłużej w lodowatej wodzie z pewnością jest efektem większej tolerancji ale jak u mnie tylko w tym aspekcie. Przez ostatnie kilka lat coraz gorzej tolerowałem chłód i to na wielu poziomach. Doszło do tego że praktycznie nie rozstaję się w pomieszczeniach zamkniętych z puchówką przez większą cześć roku. Do tego coraz mniejsza niższa temperatura powoduje że marzną mi dłonie. Kiedyś jazda na nartach w „normalnych” warstwach ubrania nie sprawiała mi problemu nawet w mroźne zimy. Teraz cierpię już w temperaturze lekko poniżej zera. Wiele razy po przebywaniu w zimnej wodzie ( dotyczy to też zimnych prysznicy które regularnie brałem) moje palce u rąk stawały się białe na kilka godzin. Szukałem przez wiele miesięcy odpowiedzi na moje problemy w miejscach w których ludzie wypowiadają się na temat morsowania. Niestety nie znalazłem , oprócz wskazania indywidualnych problemów zdrowotnych ( z krążeniem itd. ). Może to prawda ale tez prawdą jest że kiedy robiłem dłuższe przerwy w morsowaniu moja codzienna wrażliwość na zimno spadała = wzrastała na nie tolerancja. Przez ostatnie trzy lata przyglądałem się temu szczególnie, naprzemiennie przez kilka tygodni morsując i robiąc sobie przerwy.