
Jak już rozpocząłem serię wpisów o moich porażkach, „żal’ ją przerwać, tym bardziej że materiał aż wylewa się przez ręce. Moje zmagania z rozcięgnem podeszwowym trwają już paręnaście miesięcy. Niby dawało się truchtać a nawet trochę biegać ale na bardzo niskim poziomie i w sumie bez większej satysfakcji. Niezależnie od tego co mogłem tu i ówdzie usłyszeć że jak się biegać da choć boli to biegać trza, moja dawna motywacja kiedy to z wlokącą się kontuzją zapisywałem się i startowałem w kolejnych zawodach zgasła a coraz bardziej do głosu dochodzi konkluzja że przyjemność okraszona tego typu problemem przyjemnością być przestaje. Pozostała jednak pewna determinacja, w związku z tym i plan na bieganie był cały czas i kolejne i kolejne próby, na tyle jednak „rozsądne” aby nie wchodzić w na wyższe stopnie problemu ze stopą. Zimę więc trochę przytruchtałem ale już w okolicach lutego definitywnie odrzuciłem plan na maraton w kwietniu w Rotterdamie. Na osłodę zapisałem się na lokalną Dziesiątkę Babicką co też mogło być balansowaniem na krawędzi ryzyka bo jak do tej pory ograniczałem dystans do 5 km biegając wolno i nie często ( w przeciwieństwie do sraczki która jak wiadomo jest rzadka i częsta). Dziesiątka babicka to jednak moja kultowo-nostalgiczna impreza więc postanowiłem jednak wystartować. Stopniowo zwiększałem dystans i trochę intensywność ale nie zakładałem nawet zbliżania się do starych rekordów. Po cichu myślałem że 55 minut byłoby nice i nie byłbym z takim wynikiem totalnym outsiderem w mojej grupie wiekowej. Aby jednak tak pobiec musiałbym to zrobić tempem jakiego nie używałem od prawie trzech lat bo używałem o minutę co najmniej wolniejsze no i dać sobie z tym radę przez całe dziesięć kilometrów. Nie zamierzałem się forsować w tym celu z powodów jak wyżej więc było to bardzo cicho myślane , prawie niesłyszalnie.

No ale udało się. Mimo wszystko ogólna wydajność jednak gdzieś tam sobie na tyle przetrwała w moim organizmie że dycha w 52.45 bo tyle mi to zabrało, nie sponiewierała mnie praktycznie wcale a i stopa dała radę nie dając większego odczucia bólu niż zwykły, codzienny i znośny choć nieznośny zarazem. Ten start był więc moim nowym otwarciem pozytywnego myślenia o bieganiu dalej. Wkrótce później pojawiła się okazja pojeździć na rowerze bo przecudownych drogach rowerowych w Holandii więc to zrobiłem ( ponad 600km), utrzymując bieganie w ryzach choć już powoli myślałem o tym że może jednak lato będzie jakimś biegowym sezonem choćby na dystansach ¼ Ironman w triathlonie ( no bo tempo niższe z założenia niż na biegach solo) a jakby się dało to może na jesieni i ½ by się udała.
Pod sam koniec mojego pobytu w Holandii, ostatniego dnia przed wyjazdem na rano zaplanowałem trochę siłowni a popołudniu miałem sobie pobiec niespiesznie koło 10 kilometrów żegnając się z tamtejszymi pięknymi ścieżkami biegowymi. Mój plan a głównie jego druga cześć został brutalnie przerwany. Prawie na koniec pobytu w siłowni udało mi się zrzucić 15kg talerz kantem na stopę u nasady dużego palca. Jeszcze w pierwszych chwilach po zdjęciu buta i spojrzeniu na stopę ( palec dalej był do niej przytwierdzony) pomyślałem że dam radę i doćwiczyć i po południu pobiec- adrenalina zadziałała. Na szczęście włączyło się też myślenie i konstatacja że w do owej siłowni dotarłem na rolkach ( 2km) i za chwilę mogę nie być w stanie nawet tych rolek założyć. Więc skupiłem się na powrocie do mieszkania gdzie dopiero moja stopa pokazała stopień zniszczenia. Nie chcę tu nim epatować bo samemu mi się robi niedobrze. Minęły już trzy tygodnie. Palec jeszcze się nie zrósł, krew już się nie leje, czekam na zejście paznokcia. Do biegania w każdym zakresie nie wiadomo ile jeszcze zostało ale z mojego biegowego sezonu znowu nici.