
Maraton Warszawski pozostawił mnie z tyloma oznakami biegowego upodlenia że nawet nie zwróciłem za bardzo uwagi na ból w kolanie jaki się pojawił pod koniec biegu. Ot, jeden z takich bólów które się przydarzają na długim dystansie. Przypomniałem sobie o nim dopiero parę tygodni później podczas Maratonu Kampinoskiego. Tym razem już nie zakwalifikowałem go jako dolegliwość przechodzącą kilka dnia po biegu. Nie było to zbyt trudne i odkrywcze, kolano po prostu nie przestawało boleć. W normalnym użytkowaniu nic się nie działo ale jak tylko zacząłem truchtać po kilku kilometrach ból się pojawiał. Tymczasem zbliżał się termin Biegu Niepodległości na który się zapisałem z czysto socjalno-rodzinnych powodów i dlatego był to ważny bieg. Chciałem pobiec z synem i wnukiem ( wnuk w wózku). Ten układ zresztą częściowo uśpił moje obawy o kolano. Wolniejsze tempo z uwagi na wózek dawało poczucie że wysiłek będzie mniejszy i obciążenie kolana też. Trochę jednak niepokoił mnie fakt, iż każda próba pobiegnięcia niezależnie od mijających od maratonu dni kończyła się tym samym. Na parę dni przed Biegiem Niepodległości najdłuższy dystans bez wyraźnego bólu kolana jaki osiągnąłem to 5 km. Brakowało drugie tyle. Tymczasem okazało się że wnuk najprawdopodobniej „ nie pobiegnie” więc odpadł też wózek. Nie mniej jednak syn zasadził się na wynik sub 50 minut co zinterpretowałem jako 50 minut bez sekund. To dalej nie wskazywało że się będę zarzynał. Ostatecznie zdecydowałem – biegnę a jak będzie naprawdę źle z nogą to się zatrzymam. Ale mimo wszystko myślami byłem na mecie z Maćkiem. Rozpoczęliśmy tempem w miarę zgodnym z zakładanym ciut poniżej 50 i po kilometrze, dwóch oderwałem się od tempa pulsu itp. Biegłem za Maćkiem i plan był prosty aby trzymać się razem i tak też wbiec na metę. Zgodnie z przedstartowymi wskazaniami, ból kolana pojawił się w okolicach piątego, szóstego kilometra. Czułem jednak że tempo które było zdecydowanie wyższe niż ostatnio biegane, i pewnie samo wydarzenie tłumią przykre odczucia związane z kontuzją. Bolało ale skupiałem się coraz bardziej na czymś innym. Maciek zaczął wyraźnie przyspieszać i to już było dla mnie wyzwaniem. Wszystkie moje dotychczasowe doświadczenia wskazywały że najlepiej się czuję biegnąc równym tempem od początku do końca. Zwalnianie to przymus więc nawet jeśli bezpośrednio pomaga to i tak towarzyszy temu dyskomfort. Nawet podczas tych biegów kiedy zdarzało mi się zwalniać do marszu, kiedy zaczynałem biec ponownie, w sposób naturalny wracałem do wcześniejszego równego tempa. Przyśpieszanie z kolei to już bez dwóch zdań sprawa problematyczna. Nie „wchodzi” mi koncepcja „negative split” ( przyśpieszenie w drugiej fazie biegu) i to raczej nie moja bajka. Zależało mi jednak na tej wspólnej mecie z Maćkiem – w końcu po to startowałem. Kiedy zostało 2 kilometry do mety podjąłem jednak decyzję że odpuszczam. Widziałem że Maciek rwie się do przodu ale lojalnie spogląda czy nadążam. Niech robi tą swoją życiówkę, pomyślałem i dałem mu sygnał żeby pędził do przodu. I popędził. Na ostatnim kilometrze pobiegł szybciej o minutę- to już raczej nie moja bajka. Ale w sumie nie byłem niezadowolony choć czułem wyraźnie że czeka mnie pokuta. Zanim to jednak nastąpiło dobiłem swoje kolano maszerując w marszu KOD-u a nad ranem następnego dnia próby przekręcania się z boku na bok wybudzały mnie i stawiały na baczność- bolało jak cholera.