

Ostatni zaplanowany start w tym roku przypadł na początku września w Malborku. Pełen dystans Ironmana- ukoronowanie kilku lat przygotowań. Choć to poniekąd ukoronowanie bis. Ironman zaplanowany został na termin rok wcześniejszy w Poznaniu. I nawet się odbył, tyle tylko że organizatorzy skrócili pływanie o kilkaset metrów, pozostawiając mnie z tym niepełnym dystansem. W ubiegłym roku kiedy zapisywałem się na start do Malborka, moja motywacja była związana z poznańską niedoróbką ale w takim sensie że traktowałem ponowny start na dystansie Ironman jako excuse dla kontynuacji zabawy w triathlon i ewentualne odpychanie zaczepek typu – no przecież już osiągnąłeś to co chciałeś, może już byś dał spokój. Przez rok zmieniło się to jednak diametralnie. Start w Malborku stał się ciężkim dla psychiki „obowiązkiem”. Brak motywacji jaki mnie dopadł prawie na początku sezonu, zdecydowanie mniejsze przygotowania, zbyt dużo wcześniejszych startów w poprzedzających miesiącach, nie wróżyły nic dobrego. Z drugiej strony chyba pozbawiły mnie przedstartowego stresu. Nie uda się to się nie uda. Z trzeciej strony, gdzieś tam po cichu chciałem aby ten Malbork był „tak dobry” albo lepszy niż Poznań. Podstawy do tego były. Dwa poprzedzające starty na połowie dystansu IM były czasowo zdecydowanie lepsze od wcześniejszych i wskazywały na możliwość ukończenia zawodów w Malborku z czasem porównywalnym do Poznania pomimo dłuższego pływania. Osiągnięcie takiego rezultatu „pasowałoby” do całego sezonu- rekord życiowy na 10 km biegu i w półmaratonie i rekord na dystansie 1/2 IM. Powzięte już jak mi się wydawało pewne postanowienie o odpuszczeniu startów w 2018 roku ( no może poza okazjonalnym) lepiej dawało się osadzić w skwitowaniu roku 2017 jako kolejnego roku „sukcesów” startowych.
Z tym całym „bagażem’ wyruszyłem w sobotę 2 września do Malborka. Pogoda była paskudna. Deszcz wiatr i temperatura w okolicach 15 stopni. Poprzednie dwa tygodnie spędziłem w Chorwacji z dwa razy wyższą. Ale taka temperatura nie jest co do zasady moim wrogiem na zawodach. Wolę ją zdecydowanie bardziej niż upał. Trochę się tylko obawiałem czy obiektywnie się nie wyziębię i nie do końca byłem pewien jak się ubrać. Chyba pierwszym elementem całego pakietu dobrych wspomnień ze startu w Malborku, była zapowiedź że w hotelu w którym mieliśmy spędzić noc poprzedzającą zawody w sposób specjalny traktuje się przebywających tam triathlonistów. Zaoferowano możliwość zjedzenia śniadania już o 4.30 rano. Nie mogłem w to uwierzyć. Naładowany energią wynikającą z tej wiadomości, poszedłem odebrać pakiet startowy i wstawić rower do strefy zmian. Popatrzyłem sobie też na rzekę w której następnego ranka miałem płynąć 3,8 kilometra. Leniwie płynąca u podnóża zamku, była trochę ponura ale jednocześnie spływał na nią majestat potężnych murów zamkowych. Jako że w dalszym ciągu nie byłem tripozytywnie nastawiony, postanowiłem nie iść na odprawę techniczną przed startem ani na pasta party. Po rozczarowaniach na zawodach w Suszu gdzie spodziewałem się spędzić wieczór przedstartowy socjalizując się ze znajomymi, z czego nic nie wyszło, nie nastawiałem się na nic w Malborku. Resztę wieczoru spędziłem z rodziną najpierw w rekomendowanej knajpie a później na spacerze z powrotem do hotelu.
Spałem nieźle i obudziłem się jak zwykle przed nastawionym w budziku alarmem. Ponieważ tym razem wraz z rowerem zostawiłem już w strefie zmian cały prowiant ( nie było obawy że picie się zagrzeje), upewniłem się tylko czy zabieram podstawowy ( poza rowerem) rynsztunek startowy. Dołożyłem do worka jakąś uzupełniającą garderobę i po śniadaniu które zaserwowano zgodnie z obietnicą o 4.30 oraz kilometrowym spacerze, znalazłem się w centrum wydarzeń. Byłem na tyle wcześnie że spokojnie mógłbym zrobić pływacką rozgrzewkę ale wchodzenie po piątej rano do burej wody rzeki Nogat, nie stanowiło atrakcji. Jeśli będzie zimno w wodzie ( temperatura 17 stopni) to nie zamierzałem rozpoczynać cierpienia wcześniej niż to konieczne. Tak więc w wodzie znalazłem się dopiero po sygnale wejścia. O dziwo nie było tak źle pomimo że przez ostatnie kilkanaście dni pluskałem się w ciepłym Adriatyku. Skupiłem się na wyborze miejsca startowego które dawało jakąś nadzieję że tuż po starcie nie nadzieję się na czyjąś miotającą się nogę czy rękę. Prawie się udało nie licząc drobnych obcierek i uderzeń które są nieuniknione. Niestety moje „szczęście” do żabkarzy i tym razem dało o sobie znać. W pobliżu mnie płynął najgorszy typ pływaka „kraulo-żabkarz”. Z takim nigdy nie wiadomo kiedy zmieni styl i płyniecie w jego pobliżu zwiększa istotnie ryzyko że zostanie się skopanym. Jego mieszany styl był na tyle szybki że przez trzy pętle cały czas musiałem uważać. Dopiero na ostatniej udało mi się go na tyle zostawić w tyle, że opanował mnie psychiczny luz i mogłem skoncentrować się na technice. Ta pętla była więc moją najszybszą a przynajmniej relatywnie najszybszą ponieważ dogoniłem sporą grupę. Czas ukończenia był dla mnie bardzo satysfakcjonujący. Utrzymałem tempo z połowy dystansu na wcześniejszych zawodach. Zaczęło to budzić we mnie skryte oczekiwania na zamknięcie całości w 12 godzinach. Szbko się jednak przekonałem że będzie to niemożliwe.
Już pierwsze kilkaset metrów na rowerze pokazało że przyjdzie się zmierzyć z najgorszym z mojego punktu widzenie wrogiem jakim jest wiatr. Za każdym razem kiedy doświadczyłem jazdy pod wiatr nie byłem w stanie się przez niego przebić. Próbowanie tego teraz na początku 180 kilometrów jazdy byłaby fatalnym pomysłem. Postanowiłem jechać tyle ile się uda. Problem był jednak taki że udawało się niewiele, maksymalnie 26 km na godzinę. Po nawrocie na 23 kilometrze, była nadzieja na odrobienie i rzeczywiści prędkość wzrosła. Po pętli miałem trochę powyżej 29 km na godzinę co nie byłoby jeszcze bardzo źle z punktu widzenia moich rozbudzonych oczekiwań. Poza tym na pierwszej pętli wyprzedziłem sporo osób więc wydawało mi się że jestem dość mocny. Niestety z każdą następną pętlą moja prędkość spadała i na przedostatniej zacząłem być już wyprzedzany przez tych których ja wcześniej wyprzedziłem. Przyszło zwątpienie. Czułem się zmęczony ale w odróżnieniu od wcześniejszych startów temu zmęczeniu towarzyszyła bardzo mocna senność. Tak jakbym był niewyspany do było nie prawdą, chyba że w jakiś sposób mój organizm odreagowywał fakt że w związku z podróżą z Chorwacji, dwie noce wcześniej położyłem się o 2 w nocy zamiast standardowej 22-23. Odpędzałem od siebie myśli o tym żeby przerwać to co zaczynało być już niezłą męką. Prędkość na odcinku pod wiatr spadała nawet poniżej 20 km na godzinę i przed oczami stanęło mi całe nieprzygotowanie. Nie ma siły żeby przejechać dobrze 180 km przygotowując się tak jak to zrobiłem. W ubiegłym sezonie nie przejechałem zbyt dużo – razem z zawodami ok. 2000 km. W tym o 1/3 mniej. W ubiegłym sezonie kilka razy pojechałem powyżej 100 km. W tym zero. Tylko trzy razy na zawodach po 90 km i raz ze 60. Poza tym jeździłem głownie do pracy 25 km w jedną stronę. Nie ma co płakać nad wylanym mlekiem. Byleby jednak nie stanąć zupełnie. Ostatnie 23 km pod wiatr to już była katorga. Ale dobrnąłem i po nawrocie nawet udało mi się przejechać przyzwoicie z powrotem i do mety. Średnia z całości 28 kilometrów na godzinę zostawiła mi na maraton niecałe 4 godziny gdybym wciąż myślał o zamknięciu całości w 12 godzinach. Nie myślałem.
Oprócz wcześniejszych dobrych doświadczeń z marszobiegiem w Suszu i w Gołdapi nie miałem żadnego pomysłu na bieg w Malborku. W poprzednich startach przyjąłem zasadę marszu w okolicach strefy żywieniowej i „schładzania” pulsu do rozsądnych wartości przed przejściem do biegu. W Malborku drugi element już po pierwszych kilku kilometrach się rozsypał. Nagle puls skoczył mi do 220 i to mnie wystraszyło. Potem poszybował jeszcze bardziej Przez dobre paręnaście minut obserwowałem co się dzieje – spadał kiedy zwalniałem ale wciąż odczyt był niebotyczny. Na odcinku rowerowym miałem opaskę na klatkę piersiową którą miałem zastąpić opaską na ręku ( tę ostatnią oszczędzałem na maraton ze względu na baterię) ale stwierdziłem że w niej pobiegnę. Ponieważ miała nową baterię nie zakładałem że się popsuła kiedy odczyty zaczęły być kosmiczne, tym bardziej że dopiero co ukończony rower wskazywała sensownie. Po jakimś czasie uruchomiłem opaskę ręczną i ewidentnie okazało się że się rozjeżdżają. Pozbyłem się więc pierwszej z nich ale nie czułem się komfortowo. Trzymałem się wskazań pulsometru z uwagi na doświadczenia z wielu poprzednich biegów. Nie chciałem dopuścić aby mój puls w pierwszych fazach biegu był zbyt wysoki. Po perypetiach z pulsometrem które zajęły mi prawie 1/4 dystansu, zacząłem wdrażać ustrukturyzowanego Gallowey’a czyli marszobieg. Zmęczenie już jednak tak dawało o sobie znać że jakoś tam wyznaczone tempo pomiędzy maratonem z IM w Poznaniu który przebiegłem w czasie 4.25 i maratonem warszawskim 3.59, przechylało się zdecydowanie w kierunku tego wolniejszego. Z każdym odcinkiem kolejnych 5 kilometrów spadało jeszcze bardziej. Znowu z doświadczenia wiedziałem że najbardziej krytyczna będzie przedostatnia 3 pętla. Była zdecydowanie wolniejsza niż druga ale mam wrażenie że sobie ten bieg trochę odpuściłem. Po raz drugi pojawił się problem z pulsometrem. Kolejny zaczął pokazywać że wchodzę w okolice maksymalnego a ponieważ było to już po 25 kilometrze i czułem się zmęczony znowu byłem skłonny mu uwierzyć. O zmieszczeniu się w 12 godzinach zapomniałem już na starcie do biegu ale przez jakiś czas jeszcze myślałem o 12.30. Kiedy już to przestało wchodzić w grę, chyba odpuściłem zupełnie. Przez pewien czas miałem nawet myśli że mogę się nie zmieścić w 13 godzinach, które zazwyczaj przychodziły kiedy maszerowałem i walczyłem z niechęcią do dalszego biegu, spekulując kiedy bym ukończył idąc cały pozostały odcinek. Na początku ostatniej pętli dogoniłem znajomego i ochoczo przyłączyłem się do jego tempa polegającego na 200 m biegu i 50 m marszu. Gadaliśmy sobie o tym i o tamtym. Po kilku takich sekwencjach, znajomy stwierdził że musi wydłużyć odcinki marszowe. Zacząłem się męczyć z tym tempem. Jednak moje tempo biegu było szybsze a odcinki które biegłem były zdecydowanie dłuższe choć dłuższe były też te kiedy maszerowałem. Odłączyłem się więc od niego i dalej przemieszczałem się po swojemu. Na końcu trzeciej i na ostatniej pętli ból w nogach nie był już tylko wymówką. Bolało ewidentnie jak biegłem. Czułem się wyczerpany. Wiedziałem już że skończę ale czułem że to będzie koniec jakiego nie odczuwałem od pierwszych startów. W ramach „zabawy” na ostatnich kilometrach wymyśliłem że przybiegnę tak żeby na zegarze było dokładnie 13 godzin i tak sobie tego Ironmana zapiszę we wspomnieniach. Jednak w pewnym momencie okazało się że musiałbym po prostu na jakiś czas zatrzymać, co nie miało sensu. Na kilkaset metrów przed metą jakaś miła tri- żona, eskortująca swojego kontuzjowanego męża zaproponowała mi red bulla i ściganie się z nią. Red bulla wypiłem, za wyścig podziękowałem i po wymianie kilku zdań pobiegłem do mety. Wbiegłem na metę po 12 godzinach 54 minutach i siedmiu sekundach i poczułem że to był Ironman.

W Poznaniu rok wcześniej dystans Ironman był o kilkaset metrów krótszy na etapie pływackim. Pokonanie całości zabrało mi prawie równo godzinę mniej niż w tym roku w Mlborku.. Ani wtedy ani teraz po pływaniu nie czułem się zmęczony. Wydaje mi się że w Malborku pływanie poszło mi wręcz lepiej. Porównując czasy wszystkich segmentów wyszło mi że w Malborku każdy podstawowy zabrał mi około 19 minut dłużej niż w Poznaniu plus 3 minuty dłużej spędziłem w strefach zmian. Tak więc pomijając etap pływacki, tegoroczny start zabrał mi około 40 minut dłużej. Zaważył o tym, jestem przekonany, głownie etap rowerowy. Z powodu wiatru oraz oczywiście mojego nieprzygotowania na takie warunki, pojechałem nie tylko wolniej niż w Poznaniu ale też zmęczyłem się dużo bardziej niż w zeszłym roku jadąc kilka kilometrów na godzinę szybciej. To odbiło się na biegu. Zmęczenie jakie czułem na mecie i ból nóg, były takie jak w początkowych startach mojej przygody z triathlonem. Czy to oznacza że w późniejszych startach byłem lepiej przygotowany czy że mniej siły w nie w wkładałem. Pewnie jedno i drugie. Nastawienie mentalne też miało swój udział, zapewne nie mniejszy. Myślę że bieg w Malborku jednak mogłem zrobić szybciej, nie zarzynając się dużo bardziej. W Poznaniu też w sumie trochę odpuściłem bieg kiedy dowiedziałem się właśnie na biegu że dystans pływacki został skrócony. To działa na psychikę, kiedy wiesz że zakładany czas ukończenia Ironmana nie będzie czasem ukończenia Ironmana. Patrząc wstecz na swoje starty triathlonowe, mam wrażenie że „odpuszczanie” na biegu stało się trochę moją rutyną. Prawie zawsze kiedy z tej perspektywy patrząc „nie odpuściłem”, wynik był lepszy. Tak było dwa lata temu w Poznaniu na dystansie 1/2 Ironmana. Tak było w Krakowie na drugiej mojej edycji Iron Dragon, tak było w ubiegłym roku w Piasecznie. Na tych zawodach prawie cały czas biegłem. W innych dużo maszerowałem. Kiedy w Suszu w tym roku wdrożyłem ustrukturyzowany ( na bazie metody Gallowey’a) marszobieg, wydawało mi się że to dobre rozwiązanie. Poprawiłem wynik z Poznania o kilkanaście minut. Powtórzyłem ten scenariusz w Gołdapi choć już „ustrukturyzowanie” mocno mi się rozjechało. Wynik biegu w porównaniu do Susza był gorszy. Ogólny wynik został poprawiony dzięki rowerowi. Obydwa ubiegłoroczne maratony kończyłem z długimi elementami marszu. Postawiłem sobie za cel aby przebiec maraton zarówno solo jak i w ramach Ironmana. W tym roku się to nie udało. Zbyt mało biegałem i zbyt krótkie dystanse. Na ten moment uznaję, że mogę dobrze pobiec półmaraton ( solo) i dobrze pobiec 10 kilometrów w ramach zawodów triathlonowych. Nie jestem w stanie jednak w satysfakcjonujący mnie sposób wykonać biegu maratońskiego czy zawodów Ironman a nawet patrząc się na tegoroczne starty – pół Ironman. Ta konstatacja jest niezależna od tego jakie miejsce zajmę na tle swojej grupy wiekowej oraz jaki będę mieć czas. Wiem że stać mnie na wielogodzinny wysiłek ale wartością byłoby aby ten wysiłek definiowany był charakterystyką danej dyscypliny, w szczególności biegu. Pływanie to kwestia doskonalenia techniki. Nie mam z nim innego problemu. Rower to oczywiście poprawa siły. Muszę być w stanie jeździć z lepszą przeciętną zbliżając się do 35 km\h. Taki zresztą miałem plan na ten rok ale nie wypalił on zupełnie. W Gołdapi gdzie pojechałem najszybciej, przeciętna była 31. Bieg z kolei musi być biegiem, nawet jeżeli nie dałby mi zdecydowania lepszego wyniku. W Malborku z szeregiem osób które cały lub prawie cały czas biegły, byłem w stanie utrzymać tempo moim marszobiegiem ale patrzyłem na nie z zazdrością. Muszę więc popracować aby moje starty były lepsze jakościowo nawet gdyby nie miały być szybsze, choć pewnie by były. Jak każdemu w trakcie długiego wysiłku wytrzymałościowego, przynajmniej z relacji które przeczytałem, przychodzą mi myśli żeby przerwać i dalej się nie męczyć – to typowe kryzysy, ale tak naprawdę nie doszedłem na żadnych zawodach do takiego stanu zmęczenia żeby oprócz tego co dzieje się w głowie, mój organizm odmawiał współpracy. Może byłem kilka razy niedaleko np. w ubiegłorocznym maratonie warszawskim, kiedy znalazłem się na granicy skurczów uniemożliwiających dalsze przemieszczenie. W Malborku wyruszając na ostatnią pętlę czułem się bardzo mocno zmęczony, mocniej jak mi się wydaje niż kiedykolwiek w sytuacji kiedy miałem jeszcze tyle do pokonania, ale wciąż było to chyba dalekie od tego co można przeczytać lub obejrzeć jakie problemy miewają inni. I pod tym względem Malbork dał mi wiele do myślenia. Poza tym jednak Ironman w Malborku przewartościował moje myślenie o kolejnych latach ( lub roku).
Obiecałem sobie wcześniej że ten start będzie póki co ostatnim startem na pełnym dystansie oraz że w przyszłym roku wystartuję w triathlonie nie więcej niż raz i jeśli będą zawody w Gołdapi. W dużej mierze ta decyzja była wynikiem ogólnego zniechęcenia do dalszego uprawiania tego sportu. Ale start w Malborku przywrócił mi postrzeganie go jako czegoś co mi się podoba i co chciałbym dalej robić. Nie do końca potrafię wytłumaczyć dlaczego akurat takie odczucia po Malborku. Na pewno w odróżnieniu od innych tegorocznych startów, Malbork był najbliżej tego co było tak mocno motywujące w opisach zmagań triathlonistów i w przebiegu zawodów, o czym czytałem lub co oglądałem. Chodzi przede wszystkim o atmosferę, kibiców, sposób przeżywania samych zawodów oraz tego co się działo po ich ukończeniu z kulminacją w momencie kiedy na metę po ponad piętnastu godzinach, w nocy, wbiegał ostatni zawodnik, który zmieścił się w limicie czasu i jak był fetowany przez całkiem sporą grupę kibiców, organizatorów i zawodników. Jakoś to wszystko sprawiło że powrócił mój wcześniejszy entuzjazm. Myślę że zmęczyła mnie ilość startów na których z tego punktu widzenia mniej się działo. Przyjazd, start i wyjazd bez przeżywania tego wszystkiego, co jest trochę uzasadnione rutyną która się wkrada do tych startów, zużyły moją psychiczną radość z uczestnictwa w zawodach a przez to osłabiły motywację do triathlonu jako takiego. Myślałem wcześniej o biegach ultra ale czy jestem na nie gotowy biorąc pod uwagę wszystkie dotychczasowe starty czy to biegowe czy to w ramach zawodów tri ? Musiałbym więcej czasu przeznaczyć na bieganie, ryzykować kontuzją bardziej niż przy rozłożeniu aktywności na trzy dyscypliny, w pewnym sensie może też zaprzepaścić dotychczasowy efekt treningów rowerowych czy pływackich. W przypadku roweru ewidentnie nie wypełniłem swoich założeń aby w każdym z sezonów więcej czasu poświęcić na przygotowanie rowerowe. No to może odpuścić bieganie ? Ale chyba nie jestem w stanie psychicznie „tylko kręcić”. Drogi stały się bardzo niebezpieczne co w ogóle stawia pod znakiem zapytania spędzanie większej ilości czasu na szosie. Nie ma gdzie bezpiecznie tego robić. A jeździć w kółko po jakiejś jednej w miarę bezpiecznej trasie nie za bardzo mi się chce. Więc chyba triathlon w dalszym ciągu jest dla mnie optymalny bo to że będę się ruszał nie ulega wątpliwości. A jak w danym dniu to już pewna niespodzianka właśnie dlatego że mam trzy możliwości do wyboru. Nie chcę ustrukturyzowanych treningów co oczywiście może odbić się znowu w przyszłym roku kiedy okaże się że nastąpiło przegięcie w stronę biegania lub raczej „niedogięcie” jeśli chodzi o rower. Tak długo jak towarzyszyć będzie temu zadowolenie z każdego aktywnego dnia, tak długo będzie ok. nawet jeśli jakieś zawody na tym „ucierpią”.