Orlen Maraton -napisane kwiecień 2018

Nie mam przekonania czy dobrze zrobiłem nie wytrwawszy w ścisłym reżimie trenowania zgodnie z metodą MAF przez dłuższy okres. Powtarza się trochę sytuacja z lat ubiegłych kiedy udział w zawodach na krótszych dystansach  sprawia, że  zaczynam biegać zdecydowanie szybszym tempem niż to które pozwala na utrzymanie pulsu w zakresie MAF. MAF dopuszcza oczywiście trenowanie w wyższych zakresach ale po osiągnięciu stanu w którym, w ramach tego samego pulsu nie poprawia się już tempo czyli w stanach osiągnięcie tzw. plateau. Nie było mi jednak dane w tym roku zmierzyć się z tym stanem. Właściwie też nie odczuwałem aby moje tempo rosło przy takim samym zakresie pulsu. Powody mogą być dwa. Albo trenowałem za krótko metodą MAF albo z powodu coraz  szybszego zsuwania się wraz z wiekiem z „drabiny szybkości”, raczej coraz bardziej będę się musiał skonfrontować z postępującym spadkiem tempa niż jego wzrostem w kierunku „plateau” które dopiero miałoby nadejść. Trzecia możliwość jest taka że MAF nie działa  ale tę na razie odrzucam. Co więc dalej? W związku z tym że moim podstawowym celem w tym roku jest przebiegnięcie maratonu i przebiegnięcie tegoż podczas dystansu Ironman, nie licząc odstępstw w czasie startów na krótszych dystansach, starał się będę jednak MAF stosować w jak największym stopniu. Ostanie dwa tygodnie, a środkowe  z czterech poprzedzających start 7 kwietnia na 10 km w Dziesiątce Babickiej, traktowałem więc jako wyłom od metody MAF, mając  nadzieję że niegroźny. Tyle tylko że nie wystartowałem w tym biegu z powodu pracy którą musiałem wykonać. Pozostałe dwa tygodnie do maratonu biegałem jednak stosunkowo szybko w okolicach tempa startowego z odcinkami szybszymi. Były to przeważnie biegi w  narastającym tempie. Ewidentną korzyścią jaką dały mi te biegi było to, że biegnąc w tempie okołomaratońskim, z jakim miałem nadzieję pobiec 22 kwietnia na Orlen Warsaw Marathon, nie czułem że nagle z wolnego tempa jakie było w zakresie pulsu MAF, w czasie maratonu będę musiał od początku zacząć biec zdecydowanie wyższym tempem ( różnica ok 35-45 sek na kilometr) i jeszcze w dodatku je utrzymać przez tyle kilometrów. Co najmniej psychicznie więc mój organizm przyzwyczaił się do szybszego tempa. Drugą kwestią  którą zaobserwowałem i wdrożyłem było to,  że bieganie bez kilkudniowych przerw pomimo odkładającego się w nogach zmęczenia dawało mi na kolejnym biegu już od początku poczucie gotowości i łatwość wejścia w tempo.  Oznaczało to jednak dwie rzeczy. Po pierwsze odejście od zasady której się trzymałem od czasu powrotu do biegania po kontuzji rozcięgna podeszwowego aby biegać co drugi dzień ( ta zasada jest również przyjęta w metodzie MAF) -wcześniejsze przypadki biegania codziennie powodowały że rozcięgno przypominało o sobie. Druga rzecz to ryzyko że mimo ograniczenia dystansu, na starcie do maratonu stanę zmęczony. Ale postanowiłem zaryzykować, szczególnie że w ostatnim tygodniu przed maratonem pierwszy bieg po trzydniowej przerwie był masakryczny a już drugi w kolejnym dniu poszedł mi zdecydowanie lepiej. Tak więc nie zrobiłem sobie przerwy ani w piątek ani ostatniego dnia przed maratonem którym  była sobota,  choć w sobotę to już była naprawdę jedynie  kilkukilometrowa przebieżka.  Właściwie w ostatnich paru tygodniach  od końca marca poza bieganiem niewiele robiłem, dwa czy trzy razy trenażer i tyleż samo na basenie. Ewidentnie gorączka przedstartowa-biegowa pokonała na te parę tygodni cel główny czyli Ironman. Bardzo chciałem przebiec ten maraton a czas wyznaczyłem sobie od „przyzwoitego” ( 4 godziny minus ciut) poprzez  „w pełni zadowalający” ok (3.55) do „marzenia ściętej głowy” (3.45). Realizm chyba  zwyciężył – wyszło 3.56.40. Zanim jednak dotarłem do mety musiałem zmierzyć się ze swoim najbardziej jak do tej pory świadomym biegiem długodystansowym.  Nie czułem się do końca przygotowany na ten maraton i zacząłem sobie też coraz bardziej uświadamiać a raczej przyswajać że  ograniczenia wiekowe organizmu muszą na mnie wymuszać bardziej wyważone decyzje odnośnie startów w imprezach, chyba że będę to robił dla samego uczestnictwa co jednak jakoś do mnie nie przemawia albo raczej przestało przemawiać w odróżnieniu od czasu sprzed kilku lat. No ale chciałem ten maraton pobiec to pobiegłem. Bardzo się skupiłem na założeniach i grzecznie zacząłem w tempie niższym niż średnia dająca wynik w okolicach 3.55. Zaraz po dwóch kilometrach musiałem jeszcze skorzystać z toalety, po czym trzeba było się zmierzyć z jedynym na tej trasie podbiegiem. Zgodnie  z założeniami wyłączyłem sobie możliwość podglądu tętna i całkowicie miałem zdać się na samopoczucie i tempo. Tempo też chciałem weryfikować za pomocą pacemakera ale ponieważ byli na 3.45 albo 4 godziny to pomysł nie wypalił. Miałem jeszcze opaskę z wydrukowanymi międzyczasami na 3.55 i tego postanowiłem się trzymać w połączeniu z tempem wyświetlanym przez zegarek. W zasadzie prawie do 30 kilometra wszystko szło jak po sznurku. Na każdym punkcie międzyczasu miałem od kilkunastu do kilkudziesięciu sekund zapasu. Jadłem żele co mniej więcej 10 km plus dwie pastylki pomiędzy. Na punktach odżywiania brałem tylko wodę i co najwyżej zwalniałem żeby ją wypić. Jednak kryzysy się pojawiały i gdzieś na 27 kilometrze w czasie poboru wody przeszedłem do marszu. Po minięciu punktu biegłem jednak dalej. Sytuacja się powtórzyła jeszcze ze dwa –trzy  razy. Raz zatrzymałem się całkowicie na gejzerze wody co było bezsensowne bo stanąłem tak że najwięcej wody przyjąłem do butów i tylko gorzej mi się przez to biegło. Na ostatni kilometrze chyba już tradycyjnie zrobiłem krótki reset i w dobrym tempie dobiegłem ostatnie kilkaset metrów do mety. Plan (przebiegnięcia) maratonu w zakładanym tempie wykonałem więc na 99% + a ten ułamek procenta to owa 1.40 którą pewnie straciłem na spowolnieniach. Pewnie jednak straciłem więcej i 3.50 było w zasięgu ale i tak jestem zadowolony.