Bieg Truskawki- napisane czerwiec 2018

„Bieg truskawki”  w czerwcu miał być przede wszystkim historyczną podróżą do początków mojego biegania w niestety nienajlepszej tego początku fazie. Cierpiałem wtedy na dolegliwości rozcięgna podeszwowego ale determinacja była tak silna że startowałem w różnych zawodach, nawet nie mogąc między nimi treningowo biegać. Nie było to ani leczenie ani bieganie i ciągnęło się prawie rok. Bieg truskawki organizowany jest w Puszczy Kampinoskiej, więc od kiedy zacząłem brać udział w zawodach traktowałem go jako imprezę domową. Od pierwszego startu w nim minęły 4 lata a nie udało mi się powtórzyć tego biegu, dwa razy zapisy przebiegły zbyt błyskawicznie, w ubiegłym roku 2017 byłem tuż po  jednym 1/2 IM i tuż przed drugim 1/2 IM i nie próbowałem nawet startować. W tym roku bieg rozgrywany był na tydzień przed pierwszym startem triathlonowym i oprócz sentymentu  postanowiłem go wykorzystać jako mocny trening na 10 km przed czekającym mnie za niespełna tydzień półmaratonem w trakcie 1/2 IM w Starogardzie Gdańskim. Na ogół w takim układzie wszyscy oczekują jako efektu takiego zestawienia „sprawdzianu” formy. I ja też po trochę tak do tego podchodziłem choć nie zamierzałem osiągać żadnej życiówki tym bardziej że to bieg w terenie. Ale byłbym hipokrytą gdybym twierdził że niczego jeśli chodzi o czas ukończenia się nie spodziewałem po tym starcie. W głowie ten czas oscylował poniżej 50 minut, które uznałem za przyzwoity wskaźnik mojej formy. Na tym polu jednak poniosłem porażkę. Bieg zajął mi ponad 52 minuty i jeden porządny kryzys nie licząc kilku pomniejszych. Jak zwykle zaczęło się całkiem dobrze. Choć nie pędziłem a tylko trzymałem się w pobliżu 5 min na km, w zasadzie przez pierwszych 5 km to ja wyprzedzałem i gdzieś oscylowałem w okolicach pierwszych 30 startujących. Tradycyjnie już chyba, niezależnie od dystansu, pierwsze kryzysiki zaczęły mnie dopadać  od połowy. Upał, piach i ciągłe podbiegi zrobiły swoje. Swoje też jednak zrobiły poprzedzające dni, brak należytego odpoczynku i poranny test nowego roweru w dniu zawodów,  na którym już odczuwałem że mój organizm jest tego dnia nie w formie. Na dobiegu na miejsce startu mój puls osiągał w truchcie nieprzyzwoite poziomy, więc czułem że lekko nie będzie. W czasie biegu nie sprawdzałem swojego pulsu ale post factum było dla mnie  jasne że był zbyt wysoki od samego początku i kryzys musiał mnie dopaść. Tak samo tradycyjnie jednak go przemogłem i spowolniwszy na ostatnich 2 kilometrach spokojnie dobiegłem do mety. Ale organizm dostał swoje i zmuszony byłem zdecydowanie odpocząć przez parę ostatnich dni jakie pozostały mi do pierwszego w tym roku triathlonu.