
Przypadł w Starogardzie Gdańskim a droga do niego była kręta i zawiła. W ubiegłym roku miałem wystartować na połówce w Lidzbarku Welskim ale jako że byłaby to już czwarta w przeciągu dwóch miesięcy, zdecydowałem się na krótszy dystans w Gniewinie. Zazwyczaj jak mam jakieś porachunki z danym startem, to chcę go powtórzyć. Tak było też w przypadku Gniewina. Skopany zostałem strasznie na etapie pływackim, tak że zalany krwią nie byłem w stanie zebrać się w strefie zmian na rower a krew udało mi się zatamować dopiero pod koniec pierwszej kolarskiej pętli. Stąd Gniewino się znalazło w planach startowych na ten rok. Coś nam jednak z tym Gniewinem nie było po drodze i z Gniewina w którym miałem powtórzyć 1/4 IM, zrobił się w późniejszym o kilka tygodni terminie Starogard Gdański ale na dystansie 1/2 IM. Jak to pierwszy start triathlonowym w roku, wiele z nim było związanych niewiadomych ale przede wszystkim i nadzieja i obawa dotyczyła biegu. W trzech startach w 2017 r. moja strategia zakładała pokonywanie etapów biegowych Gallowayem tj. biegiem przeplatanym marszem. Tylko Galloway to marszobieg utrzymany w określonej strukturze a mnie już w Gołdapi czyli na drugim z kolejności starcie tą metodą, struktura się sypała a w czasie pełnego Ironmana w Malborku, posypała się już całkowicie. Tak więc 2018 zakładał odrodzenie ciągłego biegu. Uznałem, nie odkrywając przy tym Ameryki, że kluczem jest znalezienie właściwego tempa dla danego biegu a nie kierowanie się na twardo jakimikolwiek założeniami. Oznaczało to z jednej strony wymyślenie tego tempa w oparciu o całe dotychczasowe doświadczenie biegowe a z drugiej jego korekta już na pierwszych kilometrach biegu na zawodach w oparciu o samopoczucie. Przed biegiem jednak czekało mnie pływanie i rower. Do Starogardu wybrałem się minimalistycznie z zamiarem spędzenia nocy
w samochodzie w pobliżu strefy zmian i biura zawodów . W miarę wczytywania się w logistykę startu, pojawił się jednak dylemat wynikający z faktu że etap pływacki zlokalizowany był paręnaście kilometrów od miasta w którym zaczynał się i kończył bieg oraz zlokalizowana była większość infrastruktury zawodów. Na początku nie ulegało wątpliwości że mój nocleg powinien być w centrum choć jako jeden z dostępnych parkingów wskazywany był właśnie ten w okolicach startu do wody i strefy zmian na rower. Centrum stwarzało niebezpieczeństwo dużej ilości ruchu nie wspominając już o atrakcjach typu występ zespołu muzycznego, który to w ubiegłym roku w Suszu spowodował że musiałem po kilku kwadransach walki z hałasem po udaniu się na spoczynek, ubrać się i poszukać w mieście jakiegoś bardziej zacisznego miejsca. Centrum to też obawa o brak miejsca do zaparkowania ale jako że udało mi się wyruszyć wcześnie, zakładałem że uda się coś znaleźć. Po przybyciu na miejsce jeszcze przed otwarciem biura zawodów natrafiłem na pustkę – prawie nikogo z zawodników nie było. Po ustawieniu samochodu na strategicznym przynajmniej w tym momencie miejscu, zacząłem się zastanawiać jak spowodować żeby mój rower znalazł się w strefie nad jeziorem. Bałem się jechać tam samochodem i utracić miejsce parkingowe szczególnie że trochę samochodów zaczęło się pojawiać na parkingu. Postanowiłem więc wybrać się na rekonesans rowerem na roboczo zakładając że wstawię rower do strefy rano, jadąc nim na miejsce.
Wyruszyłem w drogę, a z powodu przebudowy w centrum miasta moja nawigacja zgłupiała i po kilkunastu minutach kręcenia się po różnych ulicach byłem przekonany że nie jestem w stanie zapamiętać tej drogi i zgubię się nazajutrz nie dysponując już telefonem z nawigacją. Postanowiłem wrócić do punktu wyjścia i pojechać bardziej na wyczucie trzymając się głównych ulic, które byłem w stanie zapamiętać. Udało mi się znaleźć właściwą drogę, która jednak w większości przebiegała drogą krajową upchaną samochodami. Poza tym była mocno pofałdowana co wróżyło raczej ciężką rozgrzewkę następnego dnia rano. Po dojechaniu na miejsce licznik pokazał prawie 20 km. Zacząłem się zastanawiać. Powrót był łatwiejszy bo drogę już znałem i krótszy bo nie kluczyłem już na próżno po mieście. Cały czas jednak miałem wątpliwości czy nie powinienem zawieźć roweru jeszcze tego samego dnia do strefy zmian a rano pojechać z innymi autobusem na który się wcześniej przezornie zapisałem. Odprawa techniczna tylko wzmogła te wątpliwości bo raczej odradzano odwlekanie wstawiania rowerów do dnia następnego. Ale upór zwyciężył nawet pomimo tego że wkrótce po odprawie parking zupełnie opustoszał i pewnie nie byłoby problemu odjechać i wrócić na to samo miejsce. Tak więc do strefy T2 która była nieopodal zaniosłem tylko rzeczy biegowe a reszta miała ze mną pojechać rowerem nazajutrz. Przespawszy spokojnie noc wstałem wcześnie rano i po dokonaniu ostatniego sprawdzenia i zapakowania rzeczy, wyruszyłem niespiesznie po drodze zatrzymując się na kawę na stacji benzynowej. Droga o tej porze była prawie pusta choć już w trakcie powrotu z rekonesansu stwierdziłem że nie powinieniem jechać jezdnią na tym zatłoczonym odcinku bo był tam zakaz poruszania się rowerami. Rano więc jechałem po ścieżce rowerowej aż do miejsca w którym zjeżdżało się z głównego traktu. Dotarłem na miejsce prawie półtorej godziny przed startem mając nadzieję że te 16 km pokonane z rana nie wpłynie negatywnie na całość imprezy. Do pływania podszedłem ze spokojem chyba bazując na tym że w ubiegłym roku wszystkie etapy pływackie pokonałem powyżej oczekiwań. Uniknąłem pralki choć jak zwykle kosztem trochę zwiększonego dystansu i płynęło mi się dobrze i bez zbytniego szarżowania. Jednak chyba zbyt wyluzowałem albo dała znać o sobie niewielka w porównaniu do lat poprzednich ilość wypływanych godzin, chyba że dystans był przemierzony tak jak niedomierzony był odcinek biegowy, bo popłynąłem kilka minut wolniej niż zakładałem. Mimo pewnego zawodu z uwagi na wolne pływanie, szybko zastąpiła go ciekawość jak pójdzie mi rower. Trasa była średnio wymagająca, nie wiało zbytnio i choć było trochę podjazdów nie były one mocno spowalniające. Decydowała więc prędkość jaką byłem w stanie rozwinąć na płaskich prostych odcinkach i tu pojawił się niedosyt nr 2. Jednak miałem nadzieję że uda mi się uzyskać przeciętną większą niż 30 km/h. Udało się ale w sposób znikomy. Susces jednak był taki że dojechałem szczęśliwie i pozostał mi jeszcze tylko bieg czyli największa zagadka. Pierwsze dwa kilometry to w zasadzie podbieg i zamiast typowego wrażenia że biegnie się wolniej niż się biegnie zaraz po rowerze, biegłem rzeczywiście wolno. Nie musiałem się więc hamować i w zasadzie tempo pierwszych kilku kilometrów mogło być już tym docelowym. Spadło jednak jeszcze na kolejnych okrążeniach dając średnią 5.30 minut na kilometr. Bardzo chciałem przebiec cały ten półmaraton więc maksymalnie skupiłem się na odczuciach w trakcie biegu. Na początku trzeciej oraz czwartej pętli, za każdym razem pod koniec pierwszych dwóch kilometrów które biegły prawie cały czas pod górę odczuwałem lekkie skurcze lub jak je nazywam „przedskurcze” ale po tym odcinku biegło się albo płasko albo trochę w dół a przed nawrotem całkiem w dół więc trochę było odpoczynku. Ostatnie dwa kilometry już wiedziałem że nic się nie powinno wydarzyć więc biegłem dalej równo nie siląc się na szybszą końcówkę. Mimo to wyprzedziłem dwóch gości na oko z mojej grupy wiekowej co niespodziewanie dla mnie dało mi trzecie miejsce w tej grupie.