Jak nie zostałem Ironmanem

Kiedy w kwietniu okazało się, że moje dolegliwości są na tyle poważne że musiałem  porzucić plany ultrabiegów zaplanowanych na ten i kolejny miesiąc, jednak, też za sprawą rozpoczętej fizjoterapii,  miałem nadzieję że uda się jakoś wziąć udział w inauguracyjnej edycji w Polsce długiego dystansu pod marką Ironmana. Przez sześć lat mojej przygody z triathlonem, dużym łukiem omijałem zawody organizowane pod tym brandem. Jakoś kojarzyły mi się bardziej z medialnym blichtrem niż z wydarzeniem rangi kultowego Ironamana. Organizowane od paru lat na dystansie 70.3 w Gdyni a od kilku też na krótszym w Warszawie, przyciągały uwagę mediów głównie za sprawą biorących w nich udział znanych postaci ze sfery dziennikarstwa, rozrywki czy polityki. Nie można oczywiście zaprzeczyć iż przyczyniły się do wzrostu popularności triathlonu w Polsce.  Zbieżność moich 60 urodzin przypadających w tym roku i premiery długiego dystansu w Gdyni, uznałem za istotny powód żeby zapisać się na te zawody, co uczyniłem zgodnie z tradycją i wymogiem frekwencji już pod koniec ubiegłego roku. Chciałem oczywiście żeby mój występ nie ograniczył się tylko do zwykłego uczestnictwa ale też żeby powalczyć o jakiś sensowny wynik w swojej nowej kategorii wiekowej w którą właśnie wszedłem na kilka miesięcy przed zawodami.  W ostatnich zawodach na tym dystansie w których startowałem w 2018 roku udało mi się go skończyć w 12 godzin i kilkanaście minut. Ten wynik był zatem dla mnie wyznacznikiem „celu”.   Definitywne zaprzestanie biegania w połowie kwietnia nie wywoływało przez parę tygodni we mnie poczucia  że nic z tego nie wyjdzie. Leczący mnie ludzie i opisy mojej przypadłości w Internecie,  wskazywały na konieczną parotygodniową przerwę w bieganiu, co nie wydawało się jednak przeszkodą wykluczającą mnie z sierpniowych zawodów. Mogłem, bo tak też wynikało ze wskazań medycznych, jeździć na rowerze i pływać, obydwie te dyscypliny zaniedbałem wcześniej częściowo ze  względu na przygotowania do ultrabiegów a częściowo z powodu zamkniętych przez pandemię basenów. Wszystko się jeszcze wtedy jakoś dawało w głowie poskładać. Zacząłem więc w kwietniu intensywnie jeździć mając już też w perspektywie nie za długie oczekiwanie na powrót do pływania. Paręset przebiegniętych w zimie kilometrów dawało mi poczucie przynajmniej bazowego przygotowania do pokonania maratonu, przy założeniu powrotu do biegania nawet na parę tygodni przed zawodami. Mijały dni i kolejne zabiegi fizjo przetykane kolejnymi badaniami różnej maści i wizytami o lekarzy specjalistów. Jak to bywa sprawa nie okazała się tak prosta jak się na początku wydawało. Wysiłki fizjoterapeutów na początku przynoszące obiecujące efekty bardzo szybko weszły w fazę stagnacji a jedyną poprawę jaką odczuwałem to taką że po dwóch trzech dniach od każdego kolejnego zabiegu ustępował ból nim wywołany. Kontuzja trzymała się mnie jednak twardo. Okazało się też że jest ona wieloelementowa i obejmuje naderwanie mięśni, sportową przepuklinę, podrażnienie nerwów a na dodatek złamanie zmęczeniowe  kości łonowej. Ta ostatnia „część” mojej kontuzji  została dopiero prawidłowo rozpoznana po kilku miesiącach kiedy do zawodów pozostało tylko parę tygodni. Jak zwykle w takich przypadkach, cały przypadek leczenia i diagnozy to duża i skomplikowana opowieść. Tak więc  kolejne tygodnie mijały a wraz z nimi blakły nadzieje na sensowny start w Gdyni. Na 45 dni przed zawodami musiałem podjąć decyzję czy przenoszę niemałą opłatę na kolejny rok i tym samym rezygnuje z inauguracyjnego startu czy nie. Wcześniej planowałem,   że po tym roku raczej nie będę się skupiał na zawodach ale może bardziej na aktywnościach indywidualnych\ wyprawowych. Zdrowotne perypetie dały mi też sporo do myślenia wzmacniając niechęć do układania planów na kolejne lata z uwzględnieniem takich startów. Jednym słowem chciałem to mieć już za sobą. Dlatego kolejna wersja mojego startu jednak w tym roku  zakładała normalne pływanie i rower a zamiast przebiegnięcia maratonu przejście go w części lub w całości.  Wyliczyłem że powinienem zmieścić się w limicie. Sęk w tym że jakakolwiek próba potruchtania nawet kilkudziesięciu metrów wywoływała ból. O biegnięciu czegokolwiek mogłem więc definitywnie zapomnieć. W tym czasie obserwowałem zmagania gościa z USA,  który postanowił wykonać sto Ironmanów w kolejne sto dni. Każdy z jego etapów biegowych  był w rzeczywistości szybkim marszem. Ok pomyślałem, tak też można ukończyć  Ironmana. Kiedy już minął termin w którym mogłem przenieść zawodyna przyszły rok, dopadły mnie kolejne wątpliwości bo właśnie wyszło na jaw że mam złamanie zmęczeniowe.  Niby mogłem jeździć i biegać o ile nie wywoływało to bólu zgodnie z zaleceniami ale biorąc pod uwagę brak postępów w ustępowanie kontuzji i falowanie dolegliwości nie byłem pewien czy to co robię nie przyczynia się do tego. Tym bardziej że zalecenia nie były do końca świadome że moje jeżdżenie czy pływanie to wiele kilometrów a nie 30 minutówki.  Ponieważ jednak nie byłem w stanie ewidentnie powiązać odczuwanych dolegliwości z pokonywanymi na rowerze czy w wodzie dystansami, trwałem w tym dalej. Jednak kiedy zdarzało mi się pokonać pieszo kilkanaście i więcej kilometrów miałem poczucie że ból narasta.  Bolało w kilku miejscach i w różnych „okolicznościach”  ale tylko jeden z tych bólów był ewidentnie związany z biegiem bo pojawiał się jak tylko ciało zaczynało podskakiwać – to ten w okolicy pękniętej kości. Długie chodzenie wywierało wpływ na natężenie reszty  dolegliwości. Tym samym przejście maratonu stanęło pod znakiem zapytania. Mogłem oczywiście bo ból taki jaki był by mi tego nie uniemożliwił, w końcu biegałem z nim w zimie parędziesiąt kilometrów tygodniowo. Ale w wyleczeniu raczej by to nie pomogło. Na miesiąc przed startem po ostatecznej diagnozie złamania,  zdecydowałem że rezygnuję z takiego sposobu ukończenia Ironmana. Znowu musiałem wytworzyć z tego jakiś pozytywny obrazek w swojej głowie.  Uznałem że moje startowe  ambicje zaspokoję dobrym pływaniem  i rowerem a później będę się delektował imprezą obserwując końcówkę zmagań najlepszych zawodników. Startując samemu we wszystkich dyscyplinach tej okazji bym nie miał. Nowy plan został zaakceptowany choć do końca nachodziły mnie momenty żalu że po prostu nie mogłem normalnie wystartować. Zejście z trasy ultrabiegu (DNF) we wrześniu ubiegłego roku jakby mściło się na mnie dalej. Od tego czasu nic ze startów które zaplanowałem się nie udawało. Z jednej strony żałowałem tego, z drugiej co raz mniej znajdowałem w sobie motywacji do kolejnych startów w ogóle. Zaplanowanie tych wszystkich imprez w roku ukończenia 60 lat było może zbyt naciągane w stosunku do moich „możliwości’. Nie mam nawet na myśli stanu fizycznego i tego że doznałem kontuzji jak tylko mocno zwiększyłem ilość biegania. Kontuzje się zdarzają. Ale nawet kiedy jeszcze biegałem przygotowując c się do ultra, miałem wrażenie że robię to bo muszę jeśli chcę pokonać dystanse na które się zapisałem a nie że sprawia mi to przyjemność. Podobnie kiedy pozostał mi już tylko rower i pływanie. Oczywiście nawet ci, którzy wszem i wobec opowiadają jak bardzo lubią spędzać całe godziny na treningach, też wspominają o dniach kiedy im się po prostu nie chce. Ja jednak nie tyle nie czułem że mi się nie chce bo lubię się poruszać każdego dnia ale z roku na rok, z miesiąca na miesiąc i za każdym razem przygotowując się do jakiegoś startu, musiałem zmuszać się do procesu przygotowań w którym powinno pojawić się to czy tamto w ustrukturyzowanej formie. Używałem wielu narzędzi czy też gadżetów żeby jakoś dopomóc sobie w tej strukturyzacji. Plany treningowe, training peaks, strava itp. Wszystko  to u mnie działa  na krótką  metę poza tym że magazynuje moje aktywności. Tak więc starty w zawodach są dla mnie demotywujące i motywujące zarazem. Motywują bo wyznaczają jakiś cel który pomaga przełamać pojawiającą się od czasu do czasu niechęć do ruszenia tyłka, demotywują bo czuję się zmuszany do tego żeby aktywność była treningiem z prawdziwego zdarzenia. Taki paradoks.

Wreszcie nadszedł ostatni tydzień przed zawodami w Gdyni. Byłem już parę dni wcześniej niedaleko bo w Chałupach na półwyspie Helskim, oczekując na niedzielne zawody. Na dwa dni przed dopadły mnie silne problemy żołądkowe ale na szczęście w przeddzień zawodów czułem się już w miarę dobrze. Ponieważ nigdy wcześniej w Gdyni nie startowałem a wiadomo było że będzie tłumnie, obawiałem się trochę o logistykę dojazdu w dniu zawodów i znalezienia miejsca na samochód bo poprzedzającą noc postanowiłem spędzić na campingu w Chałupach gdzie od kilku dni już spałem a z doświadczenia wiem że noc poprzedzająca zawody przespana w nowym miejscu nie jest nocą dobrze przespaną. Na szczęście mój start zaczynał się nie wcześniej niż o 7 rano więc poza niespodziewaną awarią samochodu nie powinienem mieć kłopotów z pokonaniem 50 km które w sezonie letnim na tej trasie bywają potężnie zakorkowane. Zamierzałem wyjechać w okolicach 4.30 rano, wyjechałem jednak godzinę wcześniej i w rezultacie byłem na miejscu zanim otwarta została strefa zmian dla dystansu ½ Ironmana,  który o dziwo zaczynał się godzinę przed pełnym, choć standardem wszystkich poprzednich zawodów w których brałem udział było to że dłuższe dystanse zaczynały się zawsze przed krótszymi. Cóż, specyfika „brandu”. Specyfiką brandu był też całkowity brak możliwości kontaktu z organizatorem przez cały czas od rozpoczęcia zapisów aż do dnia startu. Coś tam od czasu do czasu do mnie wysyłał ale nie mogłem nawiązać żadnego dialogu w razie wątpliwości lub potrzeby uzyskania czegokolwiek. Zaczęło się od niepowodzenia próby zmiany formuły płatności. Kiedy uruchomione zostały zapisy  nie dałem sobie wystarczającego czasu na przeczytanie wszystkiego, będąc pod presją „znikających miejsc”. Tak było w poprzednich latach na wielu imprezach gdzie jak tylko „odpalane” były zapisy, trzeba było się zmagać z sekundami i blokującymi się serwerami. Zawody w Gdyni bezsprzecznie do tak okupowanych  w przeszłości należały. Dlatego założyłem że w dniu uruchomienia zapisów nie ma czasu na zastanawianie się. Zdążyłem tylko dostrzec możliwość zapłaty ratalnej i kierując się niepewnymi czasami i rozsądkiem skorzystałem z tej opcji. Kiedy już z niej skorzystałem, na spokojnie doczytałem że rozłożenie płatności na raty kosztuje więcej niż płatność w całości a i tak niewiele mi daje bo druga rata musi być zapłacona na parę miesięcy przed zawodami. Napisałem więc od razu do organizatora prośbę o zmianę formuły płatności na którą nie doczekałem się żadnej odpowiedzi. Okazało się też że miejsca były jeszcze przez długi czas więc cała „zapisowa panika” nie miała sensu. Odżałowałem wtedy tych niepotrzebnie wydanych pieniędzy- w końcu raz się kończy 60 lat i „kultowego” Ironmana z tej okazji. Im bliżej startu tym bardziej ta kultowość mnie jednak irytowała. Moje poprzednie dwa „Ironmany” w Malborku  zrobiłem za mniej niż jedną piątą ceny startu w Gdyni, drożej ale nie tak drogo kosztował mnie mój pierwszy, w inauguracyjnych zawodach na tym dystansie zorganizowanych w 2016 r. w Poznaniu przez konkurencyjną do Ironmana   trochę mniej „kultową” organizację Challenge,  będącą w stosunku do Ironmana odpowiednikiem pepsi coli ( zakładając że Ironman to taka coca cola triathlonu). Wtedy ta kultowość zakończyła się totalnym blamażem organizatora w związku z błędem popełnionym przez jakiegoś „sędziego” na łodzi który nie znając trasy skrócił pierwszym zawodnikom dystans pływacki o kilkaset metrów a organizator postanowił że skróci go w związku z tym pozostałym setkom zawodników. Blamaż ten spowodował że Challenge na tym dystansie już więcej w Polsce się nie odbył. Zawody w Gdyni zawsze były raczej chwalone za ich organizację więc już te pierwsze braki komunikacyjne z organizatorem lekko mnie poirytowały. Dalej lepiej nie było. Na trzy dni przed zawodami dostałem widomość sms że „dostałem” tzw. racebook czyli zestaw informacji o ważnych kwestiach związanych ze startem. Tyle że go nie dostałem. Napisałem do organizatora -zero odpowiedzi. Pewnie gdybym startował w wersji „pełnej” bardziej bym się tym wszystkim przejmował, w mojej okrojonej wersji podchodziłem do sprawy na luzie, a braki organizacyjne po prostu dopisywałem do ogólnego wrażenia z udziału w „brandowych” zawodach, które już przed startem nie było  korzystne. Po pierwszych brakach komunikacyjnych, moją irytację wzbudziła sprawa jaka się pojawiła w związku z przedsięwzięciem wyżej wspomnianego gościa z USA. Okazało się że organizacja Ironman zażądała od niego żeby dopilnował aby nikt nie kojarzył jego przedsięwzięcia właśnie z brandem Ironmana. Zniesmaczyło mnie to bardzo tak jak wiele osób śledzących jego kosmiczne osiągi, który zresztą prawidłowo moim zdaniem wytknął organizacji że jego przedsięwzięcie bardziej przyczynia się do promocji ich brandu niż wiele ich ruchów włączając branie pieniędzy „za nic”. Biorąc pod uwagę różnicę w opłatach na „zwykłych” zawodach w stosunku do tych które pobiera Ironman, uważam po wszystkim na podstawie doświadczenia z udziału w kilkudziesięciu imprezach triathlonowych, że może Ironmana  nie bierze pieniędzy za nic ale wybór jaki człowiek ma pomiędzy niebrandowymi a brandowymi światowymi zawodami można porównać do wyboru pomiędzy wygodnymi butami pozbawionymi znanego logo a takimi które obcierają nogi ale noszą rozpoznawalny w świecie znaczek. Kwestia gustu. Pewnie gdyby to był mój pierwszy start na pełnym dystansie i ukończyłbym go w całości, na koniec słysząc elektryzujący i wyciskający łzy szczęścia na mecie okrzyk „YOU ARE AN IRONMAN”, to bym wszystkie niedociągnięcia schował z tyłu głowy, epatując się takim finiszem. A tak w mojej sytuacji, na chłodno oceniałem imprezę  choć z jak napisałem z uprzedzeniem  powstałym już wiele miesięcy wcześniej przy okazji przebiegu procesu zapisów.  W dzień startu podążałem za „tłumem” mając nadzieję że nie zgubię ani siebie ani istotnych elementów przebiegu zawodów. Zdołałem się przepytać innych o start falowy pływania, który okazał się zupełnie niezorganizowany pod względem czy to kryterium zakładanego czasu płynięcia czy wieku. Od „prowadzącego konferansjera” nie dowiedziałem się niczego poza powtarzanymi w kółko stwierdzeniami o  bohaterstwie i mocy startujących oraz swobodnie interpretowanymi długościami poszczególnych etapów oraz prognoz co do ich ukończenia. Zamiast głębokiego filmowego basu jaki towarzyszy zawodnikom na innych zawodach brandu ( na podstawie obejrzanych wielu filmów ze startów) nasz lokalny prezenter bardziej przypominał mi wodzireja ze znanego filmu ze Stuhrem. Pomyślałem że może i dobrze że nie usłyszę „you are an Ironman” z jego ust. Zamiast tego dawkę wzruszenia miałem   jeszcze przed startem, kiedy dystans pływacki rozpoczynali niepełnosprawni holowani na pontonach. Jak się później okazało były to jedyne wzniosłe emocje towarzyszące mi na tych zawodach. Etap pływacki poszedł mi zgodnie z oczekiwaniami -celem. Nadrobiłem prawie 300 metrów według wskazań GPS ale co najmniej cześć w pełni „świadomie” bo parę razy udało mi się płynąć po sporym łuku zamiast po prostej. Byłem zadowolony. Kolejny rok niepływania przez wiele miesięcy z powodu pandemii a czas na mecie podobny  jak we wcześniejszych latach. Moje pływanie i wtedy zbyt szybkie nie było ale jak widać pomimo upływu lat i niedotrenowania, pozostaje na stabilnym poziomie. Po raz pierwszy pływałem też na zawodach w morzu ale chyba odbiło się to tylko  trochę na moim pulsie. Nadszedł drugi i mój końcowy  etap tj. 180 km na rowerze. Ostatnia modyfikacja moich założeń startowych była taka że jeśli zacznę ewidentnie odczuwać wpływ jazdy ma moją kontuzję objawiający się bólem który według zaleceń powinien stawiać znak stop dla każdej aktywności, to przerwę. Wolałem zdrowie niż pełne 2/3 Ironmana. W trakcie przygotowań bywały takie momenty kiedy odczuwałem że jazda na rowerze nie do końca  jest neutralna czy to kiedy dodawałem mocy na trenażerze czy to w trakcie nielicznych jazd na zewnątrz kiedy wiało a ja starałem się utrzymać jakąś sensowną prędkość. Nie znałem trasy w Gdyni,  ale wiedziałem że płaska nie jest i tego się obawiałem jeśli chodzi o moje dolegliwości. Nie przejechałem też w trakcie przygotowań za jednym razem więcej  niż 90 km a tylko 3 razy powyżej 50. Moje obawy wzrosły  już po kilku kilometrach od startu. Nie jeździłem jeszcze nigdy w górach ale na tej trasie ciężko o niej pomyśleć inaczej niż górskiej właśnie. Długie i krótsze podjazdy o różnym stopniu nachylenia powodowały że żeby jako tako się posuwać do przodu,  trzeba było mocno cisnąć a i tak średnia niewiele przekraczała 25 kmh z odcinkami na których sukcesem było jechanie 10-15 kmh. W połowie pierwszej z dwóch pętli podjąłem decyzję że nie przejadę całości bo już odczuwałem silne bóle przy mocnym deptaniu na pedały w trakcie podjazdów. Zbliżając się do dziewięćdziesiątego kilometra zacząłem wypatrywać zjazdu w kierunku mety. Na to że jest jakiś rozjazd wskazywał również ustawiony znak. Kiedy dojechałem do kolejnego skrzyżowania,  które według mojej analizy powinno być tym na którym trzeba było skręcić aby dojechać do Gdyni nie dostrzegłem żadnych wskazówek typowych dla takich rozjazdów (meta; druga pętla) jechałem więc dalej, tym bardziej że dalej też pojechało kilku zawodników którzy według mojej oceny powinni już zjeżdżać do mety nie tak przedwcześnie jak ja. Ale z kolei dalej   po drodze ujrzałem jednego czy dwóch którzy wyraźnie zawrócili. Nie wiem czy tak jak ja chcieli zakończyć wcześniej i tak jak ja pojechali za daleko, czy przejechali ten zjazd kończąc już drugą pętlę. W każdym razie po kolejnych paru kilometrach kiedy ewidentnie jechałem w „złym” kierunku, postanowiłem szukać drogi do Gdyni niezależnie od trasy zawodów. Było o to trochę błędem jak się później okazało. Wyłączyłem licznik pokonawszy 105 km i zacząłem przepytywać o drogę. Jeszcze zanim to zrobiłem  zmagałem się   ze sobą czy nie zrealizować wcześniejszego planu i nie ukończyć całego etapu. W końcu zostało mi „tylko” ok 80 km, trasę już znałem a też nie czułem się jakoś wykończony tymi podjazdami wręcz pod koniec  jechałem szybciej z mniejszym odczuwalnym i mierzalnym pulsem wysiłkiem niż na początku. Ale ból w pachwinie przypominał mi o mojej kontuzji i że te pozostałe kilometry które pokonam może przedłużą leczenie albo jeszcze pogorszą mój stan. Odpuściłem. Postanowiłem nie wracać do owego rozjazdu tylko pojechać drogą wskazaną przez lokalnych mieszkańców. Dawało mi to też możliwość uniknięcia niepotrzebnych tłumaczeń co do statusu mojego ścigania gdybym dojechał do mety trasą zawodów, no i wreszcie pozostawiało w moich rękach rower którego nie musiałem zostawiać w strefie zmian, a wiedziałem że  ciężko go będzie wydobyć gdybym chciał się zwinąć ostatecznie z imprezy wcześniej niż o 18 kiedy rowery miały  być wydawane. Każdy  kij ma oczywiście dwa końce. Rower pozostał w moich rękach za to ponad dwadzieścia kilometrów bujałem się po nieznanych drogach, zaliczając duży ruch, kiepską nawierzchnię, objazdy i miejsca zupełnie nienadające się do jechania moim rowerem Jakoś jednak dobrnąłem bez większych przygód nie licząc upadku już w „obszarze” mety tuż przed namiotem w którym miałem zdeponowane rzeczy, jadąc po ścieżce w której była wyrwa wypełniona piachem z plaży. W przeciwieństwie do poranka startowego kiedy oprócz  startujących, obsługi i kryjących się pod parasolami z powodu opadów kibicujących nie było nikogo, kiedy dotarłem tam po południu cały obszar wypełniał „jarmarczny” tłum turystów głównie zainteresowanych polowaniem na wolne miejsca w kanajpkach, pamiątkami „z gór” oraz innymi atrakcjami oferowanymi w nadmorskich miejscowościach. Jakoś odeszła mi ochota kibicowania zawodnikom w tej atmosferze. Postanowiłem zakończyć swoją przygodę z brandowym Ironmanem a zawody w Gdyni odłożyć na tę samą półkę na której leżały odkąd zacząłem swoją przygodę z triathlonem. Odebrałem szczęśliwie resztę swoich rzeczy ze strefy zmian, potkwiłem  trochę  korkach i po 12 godzinach od wyruszenia z Chałup zmierzałem tam z powrotem. Tak nie zostałem Ironmanem. Moja  kontuzja trwa dalej a ja rozmyślam.

Chyba nie dane mi jest zostać ultrasem.

Po ubiegłorocznym DNF na trasie Ultra Hańcza -67 km i nieodbyciu się Maratonu Kampinoskiego, mój cel biegowy cały czas nakierowany był na ultra. Fascynację długimi dystansami podkręcały podcasty z ultrasami na nowo odkrytym kanale Black Hat Ultra. Do tego filmy na You Tube ze stu i więcej milowych biegów. Po raz kolejny idea ultra biegów w terenie zawładnęła mną spychając trathlon na miejsce „zwykłego” sportu. Chyba też swoim zwyczajem żałowałem że Ultra Hańczę odpuściłem a wiedza przyswojona w ramach nowej edycji poznawania świata ultra biegów, wykazała mi że odpuściłem za bardzo negując formułe pokonania tego dystansu w sposób mieszany a nie tylko biegiem. Ale też ta sama wiedza pokazała mi że nie ma co się porywać na ultra biegając kilkanaście kilometrów tygodniowo. Czas kolejnych obostrzeń który nastał od października, w zasadzie wyeliminował pływanie z mojego typowego zestawu aktywności. Ponieważ starty triathlonowe i tak były sprawą odległą tradycyjnie odstawiłem zimową porą rower i postanowiłem spróbować poważnie przygotować się do startu w ultra na wiosnę. Ultra Hańcza w kolejnej edycji wyznaczona została na początku kwietnia 2021. Zaraz też po tym jak się na nią zapisałem, pojawiła się Łemkowyna,  o której dawno już myślałem,   w wyjątkowej edycji wiosennej w połowie maja. Zapisałem się więc i tu i tu. Na pierwszy ogień 67 km po suwalskich wzgórzach na drugi 70 km po górach Beskidu. Na przetarcie ustawiłem sobie jeszcze powtórzenie w lutym Śnieżnej Odysei którą pierwszy raz przebiegłem  tuż przed pandemią w 2020 r. Żałowałem że żaden z tych biegów nie mogę przypisać wprost do 60 rocznicy urodzin które wypadają w marcu więc jeszcze trochę kombinowałem jakby tu przebiec gdzieś w marcu urodzinowe 60 km. Papier wszystko zniesie ale trzeba się jednak było wziąć za porządne bieganie. No to się wziąłem. Wyznaczyłem  sobie nawet tygodniowe cele biegowe sięgające  po paru tygodniach dystansu 60-70 km tygodniowo a w okolicach Łemkowyny dochodzące nawet do 100 km.  Zima w tym roku jednak pokazała że istnieje i warunki do biegania były ciężkie. Bieżnia odpadała z powodu lockdownu, trzeba więc było się pogodzić z bieganiem w śniegu i mrozie. Zwiększałem dystans stopniowo starając się zachować regułę 10% tydzień do tygodnia z jednoczesnym wplataniem coraz dłuższych jednorazowych wybiegań. Ponieważ każdy ustrukturyzowany trening pasuje do mojej mentalności jak pięść do nosa to  każdy tydzień wyglądał inaczej. Czasami po 6 biegów czasami 4 lub nawet trzy, jak więcej to krótsze jak mniej to dłuższe. Założyłem jednak że jest to też dobry czas na kolejna próbę zdobycia dobrej wydolności poprzez pilnowanie niskiego pulsu. Nie spieszyło mi się też z powodu braku planów na krótkie dystanse. Chyba też po raz pierwszy zacząłem wyraźnie odczuwać poprawę wydolności po paru tygodniach takiego biegania. Dryft pulsu był niewielki i mogłem tym samym tempem biegać 15 i więcej km. Ponieważ koncertowo zignorowałem swoją obecną przypadłość nie jestem sobie nawet w stanie przypomnieć kiedy dokładnie się pojawiła. Dość powiedzieć że zacząłem odczuwać ból w podbrzuszu w trakcie coraz dłuższych biegów. Ponieważ nie był on zbyt dokuczliwy i praktycznie przestawałem go odczuwać kiedy nie biegałem, schowałem go na pewien czas do szuflady  i opatrzyłem etykietą słabe mięśnie brzucha. W ślad za tym poszły ćwiczenia typu „brzuszki” które miały załatwić temat w perspektywie jakiegoś czasu. Ból jednak nie przechodził a pojawiał się też kiedy kichałem lub kaszlałem. Dalej jednak nie przyszło mi do głowy że to kontuzja   czy że to kontuzja spowodowana przez bieganie. Ta bezmyślność trzymała się mnie pewnie ze dwa miesiące. W tym czasie doszedłem już do stanu w którym nieprzyjemnie mi się robiło na myśl że mogę kaszlnąć lub kichnąć bo wiedziałem że zaboli i to porządnie. Biegałem, robiłem brzuszki, grałem w tenisa i pojeździłem też trochę na nartach. Wszystko to z bólem. I wreszcie przyszło mi do głowy poczytać o moim problemie. No i się zaczęło. Naruszone przewlekle ( przez moją głupotę)  przyczepy mięśni  przywodzicieli i parę innych „drobiazgów”. Wersja optymistyczna – kilka tygodni, mniej optymistyczna to ta  obecna. Moje bieganie skończyło się w drugiej połowie marca w okolicach 60-tych urodzin tj. wtedy kiedy w swoich wcześniejszych planach myślałem o 60 km na 60 urodziny. Śnieżna Odyseja odpadła wcześniej jednak wtedy bardziej z powodu Covid niż kontuzji. Ultra Hańcza i Łemkowyna poszły w piach już jednak z jej powodu. Jest koniec maja i nic nie wskazuje żebym miał wrócić do biegania. Kilka krótkich testowych truchtów na przestrzeni ostatnich tygodni w dalszym ciągu wskazuje na to że łatwo nie przejdzie. Pod koniec okresu niefrasobliwej niewiedzy ból się pojawił też w innych miejscach już bezpośrednio atakując „biegowe” mięśnie. Jeżdżę na trenażerze na rowerze  choć nie mam w stu procentach  pewności czy to dobry pomysł a wraz z otwarciem basenów zacząłem pływać. Co z tego będzie – czas pokaże.

2020

Zaczął się jeszcze normalnie. Po biegu górskim na południu Polski, następna impreza biegowa w której wziąłem udział była na przeciwległym  końcu, tuż nad Suwałkami w Wigierskim Parku Narodowym. Śnieżna Odyseja, tym razem tylko z nazwy bo śniegu nie było wcale. Bieg na 28 km nie wydawał mi się jakimś wielkim wymaganiem porównując z tym co przebyłem  u podnóża Tatr parę tygodni wcześniej. Na samym początku był wymagający terenowo bo pierwszy kilometr był praktycznie po bezdrożach i na dzień dobry witała nas rzeczka, którą trzeba było pokonać „po palach” starając się nie skąpać w lodowatej wodzie. Dalej już było normalnie jak to w puszczy. Trochę płasko ale w większości jednak niewysokie podbiegi i zbiegi. Teren przeuroczy. Po 20 kilometrach z niepokojem zacząłem odczuwać mocno narastające zmęczenie i niewielkie póki co skurcze. W rezultacie dotarłem do mety bardzo mocno sponiewierany jak na moje oczekiwania od tego biegu. Tempo słabe, puls wysoki, mięśnie skatowane  jak po maratonie podczas pełnego dystansu triathlonowego.

Zdecydowanie mniej biegania oraz w większości bardzo krótkie dystanse w całym 2019 roku, pokazały mi że nie da się z tego polecieć spokojnie na czymś dłuższym niż półmaraton, a nawet więcej biegania w ostatnim miesiącu dużo nie dało a być może wręcz skumulowało  zmęczenie.   Jako że byłem już zapisany na kwiecień na 67 km, musiałem się wziąć do roboty. Dlatego następnych kilka  tygodni w lutym biegałem dość solidnie choć przeważnie na bieżni mechanicznej. Później przyszły ferie a zaraz potem Covid i lockdown. Bieg na  67km  został odwołany  a  moje bieganie ze względu na wprowadzone zakazy zostało odłożone na ponad miesiąc. Kiedy już do niego  wróciłem było to bieganie podtrzymujące i formę i zdrowie jednak  bez przeciążeń i przygotowywania się pod dłuższy bieg. Niezbitą korzyścią z tego okresu był natomiast powrót  do prób biegania w butach minimalistycznych oraz ćwiczenie oddychania nosem. Spałem i biegałem z ustami zaklejonymi plastrem, często wywołując szok u mijanych na trasach ludzi. Kiedy jakiś czas wcześniej  podjąłem kilka prób spania z plastrem na ustach, nic z tego nie wyszło. Tym razem jednak pewnie z powodu kompleksowego podejścia do tematu zaczęło wychodzić i podczas spania i podczas biegania. Na jakość snu wpłynęło to niesamowicie i kontynuuję  to do tej pory, czasami nawet uda się oddychać  w większości przez nos podczas spania bez plastra. Bieganie z plastrem jednak przerwałem kiedy pojawiły się perspektywy startów w lecie,  tak jakoś pod hasłem „przygotowań” do tych startów. Rolercoaster startowy czyli odwoływanie, przekładanie i przywracanie zawodów triathlonowych na które byłym już od wielu miesięcy zapisany,  spowodował,  że wystartowałem tylko w lipcu na ¼ IM w Gołdapi a na początku września na połówce w Malborku. Brak pływania nie dał się tak bardzo we znaki ale generalnie nie napinałem się ani na jednych ani na drugich zawodach, ciesząc się głównie z tego że w ogóle mogłem wziąć w nich udział bo dawały mi motywację do wcześniejszego i późniejszego regularnego ruszania się .

W sierpniu natomiast wystartowałem jeszcze w ciekawej imprezie na którą składało się 12 km roweru, 8 km kajakiem po jeziorze, 36 km roweru oraz na deser 15 km biegu czyli w suwalskim „Predathlonie” Nie mając praktycznie żadnego przygotowania kajakowego, najbardziej obawiałem się tego etapu całych zawodów. Dzień zawodów zaczął się od deszczu, który z niewielkimi przerwami towarzyszył nam prawie do mety. Dojechałem wieczorem na miejsce rowerem z pełnym ekwipunkiem do noclegu. Noc spędziłem w namiocie nieopodal miejsca startu i musiałem pozbierać się zanim na dobre się rozpadało, żeby nie zwijać mojego biwaku w mocnym deszczu. Było chłodno i wietrznie. Pierwszy 12 kilometrowy odcinek rowerowy po Suwalskich wzgórzach pokazał że lekko na tym rowerze nie będzie ale póki co bardziej obawiałem się jak poradzę sobie na kajaku. Trzeba było dopłynąć z jednego końca jeziora Hańcza na drugi i z powrotem. Po pierwszych kilkudziesięciu metrach moje obawy się potwierdziły. Mocny wiatr wiejący z jednego boku od przodu powodował że praktycznie można było tylko napędzać kajak z jednej strony bo wiosłowanie z drugiej od razu zmieniało tor płynięcia na do brzegu. Po 500 metrach nie miałem optymizmu co do całego przedsięwzięcia ale trzymał mnie dalej fakt że nie byłem na szarym końcu i jakoś w miarę przesuwałem się do przodu nie czując utraty sił. Dopływając do końca jeziora mój optymizm wzrósł,  szczególnie w oczekiwaniu wiatru z tyłu w drodze powrotnej. I tenże wiatr,  który jak na złość osłabł nie przeszkadzał już tak bardzo w drugiej części  choć też niewiele pomagał. Zdziwiony czasem pokonania etapu,  który był dużo lepszy niż zakładałem przed zawodami, przesiadłem się na rower. Byłem mocno wychłodzony po tym jeziorze, na szczęście ubrałem się dość porządnie a niektórych telepało tak że nawet mocne kręcenie niewiele ich rozgrzało  przez pierwsze kilometry.  Szutr lub wręcz piaszczyste drogi namoknięte przez padający od kilku godzin deszcz stworzyły bardzo ciężką powierzchnię do przemieszczania się. Gdzieniegdzie nie dawało się nawet przejechać przez błoto. Nie dawałem też  rady podjechać pod strome wzniesienia, których sporo było na trasie.  Udało mi się natomiast samemu nie unurzać się  w tym błocie, pomimo dwóch wywrotek ale tyle błota nawbijało mi się pomiędzy koła a ramę i hamulce że koła mi się wreszcie zablokowały. Okazało się że rowerowy odcinek był dużo cięższy od kajaka. Dodatkowo dwa razy zgubiłem drogę i dzięki temu nadrobiłem kilka kilometrów. Odcinek biegowy pomimo  stromizm i konieczności podejścia pod jeden z najwyższych suwalskich  „szczytów” był deserem choć już na mecie czekał mnie kolejny deser, konieczność odłączenia kilogramów błota z roweru. Ukończenie tych zawodów dało mi dużo radości pomimo znacznego upodlenia. To moje drugie doświadczenie z suwalskimi startami, które dopisałem do tych  lubianych.

Tydzień później powrót do tradycyjnego triathlonu i  start w Malborku na „połówce”. Start zapamiętam głównie z kilometrowej kolejki po odbiór pakietów- prawo epidemii. Poza tym było spokojnie. Nie zakładałem ciśnięcia na maxa ale chciałem wszystkie etapy pokonać płynnie. Pływanie charakteryzowało się najzimniejszą wodą odkąd startuję w Malborku, czas przyzwoity. Trasa rowerowa wietrzna, bardziej niż dwa lata temu, mniej niż kiedy startowałem pierwszy raz w 2017 i rower prawie mnie zamęczył. Dotarłem spokojnie do mety,  przyspieszając nawet na ostatnich kilometrach biegu ale w sumie dwadzieścia minut wolniej niż mój najlepszy wynik na tym dystansie. Trochę zazdrościłem  startującym na dystansie pełnym. W końcu Mistrzostwa Polski w czasie pandemii to coś w czym chciałoby się uczestniczyć. Trzeba było się jednak oszczędzać bo za dwa tygodnie czekały mnie przesunięte z kwietnia zawody Ultrahańcza  na których miałem biec 67 km.

Zarówno Predathlon choć z krótkim  dystansem biegowym jak i start w Malborku, miały dać mi przygotowanie pod bieg ultra. W jednym i drugim przypadku ponad 6 godzinny wysiłek, podobny choć zakładałem że minimum godzinę dłuższy czekał mnie na biegu ultra. Pytanie tylko czy trzy takie starty w ciągu trzech tygodni to nie za dużo i czy mój organizm nie jest za bardzo zmęczony na kolejny wielogodzinny wysiłek. Nie przekonałem się jednak o tym. Po ok 40 kilometrach zszedłem z trasy i było to mój pierwszy w życiu DNF. Trasa nie była tak górska jak grudniowy Winter Ultra Trail Małopolska, ale w zasadzie składała się z podbiegów i zbiegów o różnym stopniu nachylenia i wysokości. Przygotowanie kondycyjne chyba nie zawiodło, bo kończąc przedwcześnie nie czułem tak wielkiego zmęczenia ale aparat ruchowy okazał się nieprzygotowany na taki dystans. Od czasu kontuzji rozcięgna podeszwowego zawsze staram się zwracać uwagę na pojawiające się swoiste bóle ścięgien. Tym razem zaczął mi dokuczać Achilles i pomny tylu przypadków innych biegaczy którzy zerwali Achillesa, szczególnie w trakcie biegów górskich, postanowiłem odpuścić. Do tego duże zmęczenie mięśniowe, oznaczało konieczność częstszego przechodzenia do marszu a ja chciałem przebiec ten bieg ( tam gdzie można) albo przejść. Może jednak zawiodła głowa i nie powinienem się tak poddać.

Ten start  zmotywował mnie do głębszej analizy moich biegowych poczynań i stwierdziłem że najwyraźniej mój organizm zmniejszył swoją wydolność jeśli chodzi o dłuższe biegi. Niby nie zmniejszyłem ogólnego dystansu przebiegniętych kilometrów w ciągu roku ale były to w przewadze biegi raczej krótsze  i spokojniejsze. Mało startów w porównaniu do lat wcześniejszych oznaczał też  mniejsze przygotowanie organizmu do mocniejszych wysiłków. Oczywiście wiek robi też swoje. W planach miałem po ukończonym biegu ultra odpocząć od biegania ale wycofanie się z tego biegu i moje przemyślenia spowodowały że zapisałem się na maraton Kampinoski w listopadzie i postanowiłem się  konkretnie do niego przygotować w czasie który mi pozostał. Przestałem praktycznie jeździć na rowerze i skupiłem się tylko na bieganiu tym bardziej że pandemia znowu odcięła pływanie na basenie. W efekcie w ciągu czterech tygodni przebiegłem jak na mnie rekordowe 250 km. Ewidentnie mój biegowy stan się poprawił. Przez całe miesiące nie czułem lekkości biegając. Już po kilku kilometrach jeśli nie od początku bieg mnie obciążał nawet wolnym tempem. Tym razem było inaczej,  po dwóch tygodniach, dystans 10-15 km nie był już problemem. Wciąż jednak nie wiedziałem jak się potoczy bieg dłuższy niż 25 km, które patrząc wstecz stało się dla mnie jakąś barierą. Trzy tygodnie przed terminem maratonu postanowiłem pobiec 30km w zakładanym maratońskim tempie. Nie udało się jednak ani z tempem ani z dystansem. Nie byłem optymistą ale działałem dalej. Jeszcze dwa dłuższe biegi w okolicach 20 km dwa i jeden tydzień przed startem nie dały mi jednak wskazówek jaki ten maraton będzie. Na tydzień przed biegiem wprowadzono zakaz imprez biegowych.

WINTER ULTRATRAIL MAŁOPOLSKA -GRUDZIEŃ 2019

Była to jedna z trzech ostatnich biegowych imprez przed pandemią i zarazem mój pierwszy „bieg” górski. Celowo umieściłem słowo bieg w  cudzysłowie,            albowiem więcej w tym było podchodzenia pod górę a często też zsuwania się po kamieniach w dół,  niż biegu do jakiego przywykłem pokonując różne dystanse na płaskim. Zapisałem się na dystans 36 kilometrów, nie chcąc przeginać. I dobrze zrobiłem. Kilka lat wcześniej na fali biegowo triathlonowej,  byłem na tę imprezę zapisany na 48 km ale kontuzja wykluczyła mnie z udziału. Tradycyjnie więc chciałem zamknąć porachunki z tą  nieukończoną a właściwie „niewystartowaną” imprezą, ale podszedłem do tego bardziej realistycznie zmniejszając pierwotny dystans. Przewyższenia prawie 2000 metrów niewiele mi konkretnie mówiły,  także niewiele mówił mi profil trasy z pięcioma większymi podbiegami i następnie zbiegami oraz z dwoma mniejszymi. Po prostu nie mając żadnego doświadczenia w bieganiu po górach,  nie byłem w stanie tak naprawdę ocenić ani tej trasy ani tego jak mi się to uda pokonać. Wiedziałem tylko że będzie ciężko. Dobijając  na płaskich biegach do swojego maksymalnego pulsu, nie mogłem tego raczej przebić ale mogłem oczywiście paść i nie być w stanie biegu ukończyć. Impreza odbywała się w połowie grudnia. Postanowiłem odbyć ją „budżetowo” i  hardcorowo zarazem. Podróż na miejsce odbyłem pociągiem i autobusem, mając ze sobą plecak a w nim oprócz wyposażenia na bieg, także namiot i śpiwór. Postanowiłem zanocować pod gołym niebem. Po wizycie w biurze zawodów i odebraniu pakietów, resztę wczesnego wieczoru spędziłem w knajpie, po czym w ciemnościach wyruszyłem na miejsce startu do którego trzeba było podejść ok. dwóch kilometrów. Podchodząc,  co prawda z większym niż na bieg obciążeniem, myślałem z niepokojem co będzie następnego dnia bo czułem się mocno zmęczony tym krótkim odcinkiem.  Niedaleko bazy z której miał się rozpocząć bieg, wlazłem w krzaki i rozstawiłem swój malutki namiocik. Pierwsza nauka to taka że ten typ namiotu niezbyt naddaje się na warunki zimowe. Dobrze że nie padało bo praktycznie musiałem wszystko robić na zewnątrz a do namiotu wsunąć się tylko od razu  do śpiwora a całą operację ranem powtórzyć w odwrotnym kierunku. Nie było mi przesadnie ciepło ale ubrany w puch i w puchowym śpiworze z dodatkowo w nogach dołożoną folią termiczną przetrwałem noc w miarę śpiąc. Po dotarciu do bazy rano miałem już „komfortowe” warunki do przebrania pod dachem. Nie mając doświadczenia z takim bieganiem i warunkami „przeładowałem’ swój biegowy plecak, niepotrzebnie o pewnie ze dwa kilogramy. Wreszcie ruszyliśmy i po kilku minutach pierwsza niespodzianka w postaci tego że właściwie wszyscy dookoła mnie „grzecznie” szli pod górę. Był to chyba jeden z najdłuższych i najbardziej stromych „podbiegów”. Piesza procesja jaka się odbywała na ten pierwszy szczyt wpłynęła na mnie uspokajająco. Pomyślałem że jak tak to ma co do zasady wyglądać to dam radę. Nawet trochę osób wyprzedziłem ale było tak gęsto i ciasno że wymagało to właściwie wychodzenia poza trasę. W miarę upływu czasu przy tym pierwszym podejściu, narastało zmęczenie i kiedy dotarliśmy na szczyt poczułem ulgę. I tu pojawił się pierwszy cios tej dyscypliny. Praktycznie po kilku minutach w miarę płaskie się skończyło i całą z mozołem zdobytą wysokość trzeba było oddać udając się tym razem w dół. Jednak w przeciwieństwie do drogi w górę, od szczytu  zaczął się już prawdziwy bieg. Szybko też moje nienauczone do zbiegania nogi zaczęły mnie mocno boleć.

Pierwsza połowa trasy jakoś przeszła przy coraz bardziej narastającym bólu mięśni. Na zbiegach nie wszędzie się dawało biec ale sposób pokonywania trasy prawie już nie miał znaczenia. Ból nóg narastał z każdą minutą. Po pierwszym i jedynym punkcie odżywczym, który był prawie w dwu trzecich trasy, mimo zmęczenia i bólu nóg wydawało się że jakoś w takim biegowo, chodzącym stylu dotrwam do końca. Wkrótce jednak doszła nowa okoliczność w postaci skurczy mięśni. To już nie wyglądało dobrze i praktycznie na pewien czas musiałem  w ogóle odpuścić biegnięcie,  niezależnie czy było w górę, płasko czy z góry. Mając mniej więcej rozeznanie co do twarzy  swojej „grupy”, z którą wspinałem się na początku, widziałem jak  zaczęli mnie dochodzić oraz wyprzedzać Ci którzy poprzednio zostali w tyle. Kiedy  poczułem że skurcze mniej mi zagrażają, zacząłem więc pokonywać  coraz więcej odcinków biegiem. W pewnym momencie po raz kolejny pojawił się asfalt i w dodatku było z góry. Postanowiłem nadrobić wywołane skurczami straty i pomimo że mięśnie paliły mnie już ogniem, zbiegłem dość mocnym tempem  około dwa kilometry, po to żeby na dole asfaltowych serpentyn dowiedzieć się że wraz z biegaczem za którym podążyłem zbiegając, pomyliliśmy trasę. To już nie było miłe. Musiałem z powrotem wdrapać się tracąc w sumie sporo minut. Trochę mnie to zdeprymowało i mocno już byłem wyeksploatowany ale ponieważ do końca pozostało parę kilometrów jeszcze  próbowałem walczyć, podbiegając od czasu do czasu. Ostatnie kilka już jednak tylko szedłem. Po sześciu godzinach i czterdziestu jeden minutach dotarłem do mety plasując się pod koniec drugiej z trzech części ogółu  startujących. Uznałem to mimo wszystko za osiągnięcie ( gdyby nie skucha ze zgubieniem trasy zameldowałbym się może w okolicach połowy stawki)  a całe wydarzenie za udane. Dodatkowym bonusem było spędzenie kilkudziesięciu minut na ciekawej rozmowie z jednym ze zwycięzców edycji, który zgodził się mnie podwieźć do Krakowa i późnym wieczorem, lekko już „oprzytomniały” po   wysiłku tego dnia dotarłem pociągiem do Warszawy a dalej do domu.

Nieudany most

Tak mnie zaskoczył pozytywnie triathlonowy sezon startowy jeśli chodzi o bieganie, że ciągle czułem potrzebę jakiejś weryfikacji poziomu moich biegów bez dodatkowego obciążenia pozostałymi dwiema dyscyplinami. Najpierw zamierzałem to zrobić na dystansie 5 km, ponieważ taki dystans biegałem na zwodach triathlonowych w tym roku. Poza zawodami nie miałem też praktycznie wielu dłuższych biegów,  więc tylko do piątki czułem się przygotowany. Udało mi się znaleźć jakieś zawody w sierpniu ale w ostatniej chwili z powodów około rodzinnych zrezygnowałem. Od początku września zacząłem sobie ustawiać różne biegi na jesień i wtedy też wrócił pomysł sprawdzenia mojej kondycji biegowej w sensie wyścigowym. Okazją  był bieg „przez most” na atestowanej trasie tyle że dystans 10 km. Tydzień wcześniej pobiegłem towarzysko również na 10 km na trailowej trasie w Parku Młocińskim i choć nie był to bieg szybki z punktu widzenia moich najlepszych dokonań,  to okolice  50 minut  na tym dystansie bez poczucia zmęczenia tym biegiem,  wzbudziły moje oczekiwania co do dobrego startu tydzień później. Ale żeby to był naprawdę szybki bieg, poprawiający mój dotychczasowy rekord z 2017 roku, musiałbym pobiec prawie 6 minut szybciej niż owe 50. Te parę minut to jednak przepaść  ale oczywiście apetyt był. Ponieważ na biegu mieli prowadzić zające, zwolniłem się z pilnowania tempa i ustawiłem się w grupie prowadzonej na 45 minut. Założyłem że pobiegnę z nią ze dwie trzecie trasy a na ostatnich kilometrach, jeśli wydołam przyspieszę tak żeby zejść do 44 minut, ewentualnie z paroma sekundami. „Mój” zając przyjął jednak strategię paru sekund na każdym kilometrze szybciej i gdybyśmy tym tempem,  które trzymał przez pierwsze kilometry,   dobiegli do samej mety,  akuratnie wbiłbym się w zakładany rekord. Nie wiem czy on tak biegł do samego końca bo mnie w trakcie 5 kilometra to tempo rozwaliło. Zamiast życiówki, bieg przekształcił się najpierw w totalne odpuszczenie. Przeszedłem do marszu z pierwszym pomysłem żeby już tym marszem dojść do końca „zadowalając” się bardzo dobrym tempem na odcinku prawie 5 kilometrów. Po kilkudziesięciu sekundach oczywiście  odsapnąłem i uznałem że aż tak się nie będę „błaźnił” wiec zacząłem biec znowu aczkolwiek o powrocie do tempa pierwotnego nie było już mowy. Pojawił się wodopój co wykorzystałem do kolejnego odcinka marszowego i po przebiegnięciu kolejnych kilkuset metrów, zbliżyłem się do odcinka specjalnego jakim był most północny. Odcinek ten miał swoją osobna klasyfikacje i nagrodę za najszybsze pokonanie mostu w tę i we tę. Kwaśno ustawiłem siebie w konkurencji najdłuższego pokonywania tego odcinka ale jak wszedłem już na ten most zrobiło mi  się głupio i zacząłem biec ponownie. Znalazłszy tempo które nie obciążało mi ani głowy ani mięśni, pokonałem odcinek mostowy po którym do mety pozostał kilometr z hakiem więc już tak biegłem dalej. Dobiegłem w 48 i pół minuty. Patrząc na tempo poszczególnych odcinków, oczywistą konstatacją było dla mnie to że gdybym biegł  od początku tempem na 46 minut to pewnie nie przeżyłbym tego zjazdu  jaki mnie spotkał biegnąc na początku na 44 minuty a być może nawet  coś by się jednak udało jeszcze uszczknąć. Cóż, nauka kosztuje choć tylko doświadczenie w tym przypadku. Pozytywnym innym skutkiem „nieudanego” mostu było poważniejsze podejście do czekających mnie późną jesienią dłuższych dystansów. Zejście  o połowę z ilości pokonanych kilometrów rok do roku nie może być po prostu zignorowane tak samo jak brak przygotowania do biegu na 10 km jeśli chce się uniknąć „niespodzianek”. Ale jeszcze bardziej ucieszył mnie fakt iż  zmuszenie się do większej ilości biegów zaczęło zwrotnie poprawiać mi ogólną motywację z której brakiem borykałem się przez większość sezonu. Oby tak dalej.

Elbląg i Nieporęt – Podsumowanie startów triathlonowych 2019 r.

Startu w Elblągu nie planowałem wcześniej. Po Gołdapi wypadała półtoramiesięczna przerwa aż do zakończenia cyklu Garmin Iron Triathlon w Nieporęcie w samej końcówce sierpnia. Miałem już za sobą cztery starty cyklowe, co kwalifikowało mnie do tytułu finishera cyklu ale co więcej umożliwiało udział w losowaniu nagrody w postaci samochodu. Żartowałem sobie,  że ten samochód to mój cel sportowy na ten rok,  ale jak się szuka motywacji to każda „wymówka” jest dobra. A jakoś mi tej motywacji do aktywności w tym roku wyraźnie brakowało, przynajmniej porównując z poprzednimi latami.  Kiedy dowiedziałem się od znajomego że w ramach cyklu klasyfikowani są zwycięzcy całego cyklu ( oczywiście w podziale na grupy wiekowe) postanowiłem zwrócić na to uwagę. O  dziwo okazało si,  iż od  zawodów w Augustowie, prowadziłem w  M 50  i utrzymałem to prowadzenie  po  kolejnych zawodach. W ramach tej klasyfikacji liczyły się 4 najlepsze czasy co premiowało tych którzy wystartowali w co najmniej 4 zawodach ale także w tych,  które dawały możliwość osiągnięcia najlepszych rezultatów. Z tego punku widzenia ewidentnym obciążeniem był Płock ze względu na trasę. Jako że rywalizacja wciągnęła mnie jakoś w tym roku, zacząłem się bliżej przyglądać co tam się dzieje w tych wynikach. Po zawodach w Gołdapi miałem za sobą cztery starty ale Płock był w tym koszyku. Pozostawał Nieporęt aby się go pozbyć. Przezorność jednak wskazywała że jeszcze jedne zawody by się przydały jeśli chciałbym się zabawić w  taktycznie opracowane wyścigi. To,  w połączeniu z pomysłem odwiedzenia przyjaciela, spowodowało że wybrałem się do Elbląga. Przyjaciela jednak nie zastałem,  co skończyło się dość bezsenną i kiepsko spędzoną nocą w samochodzie w centrum Elbląga gdzie też znajdowała się strefa startu. Była to zdecydowanie najgorsza noc z tych przespanych do tej pory w samochodzie przed zawodami. Miałem jednak nadzieję że nie wpłynie to mocno negatywnie na dyspozycję w trakcie zawodów. Było mocno ciepło i wietrznie więc już tradycyjnie wymęczyłem się na rowerze. Też tradycyjnie,  ale tylko jeżeli chodzi o ten rok, nie schetałem się jednak  podczas biegu. Z perspektywy czasu dystans 1/8 o ile nie jest skrojony pode mnie w całości o tyle bieg a także chyba pływanie wydają mi się utrafione. Na prawie wszystkich startach w tym roku pływanie miałem poniżej 10 minut a to oznacza zdecydowanie szybsze tempo w porównaniu z dłuższymi dystansami. Odstawało od tej normy pływanie  wykonane w Augustowie ale tam płynąłem bez pianki. Rower był tym najsłabszym ogniwem. Co prawda wszędzie pojechałem powyżej 30 km na godzinę ale było to po pierwsze niewiele więcej i biorąc pod uwagę wcześniejsze najlepsze starty na ¼ czy ½ a nawet pełen dystans, słabe. Po drugie mocno się męczyłem aby tak pojechać co chyba tylko ze względu na wyjątkową predyspozycję do biegu na tym krótkim dystansie po rowerze nie kończyło się biegową katastrofą. Po Elblągu dalej siedziałem na 1 miejscu podium klasyfikacji generalnej ale dwaj moi najgroźniejsi rywale potrzebowali niewiele żeby mnie z niego zrzucić. Tak też się stało po kolejnych zawodach w Brodnicy kiedy byłem na wakacjach. O dziwo jednak ten którego obawiałem się bardziej ze względu na wcześniejsze wyniki nie zakończył tych zawodów w tempie poprzednich. Zostałem wyprzedzony przez drugiego.

Przed zawodami w Nieporęcie teoretycznie wszystko stawało się możliwe. Miałem kilka sekund straty do pierwszego a trzeci  było dość daleko choć na jego wyniku cały czas ciążył start w Płocku, który w Nieporęcie mógł zneutralizować. W Nieporęcie postanowiłem się więc ścigać choć z powodu wakacji znowu wypadł mi na ponad trzy tygodnie rower. Liczyłem jednak na wypoczęty organizm. Bardzo też mocno nastawiłem się na skrócenie czasu spędzonego w strefach zmian. Zdecydowanie w poprzednich zawodach całego cyklu spędzałem tam za dużo czasu a urwanie po jednej minucie z każdej z dwóch zmian, dość istotnie wpłynęłoby na czas ogólny. Zależało mi na dobrym wyniku  w Nieporęcie z jeszcze jednego powodu. W Elblągu były jakieś problemy z pomiarem i zmierzony mi przez system czas pływania był dla mnie zbyt krótki i niewiarygodny. Co prawda w znacznej mierze został on skompensowany czasem w strefie zmian ale nie miałem poczucia że wszystko było ok. Chciałem więc żeby Elbląg nie ważył na moich wynikach całego cyklu bo czułbym się nieswojo z zajętym  też „dzięki Elblągowi”  miejscem na podium. Musiałem więc mieć czas w Nieporęcie lepszy niż w Elblągu. Pływanie poszło mi według  odczucia dobrze a zmierzone nawet lepiej ( ale realistycznie lepiej a nie tak jak w Elblągu). Na rowerze przez pierwszą część trasy nie było jakoś rewelacyjnie ale jadąc z powrotem sporo wyprzedzałem i miałem naprawdę poczucie że jadę szybko. Nie rejestrowałem czasu jazdy na Garminie a tylko licznikiem rowerowym co uniemożliwiło mi sprawdzenie jakie były moje prędkości na kolejnych odcinkach. Kiedy zobaczyłem łączny czas roweru  po zawodach, przyszło rozczarowanie. Był on gdzieś w środku wszystkich tegorocznych startów a nie najlepszy jak mi się wydawało. Wybiegając na ostatnią dyscyplinę miałem jednak  poczucie że jest dobrze. Kiedy przed półmetkiem biegu zobaczyłem biegnącego już po nawrocie najgroźniejszego rywala, wiedziałem że jest pozamiatane. Dobiegłem jednak  dobrym tempem do mety chcąc wyeliminować Elbląg z równania. Ogólny czas był moim drugim w tym roku, zaraz po niedomierzonym Ślesinie więc poszło mi bardzo dobrze. Obydwaj jednak rywale zrobili ten start jak torpedy i zrzucili mnie na trzecie miejsce. Parę lat młodsi, czas robi swoje. Zabawa w wyścigi której się  poddałem w tym sezonie, miała swoje fajne strony. Najważniejsze  jednak że moja wrodzona „nieszybkość” na wyścigach i szczególnie na  krótkich dystansach   nie przeszkodziła mi w osiągnięciu solidnych wyników  ciągle dając mi miejsca w blisko  pierwszej jednej trzeciej wszystkich startujących. 

Gołdap- Apetyt rośnie w miarę jedzenia

Kiedy decydowałem się na startach w 1/8 dystansu Ironman w 2019 roku, nie miałem zbytnich oczekiwań co do wyników a raczej obawy czy w ogóle podołam temu dystansowi w sposób wyścigowy. Moja wrodzona „nieszybkość” równoważona wytrwałością z założenia predestynuje mnie do dystansów dłuższych o czym miałem okazję się już wielokrotnie przekonać. Szybki, krótki dystans to innego rodzaju zmęczenie ale i ryzyko że w pewnym momencie człowiek się zatrzyma  albo zwolni tak bardzo że czas ukończenia zawodów będzie „nieadekwatny” do teoretycznych możliwości. Żeby dobrze przygotować się do takiego dystansu sensownie byłoby, szczególnie w moim przypadku, potrenować szybkość.  Sęk w tym że ten rok miał być aktywnym odpoczynkiem  po kilku ostatnich latach a nie katowaniem organizmu. Dylemat pomiędzy jednym i drugim rozstrzygałem podczas codziennych aktywności  na korzyść relaksu, z bardzo rzadkim przypadkami kiedy jakkolwiek przekraczałem celowo strefę „komfortu”. Wyznaczając teoretycznie osiągalny dla mnie czas, bazowałem na wynikach ¼ Ironmana dzieląc je przez 2 i mając nadzieję że kilka minut z tego jeszcze się uda urwać. Po pierwszych trzech startach miałem już to potwierdzone że się udaje, co więcej plasuje mnie to w okolicach pierwszej trójki ( ostatnie dwa starty to dwa razy drugie miejsce). Start w Gołdapi jest co roku dla mnie szczególny i ze względu na to że tu debiutowałem w triathlonie i przede wszystkim że to „moje śmieci”. Dlatego też bazując na wcześniejszych startach w tym roku postanowiłem się ścigać. Przejrzałem nawet osiągnięcia konkurentów i swoją uwagę głownie zwróciłem w kierunku tego z którym przegrałem o ok. 2 minuty w Augustowie. Pozostali byli albo teoretycznie dalej albo na podobnym poziomie więc z założenia można było powalczyć. Nic tylko nie wiedziałem o Rosjaninie który znalazł się na liście startowej. Wreszcie o nim zapomniałem i kiedy przyszło do startu postanowiłem aktywnie monitorować mojego jak mi się wydawało najgroźniejszego konkurenta. W 1/8 kategorie są 10-cio letnie a mój konkurent 7 lat młodszy także wygranie ew. z nim było nie lada wyzwaniem a bazą do takiego pomysłu była dla mnie zbyt według mnie wolna moja zmiana w 1 strefie, fakt że płynąłem w Augustowie bez pianki, niedosyt średniej prędkości na rowerze i tkwiący w głowie zapas na biegu. W końcu każde z poprzedzających zawodów kończyłem nie upodlony i nie finiszowałem jakoś wybitnie mocno. Te wszystkie elementy, choć szczególne miejsce zajmował wśród nich tradycyjnie rower, składały się w moich kalkulacjach na 2 do 3 minut teoretycznie do urwania co przy założeniu że konkurent poleci tak samo jak poprzednio, dawało szansę go pokonać. Pierwszy raz miałem do czynienia z taką zabawą w ściganie na zawodach triathlonowych. Udało mi się tak ustawić na starcie że do wody wbiegliśmy obaj w tym samym czasie i postanowiłem się go trzymać przez cały etap pływacki i konsekwentnie dalej. Pierwsze kilkadziesiąt metrów jednak zniechęciło mnie do tego planu bowiem co parę metrów się zatrzymywał i wyraźnie coś lub ktoś przed nim go blokowało. Ruszyłem więc w bok i popłynąłem swoje. Był szybszy. Kiedy wbiegłem do strefy zmian on już tam był. Wsiadając na rower jeszcze go widziałem przed sobą ale wyraźnie odpalił i trzymał kilkaset metrów dystansu których nie udało mi się odrobić. To kolejny rok kiedy rower mnie totalnie rozczarowuje. A właściwie nie rower tylko ja na nim. Od zawodów w Piasecznie, kiedy to bez zarzynania się pojechałem ze średnią ponad 33 km na godzinę średnia blisko  liczby 30 stała się moją barierą. W Gołdapi pojechałem ze średnią 32 km ale prawie nie było wiatru i dystans krótki. Ewidentnie brakuje mi siły i jak tylko są jakieś nawet niewysokie ale dłuższe podjazdy to prędkość diametralnie spada a trzymanie jej na jakkolwiek sensownym poziomie okupuję mocnym zmęczeniem. Dobrze że nie przekłada się ono w tym roku na bieg i pomimo tego że etap kolarski okupuję bardzo wysokim pulsem to nie odczuwam tego zmęczenia aż tak bardzo na biegu. Po straceniu mojego konkurenta z oczu co miało miejsce po tym kiedy on zrobił nawrót a ja jeszcze do tegoż dojeżdżałem, zająłem się już tylko sobą i starałem się trzymać dobre tempo. Próbując urwać sekundy startowałem na rower z butami wpiętymi w bloki i tak też postanowiłem z roweru zsiadać. Efekt był lekko komiczno -tragiczny,  bo nie byłem w stanie wyjąć po zatrzymaniu lewej nogi z buta podczas kiedy prawą już stałem na ziemi i siłowałem się tak kilkanaście sekund doprowadzając zablokowaną nogę do lekkiego skurczu. Skurcz ten przypomniał o sobie dokładnie 1200 metrów przed metą prawie sprowadzając na mnie ten stan którego się obawiałem tj. zatrzymanie. Jakoś jednak głową udało mi się „odblokować” nogę ale ostatni kilometr na którym zamierzałem mocno przycisnąć czując w mięśniach i głowie rezerwy, pocisnąłem mniej,  z obawy że skurcz wróci. Skończyłem z czasem kilkadziesiąt sekund lepszym  niż w Augustowie więc poniżej oczekiwań co do parametrów mojego „scigania”. Już tylko ciekawostką było to że wszystkich „nas” rozjechał ów Rosjanin który dał nam ładnych parę minut wciry. Mój konkurent skończył 41 sekund szybciej niż w Augustowie a ja 42 sekundy szybciej. Ale pomiędzy nami pojawili się dwaj inni przy czym jeden wyprzedził mnie o 2 sekundy a drugi ciut ponad minutę,  więc prawdziwa była to walka tyle tylko że niewidoczna ze względu na rolling start  i zupełną nieświadomość że byli tak blisko w zasięgu czasu ale nie wzroku. Apetyt nie został zaspokojony ale cały czas cieszę się z czasu ukończenia i progresu ( choć wkurw na rower rośnie) no i tego że kończę z wynikami znacznie poniżej połowy całej stawki przeganiając  wiekowo odpowiadających moim dzieciom i „prawiewnukom”.

Augustów- „socjalne zawody”

Start w Augustowie, równo tydzień po Ślesinie potraktowałem w pierwszej kolejności głównie jako powód do spędzenia kilku dni na działce na Mazurach oraz okazję do spotkania ze znajomym trathlonistą. Pierwszy element nie wyszedł mi za bardzo,  bo z powodu ograniczeń czasowych, mój pobyt na działce ograniczył się do jednej nocy i poprzedzającej ją połowy dnia spędzonej na koszeniu trawy. Wiedziałem że ta trawa może mnie trochę sponiewierać przed startem tym bardziej że był upał. Założyłem że start też będzie w wysokiej temperaturze,  tak więc dołożyłem sobie jeszcze do „pieca” i po skończonej pracy pogrzałem się jeszcze na leżaku. W nocy przyszła potężna burza i temperatura spadła radykalnie. Do Augustowa dotarłem  w blasku błyskawic  i kończącej się ulewy. Na szczęście start zapowiadał się już bez deszczu a utrzymujące się ciepło w gruncie,  szybko odparowywało pozostałości po ulewie. Kilka godzin pozostałych do startu spędziłem na pogaduszkach ze starymi i nowo poznanymi tritowarzyszami. Po Ślesinie gdzie błąkałem się sam jak kołek, Augustów eksplodował socjalną aktywnością. Socjalny aspekt zwodów zawsze jest doceniany w społeczności. Mi jakoś jednak ciężko wychodzi nawiązywanie znajomości i kiedy jadę na zawody sam bez rodziny to często nie czuję tego socjalnego elementu. Poza tym na długich dystansach jakie przeważały w moim wydaniu w ostatnich latach, starty o świcie i kończenie wieczorem nie dają okazji do celebrowania zawodów z pozycji towarzysko rozrywkowej. Na krótkim dystansie tego czasu jest mnóstwo bo startuje się późno i kończy wcześnie. No ale jak za bardzo nie ma do kogo gęby otworzyć to tym bardziej szkoda. W Augustowie tego problemu nie było. Sam start był więc w pewnym sensie epizodem całej wyprawy tym bardziej  że to już trzeci w ciągu czterech tygodni. Po raz kolejny specjalnym elementem także i  tego startu był etap pływacki. Start falowy tym razem był więc nie było zamieszania jak w Ślesinie ale po raz pierwszy na zawodach startowałem bez pianki. Woda miała 23 stopnie i organizatorzy zachęcali do tego by nie grzać się w piankach. Nie mniej większość zdecydowała się jednak te pianki  ubrać.  Ja się jakiś czas wahałem. Był to dla mnie ciężki wybór bo moje czasy w piance i bez wydawały mi się zawsze kosmicznie inne. Nie pływałem nigdy w piance na basenie,  więc dokładnej różnicy nigdy nie zmierzyłem, nie mniej jednak wyniki danego dystansu na zawodach w porównaniu z takim samym dystansem przepłyniętym na basenie bez pianki dawały mi poczucie że w piance płynę dużo szybciej. Zresztą wystarczyło porównanie pływania na basenie w neoprenowych spodenkach i w normalnych a już ta różnica była znacząca. Mimo wszystko postanowiłem jednak spróbować, wybierając opcję gdzieś po środku bo akurat miałem ze sobą swoje neoprenowe spodenki. Jeśli chodzi o czas pływania to na tak krótkim dystansie nie zakładałem że zbyt dużo stracę a poza tym wiedziałem że trochę  zaoszczędzę czasu normalnie potrzebnego  do zdejmowania pianki.  Po parogodzinnym koszeniu dnia poprzedniego, dziwnie mocno czułem przemierzony w jego trakcie dystans więc i tak wydawało mi się że za bardzo w tym Augustowie nie powalczę i nie liczyłem na poprawę wyniku ze Ślesina który i tak wydawał mi się nieźle wyśrubowany jak na mój stan i możliwości. Tak też się stało, wyniku nie poprawiłem ale znowu nie był on tak nominalnie dużo gorszy bo tylko około minuty a biorąc pod uwagę niedomierzony dystans biegowy w Ślesinie być może suma summarum Augustów był nawet realnie  szybszy. Porównywanie zawodów do siebie jest obarczone dużym marginesem błędu szczególnie jak się nie ma precyzyjnych narzędzi do pomiaru. Ja takowych nie posiadam. Po raz kolejny bardzo byłem zadowolony ze swojego stanu na koniec zawodów a również po nich. Nie „zajechałem” się i to sobie cenię nawet jeśli zajechanie mogłoby oznaczać tak jak w Augustowie 1 miejsce na pudle ( zabrakło mi niecałe trzy minuty do zwycięzcy). Moje drugie miejsce na kilkunastu startujących w mojej dużej kategorii ( 10 lat) w której  jestem już w przedostatnim roku  oraz uplasowanie się w środku całej stawki w zupełności mnie satysfakcjonuje. Teraz miesięczna przerwa i kolejne zawody na „moich śmieciach” w Gołdapi.

Ślesin- nowy wymiar „pralki”

Jak do tej pory największą tzw. „pralkę” na dystansie pływackim przeżyłem kilka lat temu w Piasecznie. Malutki akwen sprawił że tłum zawodników nie był w stanie przemieszczać się płynnie a na bojach nawrotowych ścisk panował taki,  że praktycznie „płynęło” się w pionie. To plus moje indywidualne przypadki na wielu zawodach, kiedy to raz po raz zaliczałem potężne kopnięcia w twarz, wręcz odstręczało mnie od startów na krótszych dystansach. Te dłuższe na ogół mniej okupowane dawały szanse na unikniecie twardych spotkań w wodzie. Zapisawszy się na zawody 1/8 IM z ulgą przyjąłem informację o wprowadzeniu w tegorocznym cyklu Garmin Iron Triathlon  zasady startów falowych polegających na wpuszczaniu do wody zawodników mniejszymi grupami zgodnie z zadeklarowanym czasem pokonania dystansu. Jak się okazało jednak w Ślesinie, zasada dopuszcza wyjątki. Specyficzny układ płynięcia przez dwa połączone kanałem jeziora, sprawił że na pierwszy plan wysunął się tenże właśnie kanał. Zawodnicy dłuższych dystansów mieli swój start falowy a my zostaliśmy stłoczeni wszyscy razem przed kanałem łączącym oba jeziora skąd startowaliśmy wszyscy razem z wody. Parędziesiąt metrów po starcie, akwen się zwęża jako że zaczyna się kanał i przez kolejne 150 metrów nie ma szans na jakiekolwiek rozpłynięcie się na boki. Jedyna ucieczka to do przodu dla najszybszych lub do tyłu dla najwolniejszych. Reszta w tym ja skazana była na płynięcie ramie w ramię co nie dawało praktycznie żadnych szans żeby nie tłuc się wzajemnie. Paradoksalnie jednak tym razem nie byłem stroną „tłuczoną” w takim zakresie i z takimi konsekwencjami jak wcześniej bywało. Mi z kolei „udało” się kilka razy zahaczyć towarzyszy tej niedoli. Oczywiście ten ścisk spowodował że płynęło się co do zasady wolniej. Rekompensatą było urokliwe miejsce, bardzo sympatyczna trasa kolarska ani zbyt nudna ani zbyt trudna i ciekawa trasa biegowa, pozwalająca przyjrzeć się w trakcie biegu na spokojnie wodzie w której niespełna godzinę wcześniej odbyła się wielka młocka rąk i nóg. Trasa i warunki nieporównywalne do Płocka ale wynik lepszy o 10 minut niż ten płocki,  wejście na podium i powyścigowe odczyty pulsu, uznałem za oznakę poprawienia formy sprzed dwóch tygodni  i  odchodzenia „problemu” kolca w stopie definitywnie w przeszłość. Uczciwość każe jednak zwrócić uwagę na jeszcze jeden element jakim było bardziej konsekwentne i zdecydowane niż przed poprzednim startem odstawienie alkoholu. Wreszcie też, uznałem,  że dla zadowalających szybkościowo wyników nie muszę katować się interwałami na treningach ale same zawody potraktować jako element wypracowywania i szybkości i siły. Wejście w pełnię sezonu być może nie będzie tak jak w poprzednich latach, oznaczało więc przerwania treningów metodą MAF i pozwoli przez dłuższy czas kultywować metodę budowania wytrzymałości poprzez aktywność na umiarkowanym poziomie.

Płock 2019

Za mną już trzy tegoroczne starty triathlonowe. Trzymam  się wcześniejszego postanowienia jeśli chodzi o tegoroczne starty, tak więc  były to starty na krótkich dystansach tj. 475 m pływania, 22,5 km jazdy na rowerze oraz 5,250 m biegu. Rozpocząłem sezon w Płocku 26 maja. Poprzedzające ten start 6 tygodni zmagałem się z kontuzją stopy która na większość tego okresu wyłączyła mnie z biegania. Kontuzja najgłupsza z możliwych. Nie spowodował jej żaden bieg czy inny trening ale sprzątanie lasu w ramach lokalnej akcji eko. W trakcie zbierania śmieci w lesie stanąłem na zdrewnianą gałąź z kolcem długości kilku centymetrów. Tenże kolec przebił grubą podeszwę mojego buta i wszedł jak w masło w stopę. Całe zdarzenie potraktowałem raczej lekko nawet mimo to że gumowa podeszwa ciasno trzymała kolec i nie udało mi się go wyjąć tylko musiałem dosłownie wyrwać stopę z buta i w ten sposób pozbyć się z niej kolca. Nie przyglądałem się specjalnie czy pozbyłem się całego kolca  i po usunięciu go wreszcie z buta  kontynuowałem sprzątanie a następnego dnia jakby nigdy nic pograłem sobie  w tenisa. Od tego dnia przez następne tygodnie walczyłem z bólem i opuchlizną, przez długi  czas mając  problem nawet z chodzeniem. Ponieważ po pierwszych dniach kiedy spuchniętą miałem całą  stopę   nie widać było żadnego stanu zapalnego w okolicach ukłucia, doszedłem do wniosku że najwyraźniej gdzieś kolec spotkał się z nerwem i to było przyczyną  bólu który jak się okazało ciągnął się następnie  tygodniami. Na dwa tygodnie przed startem w Płocku, mogłem jednak już lekko truchtać, czując wprawdzie ból ale do zniesienia. Tak więc truchtałem tak sobie zastanawiając się co z tego będzie. Start na krótkim dystansie, zakładając że chce się „pocisnąć” a nie tylko pospacerować, jest całkiem sporym wyzwaniem. Wiedziałem że moja ogólna kondycja, choć niespecjalnie trenowana w ostatnich miesiącach powinna sobie poradzić z półtoragodzinnym wysiłkiem ale dość ciężko było mi wymyślić jakie miałoby być tempo poszczególnych etapów żeby nie paść przed końcem. Postanowiłem więc zrobić to na czucie choć z założeniem że będę próbował cisnąć. Nie zamierzałem patrzeć na puls bo wiedziałem że będzie bardzo wysoki ale zdecydowałem się go rejestrować, żeby sobie obejrzeć rezultat po zawodach. Start w Płocku jest dość specyficzny ze względu na kilometrowy dobieg do roweru po etapie pływackim w tym kilkaset  metrów pod górę,  w pewnym momencie  ostro i wreszcie po schodach. Ponieważ start był falowy więc ustawiłem się wg. moich obliczeń  co do zakładanego tempa pod koniec drugiej fali. Było to błędem bo na tym dystansie startuje dużo debiutantów,  którzy przeszacowują swoje możliwości i w efekcie zamiast typowej  pralki startu wspólnego miałem pralkę związaną z ciągłym  wyprzedzaniem  co też jest i stresujące( że ktoś kopnie) i męczące,  bo prawie cały czas głowa musi być w górze i obserwować co się dzieje. Ale efekt tej był nadspodziewanie dobry. W miarę żwawo pokonałem też dobieg do roweru. Przed startem dowiedziałem się że czeka mnie ostry zjazd niedaleko początku etapu rowerowego  a następnie równie ostry podjazd. Radzono aby na zjeździe rozpędzić się maksymalnie skracając w ten sposób wysiłek na podjeździe.  Nie trenując wcześniej tego typu atrakcji, zjazd potraktowałem jednak zachowawczo a na podjeździe  ostro cisnąłem. Efekt był taki że jak się podjazd skończył to parę osób połknęło mnie zaraz po nim bo byłem mocno wypompowany. Dogoniłem je dopiero w okolicach połowy dystansu i spokojnie odjechałem im na drugiej połowie. To pokazało że przegiąłem na podjeździe i zresztą post factum potwierdził to horrendalnie wysoki puls jaki tam uzyskałem, wyższy nawet niż na końcówce  biegu. No ale potraktowałem to jako naukę. Na biegu po prostu starałem się biec tak aby nikt mnie nie wyprzedził. Efekt końcowy był zadowalający z każdego punktu widzenia. Nadspodziewanie dobre pływanie choć nie wiem do końca czy  dystans był domierzony, niezły rower no i przetrwanie biegu w miarę równym i w miarę szybkim tempem bez dolegliwości ze strony stopy która tylko lekkim kłuciem przypominał mi o wbitym  w nią półtora miesiąca wcześniej kolcu. Czwarte miejsce w mojej grupie wiekowej i pierwsza połowa stawki ogólnej a poza tym bardzo dobre samopoczucie na mecie   dopełniły  obraz ogólnego zadowolenia. Dziegdziu dolał tylko epizod rowerem któremu udało się spaść na maskę samochodu w trakcie powrotu z zawodów. Los który pozwolił mi uniknąć udziału w kraksie w trakcie zawodów, wywołanej przez upadek rowerzysty jadącego przede mną odebrał swoje za sprawą mojego gapiostwa i nieprzymocowania prawidłowo roweru do bagażnika dachowego.