Trzy Połówki kolejno – napisane lipiec 2017


Po ukończeniu zawodów na dystansie długim w Poznaniu w ubiegłym roku, rozsypał mi się worek z planowanymi startami. Zapisywanie się na zawody triathlonowe z dużym wyprzedzeniem jest jak zauważyłem  normą wynikającą z rynkowych warunków – wcześniejsze zapisy + niższa opłata, a często też i często konieczności – zapisy na oblegane imprezy trzeba robić szybko bo można się nie załapać. Oczywiście może to być pułapką w przypadku wypadków losowych, kiedy nie da się wystartować. Dla mnie okazało się inną pułapką. Ten rok 2017  to już na pewno jakiś mój rok kryzysowy. Motywacja spadła mi bardzo choć nie wiem do końca czy to tylko problem motywacji do startów czy też w ogóle ogólny kryzys. Dobrze chociaż,  że  większość startów na ten rok mam już za sobą ale chyba głownie  dzięki inercji. W tym trzy zawody na dystansie 1/2 Ironman na przestrzeni niewiele ponad 1,5 miesiąca.

Najpierw na początku czerwca Samorin na Słowacji. Ubocznym  skutkiem ukończenia przeze mnie z dobrym wynikiem pełnego dystansu w Poznaniu na zawodach organizowanych przez Challenge, było zakwalifikowanie się na organizowane przez tę  firmę mistrzostwa na początku czerwca 2017 na Słowacji na dystansie  1/2 Ironman. Miejsce jak i oprawa zawodów a także sporo triathlonowych gwiazd pro które tam startowały, przydały tej imprezie i rozmachu i prestiżu. Ja dla „przeciwwagi”  postanowiłem wziąć w niej  udział na „spartana”. Po wypróbowaniu noclegu w samochodzie tydzień wcześniej na zawodach w Gniewinie, postanowiłem to powtórzyć również na Słowacji. Wyjechałem z domu wcześnie rano w dniu poprzedzającym zawody tak, aby dojechać o godzinie pozwalającej na spokojne zarejestrowanie się i udział w przedstartowych informacyjnych ewentach a także wieczornej pasta party. Ośrodek w Samorin położony kilkadziesiąt kilometrów od Bratysławy, nad Dunajem, w którym mieliśmy pływać, oszałamiał swoją wielkością i infrastrukturą. Jakoś jednak nie byłem w nastroju do radosnej celebracji, co jeszcze zostało spotęgowane zgubienie już na wstępie numeru startowego. Na szczęście się znalazł. Spotkałem znajomych i trochę się pod wieczór rozluźniłem. Niemniej z uwagi na wczesny start, zadaniem było wyspanie się tej nocy. Trochę byłem zażenowany moszcząc się do spania w samochodzie stojącym na parkingu nieopodal  głównego wejścia do kompleksu budynków ośrodka, szczególnie że przez cały  dzień  przewijali się tam zawodnicy w większości przypadków zaopatrzeni w horrendalnie drogie rowery czasowe. Ale  dokonawszy wcześniej w pełni świadomego wyboru co do formuły mojego noclegu, nie stresowałem się tym za bardzo. Zawodami też niezbyt, uznając, że jestem tam bardziej z „przypadku” niż z powodu wyników dających mi podstawy do wygórowanych oczekiwań. Mając niezłe przygotowanie biegowe potwierdzone wiosennymi startami liczyłem tylko  na niezły bieg i że się w związku z tym nie „zajadę”. Co do roweru też wydawało mi się że dam radę nawet w braku długich wyjeżdżeń  treningowych. Podstawę do takiego myślenia dały mi zawody w Gniewinie i przyzwoite zarówno samopoczucie jak i wynik na odcinku kolarskim. Zupełnie nie wiedziałem jak to będzie z pływaniem. Cały czas bolał mnie bark po wywrotce na rowerze sprzed kilku tygodni. Mała objętość pływania też nie nastrajała optymizmem. W Gniewinie nie dane mi było zweryfikować co mi dały treningi z trenerem z powodu zaliczonego kopniaka w twarz i ostrożnego wywijania kontuzjowaną ręką,  więc też nie wiedziałem co mi te treningi i mała objętość zarazem przyniosą.  Pływanie w Dunaju mogło też się wiązać z prądem, który mógł jakoś odcisnąć się na organiźmie.

Okazało się że jednak chyba tego prądu nie było albo był tak mały że nie odczuwalny- płynęliśmy w zatoce rzecznej. Mój „fart” do zaliczania kopniaków w twarz i tym razem nie zawiódł,  jednak kopnięcie było na poziomie znośnym.

Na rowerze  stopniowo robiło się coraz goręcej i pod koniec pierwszej połowy trasy przed nawrotem ( pętla była tylko jedna) dodatkowo pojawił się wiatr i kiepska nawierzchnia kiedy trasa przebiegała po wale nad brzegiem rzeki. Za to Dunaj można było w tym miejscu podziwiać w całej jego okazałości. Etap kolarski ukończyłem bez większych kryzysów. Wyruszyłem jeszcze w miarę żwawo na trasę biegową, której pierwsze dwa kilometry przebiegały w sercu ośrodka i zapełnione były kibicami. Zaraz jednak   tragicznie wysoka temperatura zaowocowała   umieralnią na dalszym etapie  dystansu  biegowego. Bieg  co do którego czułem się najpewniej przed startem okazał się zmorą. Przeplatałem go  licznymi i wydłużającymi się odcinkami marszu. Jakoś jednak dotrwałem do końca, ale po drodze długo rozmyślałem nad sensem tego, co robię. Ogólnie wynik nie odstawał kosmicznie od poprzednich startów na tym dystansie, ale w żadnej mierze nie był adekwatny do  rangi zawodów. Na moje pocieszenie temperatura dała się we znaki wielu innym w tym kilku pro którzy się wycofali właśnie na etapie biegowym.

Kolejna „połówka” to Susz 25 czerwca. Chciałem tam wystartować ze względu na legendę tych zawodów. Z legendy się nieźle uśmiałem podczas oczekiwania na falowy start pływacki. Fale były tylko dwie i wydawało się, że podział na te dwie grupy został dokonany w sposób precyzyjny i nadający się do  klarownego  przekazu. Kiedy jednak ów przekaz zaczął być powtarzany   tuż przed startem, z każdym powtórzeniem a było ich w okolicach dziesięciu, rosła wśród zawodników konsternacja, rozbawienie aż wreszcie obawa czy wiedzą w której grupie mają się ustawić.  Ja skoncentrowałem się na środkowej emocji odbioru, nie mogąc wyjść z podziwu,  jak daleko prosty do wygłoszenia komunikat może zostać przerobiony na kabaret. Może jednak ta impreza miała mieć taki „artystyczny” sznyt. Zaczęło się już poprzedniego dnia na odprawie na której również informacje przekazywane zawodnikom, były bardziej dywagowaniem a nie dyrektywą. Potem nastał czas muzycznego szaleństwa za sprawą występów zespołu Kombi. Mnie ten występ zakłócił mocno wieczorny rytuał. Kolejny raz mieszkałem w samochodzie. Ciesząc się początkowo  z miejsca, w którym zaparkowałem, usytuowanego tuż przy starcie, kiedy w trakcie  przygotowywania  się do snu z głośników ryknęła muzyka, której towarzyszyła dźwiękowa fala uderzeniowa, musiałem je czym prędzej zmienić, bo w tym nie dosyć żebym nie zasnął to prawdopodobnie również ogłuchł oraz wpadł w takie wibracje,  że miałbym problem z utrzymaniem się na rowerze następnego dnia. Po wieczornych perypetiach, rano już było wszystko normalnie. Pogoda dawała nadzieję na zdecydowanie lepsze warunki niż w Samorin. Pływanie i rower przebiegły sprawnie i bez wypadków- tym razem oszczędzono moją  twarz.  Wobec kryzysu biegowego w Samorin, w Suszu  przetestowałem ustrukturyzowany marszobieg zamiast dotychczasowego przechodzenia w marsz z powodu kryzysów na trasie. W sumie nieźle  to wypadło. W efekcie wynik ponad 15 minut ogólnie lepiej niż w Samorin i najlepszy z dotychczasowych.

Na koniec tego połówkowego tryptyku, wystartowałem 23 lipca w Gołdapi, miejscu debiutu w tri i mojego „drugiego” domu. Choć  mój kryzys motywacyjny był w  pełnym rozkwicie, jakoś chciałem tam dobrze wypaść. Wiedziałem że tylko szybki rower da mi może nawet lepszy rezultat niż w Suszu. I tak się stało choć za lepszy rower zapłaciłem zdecydowanie gorszym niż w Suszu  etapem  biegowym. Kontynuowałem  rozpoczęty w Suszu marszobieg wg. metody Galloway’a,  tyle tylko że oderwałem się od zasad które należy w tej metodzie przestrzegać. W drugiej połowie dystansu odcinki marszowe znacznie się wydłużyły. Choć wynik całych zawodów był jeszcze lepszy niż w Suszu, moja spadająca  motywacja w tym sezonie  nie wzrosła. Czekał na mnie za półtora  miesiąca ostatni akcent tego roku w postaci pełnego Ironmana w Malborku i zupełnie nie byłem na to psychicznie przygotowany.

Biegi 2017 -napisane kwiecień-maj 2017

Dziwna to była zima.
Po ubiegłorocznych startach przyplątała się kontuzja kolana. Konsultacje i diagnozy lekarskie nie napawały optymizmem. Ja jednak zdiagnozowałem ją jako przeciążeniową i postanowiłem głównie dać nodze wypocząć. Przez kilka tygodni nie biegałem a i jazda na rowerze prawie nie występowała. Ostał się tylko basen, jako że podjąłem naukę z trenerem. W ramach leczenia kolana dołożyłem tygodniowy post i parę zabiegów jakimiś wiekowymi „urządzeniami” które kiedyś kupiłem i nie do końca byłem przekonany czy do czegokolwiek zbliżonego do tego co moja noga potrzebowała sie nadają. Ale stwierdziłem, że raczej nie powinny zaszkodzić, więc przez dwa tygodnie grzałem sobie lampą kolano na przemian z przepuszczaniem przez nie jakiegoś prądu albo może pola magnetycznego. Pod koniec tej parotygodniowej terapii dołożyłem jeszcze za sprawą rozmowy z kolegą suplement wspomagający ścięgna. W efekcie nie mam zielonego pojęcia, co z tego wachlarza zastosowanych środków mi pomogło ( najbardziej jednak stawiam na odciążenie nogi poprzez przerwę w bieganiu) ale coś pomogło. W okolicach świąt Bożego Narodzenia zacząłem truchtanie i po kontuzji pozostał już tylko niewielki ślad w postaci może lekkiego bólu a może niewygody. Styczeń miał przynieść powrót do regularnego biegania, ale nie przyniósł z powodu choroby. Na dwa tygodnie wyłączyła mnie z wszelkiej aktywności poza oglądaniem po parę godzin dziennie meczów tenisowych.
Na początku lutego znowu zacząłem truchtać i powoli sobie tak truchtałem nie czując się ani źle ani dobrze choć tempo było bardzo wolne a tętno jak na to tempo wysokie. Generalnie byłem słaby. Podjęta na jesieni nauka stylowego pływania doprowadziła mnie do poczucia pewnej beznadziei. Osiągnąwszy całkiem zadowalający jak dla mnie poziom pływania kraulem dający poczucie pewności na dystansie paru kilometrów, dzięki szkoleniu zostałem zawrócony do poziomu walki o pokonanie 25 metrów na basenie. Godzinne zajęcia na basenie wypruwały ze mnie wszelką energię na cały dzień. Dawało mi to jakieś poczucie niemocy rozciągające się nie tylko na pływanie, ale też na wszelkie postacie aktywności. Po raz kolejny okazało się,  że „dyscyplina treningowa” nie idzie u mnie w parze z przyjemnością. Zamiast 2-3 wypraw na basen tygodniowo jak przez ostatnie kilka lat, chodziłem tej zimy tylko raz w tygodniu na zajęcia z trenerem na ogół przerażony i zestresowany. Nie zrezygnowałem z jakiegoś powodu i postanowiłem że dociągnę moją „naukę” do lata. Trochę optymizmu dawał mi fakt, iż z treningu na trening mój próg zmęczenia pływaniem obniżał się, choć daleko mi wciąż do poczucia swobody w wodzie. Od drugiej połowy lutego bieganie stało się już regularne a wobec zbliżającego się startu na 10 km na początku kwietnia, w połowie marca zacząłem sprawdzać jak to jest z moją prędkością. Było fatalnie. Zejście ze spokojnych 6 min/km poniżej 5 min stało się nie lada wyzwaniem a jeszcze ciut niżej prawdziwą męką. Dodatkowo ogólnie psychika mi siadła bardzo mocno. Trochę wróciłem do stanu sprzed kilku lat, kiedy zacząłem stosować aktywność fizyczną, jako siłę napędową mojego funkcjonowania. Zima sponiewierała mnie mocno. · 

Pierwszy start w tym roku 2017  to  Dziesiątka Babicka 8 kwietnia. Start pełen obaw po słabych przygotowaniach. Duża asekuracja okazała się niepotrzebna. Całkiem fajnie się biegło, no i koło domu. Jednak z  ustanowiona rok wcześniej życiówka właśnie na tej trasie nie została pobita. Niewiele zabrakło, tylko parę sekund wolniej niż rok wcześniej i moje asekuracyjne biegnięcie przynajmniej na tym polu nie wyszło na dobre. · 

Mój pierwszy półmaraton pełen radosnej ekscytacji, ale zarazem bólu nowicjusza i to dodatkowo obciążonego kontuzją stopy miał miejsce trzy lata wcześniej w maju w  Węgorzewie. Rok później pojechałem tam znowu zaledwie po miesiącu wznowienia aktywności przerwanej na wiele miesięcy przez niewyleczone rozcięgno podeszwowe. W tym roku wreszcie startowałem na „czysto” z bardzo zadowalającym efektem i życiówką na tym dystansie. · 

W ciągu tygodnia po półmaratonie wystartowałem w dwóch biegach na 10 km. Kwietniowy start w Babicach pozostawił mnie w niedosycie. Dlatego postanowiłem sprawdzić czy uda mi się zawalczyć o jakąś większą prędkość zdopingowany bardzo dobrym wynikiem w Węgorzewie. Pierwszy bieg – „Wegański”, w niedzielę 7 maja był błotno-terenowy i nie dał szans przyspieszenia w stosunku do trasy ulicznej. Drugi trzy dni później, z cyklu GP Żoliborza częściowo przebiegał tą samą terenową trasą co „Wegański”, druga część jednak to już twarde podłoże Bulwarów nad Wisłą. Udało się jednak pobiec zdecydowanie szybciej i odłożyć rekord z Babic do historii. Kolejny sezon „zaniedbałem” rower w okresie zimowo wiosennym. Z ambitnych planów jeżdżenia do pracy nawet w zimie na rowerze nic nie wyszło. Zawsze cis stało na przeszkodzie. Kręciłem trochę na trenażerze. Przyszła wiosna i dalej jakiś nie ciągnęło mnie w trasę. Tym razem jednak istotny wpływ na niechęć w tym kierunku miała seria śmiertelnych wypadków z udziałem rowerzystów. Zdziczenie kierowców doszło do takiego stopnia, że się odechciewa. Nadszedł ostatni weekend przed pierwszymi zawodami tri, a ja nie miałem nawet jednej porządnej jazdy po szosie. Postanowiłem zrobić, chociaż tę jedną 70 km. Efekt- przeszlifowanie asfaltu, liczne otarcia a co najgorsze tak stłuczony bark ze pływanie wykluczone. A za tydzień miałem  płynąć 950 m na zawodach. 

Gniewino – napisano czerwiec 2017



26 maja rozpocząłem sezon startowy w triathlonie na ten 2017 rok. Pierwszy start to  1/4 Ironman w Gniewinie. Ten start był najmniej zaplanowany. Zapisawszy się chaotycznie na cztery „połówki” w krótkich odstępach czasowych w czerwcu i w lipcu, czułem że przesadziłem i przepisanie się z jednej z nich na Gniewino w ramach tego samego organizatora i bez dopłaty, pomogło mi wykaraskać się z niezręcznej psychicznie sytuacji. Po przepisaniu dowiedziałem się że Gniewino ma swój charakterystyczny punkt programu w postaci dwukrotnego podjazdu o dużym stopniu nachylenia, tak dużym że nawet nie dało się niczego podobnego wynaleźć w Warszawie do potrenowania. No cóż, jak się w głowie kołatały myśli o triathlonach w górskim terenie, to dostałem co najmniej namiastkę ich spełnienia. Poobijany po upadku  w poprzedzającym tygodniu, jechałem do Gniewina już głównie na sprawdzenie czy dam radę pływać z ubitym barkiem. Obawy o podjazd na rowerze zeszły na dalszy plan. Odżyły jednak kiedy w przeddzień startu postanowiłem przejechać się po owym podjeździe i jego stromizna ujawniła mi się z całą mocą, kiedy po założeniu łańcucha, który spadł mi w czasie podjeżdżania,  nie byłem w stanie wystartować pod górę. Zawody zapisały się jednak etapem pływackim i to nie z powodu mojego barku. Po przepłynięciu pierwszych kilkudziesięciu metrów  już czułem że dam radę robić normalny ruch do kraula obitą ręką,  byle bym nie starał się nią silnie odpychać. I tak sobie płynąłem raz tylko mając problem z bólem,  kiedy w ramach pływackiej pralki ktoś na mnie wpłynął uderzając mnie w kontuzjowaną stronę. Na sto metrów przed końcem pływania dostałem jednak ( po raz już kolejny jeśli chodzi o moje starty) potężnego kopniaka w twarz, w wyniku którego moje okularki pływackie wbiły mi się w nos. Krew lała się strumieniem a ponieważ nie było jak się obejrzeć,  nie wiedziałem tak naprawdę jak mocno ucierpiałem. Przez kolejne minuty w wodzie i już po wyjściu walczyłem aby zatamować krew, która przeszkadzała mi w przebraniu się do etapu kolarskiego. Wreszcie przycisnąłem sobie do nosa tampon zrobiony z chusteczki i docisnąłem go okularami. Tak „wyposażony” przejechałem pierwszą pętlę rowerową a irytacja spowodowana otrzymanym  kopniakiem, odciągnęła moją uwagę od stromego podjazdu. Jak już go pokonałem raz i udało mi się na pozostałym odcinku osiągnąć całkiem niezłą „podróżną” prędkość, powtórny podjazd nie wydawał się już taki straszny choć oczywiście było to pełzanie nie jazda. Do końca zawodów nic nadzwyczajnego się już nie wydarzyło, choć moje nogi na biegu dawały znać że podjazd nie był nic nie znaczącym epizodem. W sumie jednak, biorąc pod uwagę przedstartowe obawy, start w Gniewinie uznałem za dobry wstęp do tego co miało się zadziać już za tydzień w zawodach na Słowacji. Szrama na nosie wyglądała w końcu  lepiej niżby na to wskazywała ilość krwi z niej tryskającej przez pierwsze minuty. A ponieważ poobdzierany już i tak byłem wcześniej, stanowiła tylko dodatek do poprzednich szram.
 

Bieg Niepodległości -napisane listopad 2016

Maraton Warszawski pozostawił mnie z tyloma oznakami biegowego upodlenia że nawet nie zwróciłem za bardzo uwagi na ból w kolanie jaki się pojawił pod koniec biegu. Ot, jeden z takich bólów które się przydarzają na długim dystansie. Przypomniałem sobie o nim dopiero parę tygodni później podczas Maratonu Kampinoskiego. Tym razem już nie zakwalifikowałem go jako dolegliwość przechodzącą kilka dnia po biegu. Nie było to zbyt trudne i odkrywcze, kolano po prostu nie przestawało boleć. W normalnym użytkowaniu nic się nie działo ale jak tylko zacząłem truchtać po kilku kilometrach ból się pojawiał. Tymczasem zbliżał się termin Biegu Niepodległości na który się zapisałem z czysto socjalno-rodzinnych powodów i dlatego był to ważny bieg. Chciałem pobiec z synem i wnukiem ( wnuk w wózku). Ten układ zresztą częściowo uśpił moje obawy o kolano. Wolniejsze tempo z uwagi na wózek dawało poczucie że wysiłek będzie mniejszy i obciążenie kolana też. Trochę jednak niepokoił mnie fakt, iż każda próba pobiegnięcia niezależnie od mijających od maratonu dni kończyła się tym samym. Na parę dni przed Biegiem Niepodległości najdłuższy dystans bez wyraźnego bólu kolana jaki osiągnąłem to 5 km. Brakowało drugie tyle. Tymczasem okazało się że wnuk najprawdopodobniej „ nie pobiegnie” więc odpadł też wózek. Nie mniej jednak syn zasadził się na wynik sub 50 minut co zinterpretowałem jako 50 minut bez sekund. To dalej nie wskazywało że się będę zarzynał. Ostatecznie zdecydowałem – biegnę a jak będzie naprawdę źle z nogą to się zatrzymam. Ale mimo wszystko myślami byłem na mecie z Maćkiem. Rozpoczęliśmy tempem w miarę zgodnym z zakładanym ciut poniżej 50 i po kilometrze, dwóch oderwałem się od tempa pulsu itp. Biegłem za Maćkiem i plan był prosty aby trzymać się razem i tak też wbiec na metę. Zgodnie z przedstartowymi wskazaniami, ból kolana pojawił się w okolicach piątego, szóstego kilometra. Czułem jednak że tempo które było zdecydowanie wyższe niż ostatnio biegane, i pewnie samo wydarzenie tłumią przykre odczucia związane z kontuzją. Bolało ale skupiałem się coraz bardziej na czymś innym. Maciek zaczął wyraźnie przyspieszać i to już było dla mnie wyzwaniem. Wszystkie moje dotychczasowe doświadczenia wskazywały że najlepiej się czuję biegnąc równym tempem od początku do końca. Zwalnianie to przymus więc nawet jeśli bezpośrednio pomaga to i tak towarzyszy temu dyskomfort. Nawet podczas tych biegów kiedy zdarzało mi się zwalniać do marszu, kiedy zaczynałem biec ponownie, w sposób naturalny wracałem do wcześniejszego równego tempa. Przyśpieszanie z kolei to już bez dwóch zdań sprawa problematyczna. Nie „wchodzi” mi koncepcja „negative split” ( przyśpieszenie w drugiej fazie biegu) i to raczej nie moja bajka. Zależało mi jednak na tej wspólnej mecie z Maćkiem – w końcu po to startowałem. Kiedy zostało 2 kilometry do mety podjąłem jednak decyzję że odpuszczam. Widziałem że Maciek rwie się do przodu ale lojalnie spogląda czy nadążam. Niech robi tą swoją życiówkę, pomyślałem i dałem mu sygnał żeby pędził do przodu. I popędził. Na ostatnim kilometrze pobiegł szybciej o minutę- to już raczej nie moja bajka. Ale w sumie nie byłem niezadowolony choć czułem wyraźnie że czeka mnie pokuta. Zanim to jednak nastąpiło dobiłem swoje kolano maszerując w marszu KOD-u a nad ranem następnego dnia próby przekręcania się z boku na bok wybudzały mnie i stawiały na baczność- bolało jak cholera.

Maraton Kampinoski- Napisane październik 2016

Maraton Kampinoski- chyba dosyć tych maratonów w tym roku.

Tydzień po Maratonie Warszawskim powrót do biegania bo przecież za dwa tygodnie maraton numer dwa. Pierwsza próba nie wypaliła. Organizm zareagował tak jakbym znowu miał biec maraton. Puls wystrzelił do 170 i nawet zwolnienie do marszu nic nie dawało. Dopiero brak ruchu powodował niemal błyskawiczny powrót w okolice spoczynku. Trzeba było „wytłumaczyć” mojemu ja że nie biegamy póki co żadnych zawodów. Pomógł rower i rodzinna impreza. Sygnały były jasne. Wróciliśmy zatem do normy. 5 km przebieżki w kontrolowanym zakresie. Żadnych niespodzianek choć tempo wolniejsze niż wypracowane przed maratonem. Potrzebne było jeszcze parę dni regeneracji.

Może za dużo już tych zawodów w tym roku a może jednak za mało długiego wybiegania. Wszystkie moje tegoroczne długie biegi od pewnego momentu stawały się marszobiegami. Maraton Warszawski był ewidentnie rozpoczęty zbyt szybko i w okolicach 30 kilometra zarówno mięśnie miały dość jak i cała reszta też. Maraton Kampinoski rozpocząłem wolniej, ale też to tempo byłem w stanie utrzymać do ok. 30 km. Potem zwolniłem i to „wbrew” psychice która jeszcze dawała radę aby biec poprzednim tempem. Dopiero kiedy do niej dotarło że jest zdecydowanie wolniej, przestawiła się na tryb rezygnacji z szybszego tempa. Zatem może po prostu wytrenowania wystarcza mi na 30 km ? Przeczy jednak temu wiosenny ultramaraton kiedy równe tempo byłem w stanie utrzymać aż do 45 km. To był z kolei początek sezonu więc z jednej strony mniej w nogach ( mniejsze zakumulowane zmęczenie) ale z drugiej mniej w nogach ( mniejsze wytrenowanie). Czyli dalej nic nie wiem. Po maratonie w trakcie Ironmana z kolei, miałem w głowie teorię że to głównie psychika mnie zwolniła ( tam po 20 km) bo kiedy po zwolnieniu do marszu zdopingował mnie znajomy, przebiegłem z nim całą 10 km pętlę nie odczuwając przy tym ekstra zmęczenia. Ostatnia pętla która biegłem sam była już gorsza ale też nie czułem wyczerpania a raczej pewne znudzenie długością całej zabawy. Ciężko z tego wszystkiego wyciągnąć jakieś jednoznaczne wnioski. Ewidentnie jednak muszę dalej próbować „wybiegać” więcej kilometrów na niższym pulsie i ten wciąż utrzymujący się w trakcie biegów wysoki muszę uznać za istotny sygnał od organizmu. Najbliższe pół roku przeznaczam zatem na budowanie aerobowej wytrzymałości. A sprawdzian jak się to udało będzie 23 kwietnia na Maratonie Łódzkim

Maraton Warszawski -Napisane wrzesień 2016

Jak spieprzyć swój pierwszy Maraton.

Technicznie nie był on pierwszy. Rok wcześniej przebiegłem Maraton Kampinoski a dwa miesiące temu maratoński etap Ironmana. Ale ten „prawdziwy” uliczny pierwszy zdarzył się 25 września w Warszawie jako 38 PZU Maraton Warszawski. Przed dwoma laty, niesiony euforią świeżo upieczonego biegacza chciałem też w nim pobiec. Zamiast tego walczyłem z kontuzją niedoświadczonego biegacza. Tym razem walka się rozegrała już podczas biegu. Głupi niedoświadczony może powiedzieć o sobie naiwny. Głupi doświadczony zostaje z tym ze jest głupi. Doświadczenie dawało prostą wskazówkę co do zakładanego czasu ukończenia maratonu. Wychodziło okołu 4 godzin. Ciut poniżej 4 godzin jak jak na debiut 55 latka wystarczało żeby to uznać za dobry bieg i oznakę dobrego przygotowania i zdrowia. Niby osiągnięty wynik się zgadza, 3:56 z sekundami. Poza tym nie zgadza się nic. Podpuszczony swoją głupotą stanąłem na starcie w grupie biegnącej na 3.40.Taki byłem kozak. Kwadrans w tę czy we wtę – dam radę. Ale przyswajane choć jak się okazuje nie przyswojone prawdy nie dają złudzeń. Królewski dystans nie daje się oszukać w tak dyletancki sposób. Trzeba na nim swoje zostawić. Wysiłek, pot i często zdrowie. Pytanie tylko w jakich ilościach i czy w „normie”. Nawet źle mi się nie biegło na te 3.40 ale puls od razu zameldował się na 160 + i nie miał zbytniego zamiaru schodzić niżej. Po paru kilometrach podjechał w górę do 170. To powyżej wzorcowego poziomu maksymalnego. Oczywiście ten wzorzec u mnie nie działa a mój maksymalny puls plącze się gdzieś w okolicach 190. Ale i i tak te 170 dobre by było na bieg na 10 kilometrów ale nie na 42. Podczas biegu na Ironman po 10 godzinach wysiłku utrzymywałem puls w okolicach 150. I tak powinienem biec ten warszawski maraton. Ale tak nie biegłem. Nawet jeśli na starcie nie byłem jeszcze palantem to byłem już nim bez dyskusji po paru kilometrach kiedy nie skorygowałem tempa w dół tak żeby tętno utrzymywać na przyzwoitym poziomie. Wytrzymałem tak do 25 kilometra po drodze wyrównując prawie życiówkę z półmaratonu. Wysoki rachunek za to płaciłem przez następne 15 km. Warunki płatności były ciężkie i nienegocjowalne. Zaczął się bieg przerywany marszem. W innym razie nie ukończyłbym tej imprezy. Kiedy puls przekraczał 180 i na błękitnym niebie pojawiały się gwiazdy musiałem hamować. Te 15 km to też kilometry skurczy – udało się je na tyle kontrolować że nie dołączyłem do innych stających na poboczu z wygiętymi kończynami. Kiedy czułem że następne mocniejsze zgięcia nóg mogą skończyć się katastrofą musiałem zwolnić. Ale wielokrotne zwalnianie i przyspieszanie było tak „przyjemne” jak ruszanie do kolejnego morderczego biegu zaraz po ukończeniu poprzedniego. Powtarzało się to i trwało na tyle długo że zakuty łeb przyjął chyba na długo porzucone wraz z początkiem tego maratonu zasady. Kiedy ukończyłem Ironmana nie bolało nawet w części tak jak bolało po tym maratonie. A może o to chodziło ?

Polska -Dania -napisane czerwiec 2016

Za mną dwa starty w tym roku. Jak to na ogół się w takim przypadku zaczyna – czas na podsumowanie. Pierwszy start 1/4 IM w Piasecznie był moim pierwszym zmaganiem w tej urokliwej podwarszawskiej miejscowości, od pewnego czasu strategicznie położonej w odniesieniu do innej podwarszawskiej miejscowości w której mieszkam. Wyznacza je możliwość dojazdu za pomocą tras szybkiego ruchu. Drugie zawody to już dystans tzw. średni w Billund (Dania), miejscowości narodzin klocka lego. I w tym przypadku położenie zawodów oferowało dojazd prawie w całości autostradą więc prawie tak jak do Piaseczna. Podobieństw w obu imprezach było jeszcze więcej ale występowały tez różnice. 
Pływanie
Nie wiem jaka jest geneza powstania akwenu w Piasecznie, akwen duński został mi przedstawiony jako twór sztuczny. Stosunkowo też ( jak w Piasecznie) niewielki, pomieścił jednak startujących w taki sposób że można było płynąć. Piaseczyński akwen także pomieścił startujących ale na tym że pomieścił sprawa się kończyła. Być może organizatorzy zawodów w Piasecznie stosują inne mierniki zagęszczenia ludności ( na tego typu różnice ostatnio można się natknąć przy ocenach zagęszczenia podczas różnych marszów) albo przyjmują że da się pływać w pionie. Woda w Piasecznie nie dawała możliwości sięgnięcia wzrokiem dalej niż do krawędzi okularków pływackich ale było to całkowicie wystarczające jako że tuż za tą krawędzią, niezależnie od tego w którą stronę obróciło się głowę była jakaś część ciała innych startujących. Dotyczyło to również obszaru „pod” ( zawsze ktoś był pod spodem) jak i „nad” gdzie unosiły się szczęśliwe z uzyskanej chwili wolności ręce, które po chwili wgniatały napotkane ciała w głąb wody. Efektywne pływanie w Piasecznie łączy się z wykorzystaniem techniki chwytu i odepchnięcia czyli klasyki kraula ale zmodyfikowanej tym że chwyta się nie wodę ale współtowarzyszy i odpycha się od nich. W Danii musiałem się niestety przestawić na nudę pływania klasycznego. Nie chodzi tu oczywiście o żabkę ale o fakt normalnego płynięcia pomijając pierwsze kilkadziesiąt metrów „pralki”. Z żabką przyszło mi jednak też się zmierzyć. Nudziło mi się tak przez około kilometr kiedy nagle poczułem niekontrolowany wyrzut głowy ponad wodę połączony z mocnym naciskiem na oczy. Okazało się że natrafiłem w tym „pustawym” akwenie na solidnie umięśnioną żabkarkę, która zapewne wpadła w panikę że ktoś (ja?) ją śledzi i zademonstrowała mi kopnięcie a la Chuck Norris. Wycelowała przy tym bardzo pewnie grzbietem stopy w moje oczy. W efekcie przerobiła moje okularki pływackie na szkła kontaktowe. Skutkiem dodatkowym była szarpana rana nosa. Środowisko wodne pomogło nosowi. Krew też nie mogła mi zalać oczu bo miałem w nie wbite okularki. Zupełnie niespodziewanym efektem tego zdarzenia było jednak to że nareszcie przestały mi parować szkła i mogłem podziwiać w całej krasie zarówno świat podwodny jak i nadwodny. 
Rower
Celowo póki co używałem Danii jako określenia miejsca zawodów Challenge Denmark Billund, jako że pływanie odbywa się w miejscowości (Herning) oddalonej o wiele kilometrów od Legolandu który jest w Billund właśnie. Pozwala to na rozegranie etapu kolarskiego na dystensie średnim bez jazdy w pętli. Dla mnie bomba. Czego nie lubię w zawodach bowiem to pętli właśnie. Mam dziwne wrażenie chomika biegającego w kółku. W Piasecznie dzięki pętlom chyba, zawodnicy tworzyli zespoły składające się przeciętnie od kilkunastu do kilkudziesięciu kolarzy. W Billund składy takie można było tylko zobaczyć w miasteczku zbudowanym z klocków lego. Jeździły one po tym miasteczku w kółko tak jak kolarze w Piasecznie. Myślę że drugi powód dlaczego było tak jak było w Piasecznie, to wodne zbliżenia. Po prostu nie można sobie wyobrazić że świeżo co nawiązane bliskie znajomości podczas pływania miałyby nie być kontynuowane podczas jazdy rowerem. Do tej kontynuacji najwyraźniej też zachęcali motocykliści ( sędziowie?) którzy robili sobie selfie na tle licznych triathlonowych pociągów. I tak o to nie tylko udało się rozegrać zawody triathlonowe ale też można było posmakować kolarskie Tour de Piaseczno. W zasadzie to tyle co można napisać o etapie kolarskim w Piasecznie- jak ktoś lubi patrzeć na przejeżdżającego pociągi to z pewnością warto się tam wybrać.
Na odprawie przed zawodami w Billund sprawa draftingu została postawiona nie tylko wyraźnie ale również specyficznie. Przekazano nam że „w odróżnieniu od zawodów rozgrywanych w Południowej Europie” sędziowie w Danii są bardzo aktywni jeśli chodzi o wlepianie regulaminowych kar. W tym momencie poczułem się nieswojo. Czyżby nawiązywali do Piaseczna? No bo Polska to na tle Danii już południe ( chociaż w świetle ostatnich wydarzeń niekoniecznie Europa). Ponieważ nie było pętli i jechało się prawie cały czas w tym samym kierunku, z ciekawością patrzyłem na prognozę która wyraźnie wiązała wzrost siły wiatru oraz zmianę jego kierunku na czołowy z przewidywanym czasem mojego opuszczenia T1. I znowu powiedzenie że lepiej być młodym, pięknym i bogatym przypomniało o sobie. Ach jak dobrze byłoby wystartować w pierwszej fali ale latka już nie te. Mniej więcej do 50 kilometra wiatr to się wzmagał to lekko słabł, głównie jednak z powodu terenu który był mniej lub bardziej osłonięty, więc udawało mi się utrzymać moją zakładaną dziadkową prędkość podróżną wynoszącą 32 km/h, choć mocniej niż zwykle musiałem naciskać na pedały. Na 70 km po zjedzeniu zabezpieczonych własnym sumptem banana i dwóch paczek sezamek, przeszedłem na korzystanie z opcji all inclusive. Startowe „nutrition” zapewniał jeden ze sponsorów i podczas roweru składały się na to woda i izotonic w bidonach kolarskich, batony, żele i coś pomiędzy. Pobrałem więc bidon z wodą oraz dwa żele. Zgodnie z zapowiedzią żel smakował jak miód. Zjadłem więc dwa popijając wodą. Było nieźle ale tuż po skończeniu konsumpcji zabawa się skończyła. Ostanie 15 kilometrów wiatr dawał z taką mocą że moja podróżna prędkość średnia spadała na łeb na szyję. W okolicach 85 km doszła do 30 km na godzinę. Mocowałem się jeszcze trochę żeby taką średnią utrzymać ale na długich odcinkach nie dało się jechać więcej niż 20 km/h. Po przejechaniu 90 km miasteczka z klocków w dalszym ciągu nie było widać. No tak, teraz sobie przypomniałem że trasa jest ok 3 km dłuższa. Dodatkowe kilometry w tunelu aerodynamicznym zapadają w pamięć nie mówiąc już o mięśniach. Nadchodziło jednak bieganie a tu już zapowiadał się fun.
Bieg
Bieganie w Legolandzie daje dużo przyjemności i tu fakt że były pętle mnie jakoś nie deprymował. Zresztą podobnie było w Piasecznie. I tu i tu trochę się biegło po miękkim podłożu, choć w Billund było tego zdecydowanie więcej nie tylko ze względu na dłuższy dystans. Myślę że ok 1/4 drogi nie było po twardym. W Billund rodzina nie musiała się nawet specjalnie ruszać z domku w którym mieszkaliśmy, bowiem znaczna część trasy biegnie właśnie przez teren mieszkalny turystów odwiedzających Legoland. Mankamentem był ruch pieszy ludzi którzy przemieszczali się pomiędzy domkami a centrum rozrywki. W czasie kiedy biegło dużo zawodników nie było to uciążliwe ale pojedynczy biegacze pod koniec z długiego dystansu mogli się dodatkowo zmęczyć, musząc na kilkukilometrowym odcinku lawirować pomiędzy spacerującymi. Część trasy w Billund wiodła przez centrum miasteczka z licznie zgromadzonymi miejscowymi kibicami. Sąsiedztwo Legolandu nadawało tej części imprezy klimat zabawy. Na czterech punktach żywieniowych ustawionych na 7 km pętli dobra było po pachy włączając w to coca-colę a nawet red bulla dla chcących polatać. Podczas całego 1/2 IM zużyłem 0,7 litra płynu zawierającego wegański proszek węglowodanowy, jeden banan, dwa opakowanie sezamek i 3 żele ( łyżeczka do herbaty żelu w każdym). Do tego trochę coli w trakcie biegu no i oczywiście woda. Tradycyjnie podczas 21 km dopalacz biorę koło 12 km, być może tym razem było to ciut za późno bo lekko zaczynało mi brakować paliwa w okolicach 15 km ale czy było to rzeczywiste czy wydumane faktem oczekiwania na to aż zadziała zjedzony żel, nie wiem. W każdym bądź razie oprócz tego nie odczułem żadnych efektów niedożywienia. Zawody w Legolandzie polecam bardzo. Oczywiście trzeba wziąć pod uwagę budżet ale jak ktoś chce przy okazji zapewnić dzieciom kupę rozrywki i w samym klockowym miasteczku i w miejscowym aquaparku który jest w pakiecie z zakwaterowaniem ( dając też okazję do wodnej regeneracji zaraz po ukończeniu zawodów) to już wyprawa przestaje być tylko kosztowną imprezą triathlonową. Organizacja bez zarzutu. W zawodach typu IM nie powinno się oczywiście wybrzydzać na jakiekolwiek przeciwności więc co do Piaseczna podałem tylko fakty a każdy samodzielnie musi ocenić te piaseczyńskie warunki. Ja na własny użytek takiej oceny dokonałem.

Nie taki Challenge straszny. Napisane – sierpień 2015

Do Poznania wybrałem się na zawody zorganizowane pod firmą Challenge. W skrócie to taka triathlonowa odmiana Pepsi. Tak jak w przypadku rozłamu Coca Coli i Pepsi Coli tak i w tym przypadku skutki podobne. Przedstawiciele organizacji Challenge Family,  która objęła swoim patronatem poznańskie zawody, wystrzegają się jak ognia słowa Ironman. Zastanawiam się nawet czy kończąc długi dystans pod patronatem Challenge nie słyszy się zamiast sakramentalnego ‚You are IRONMAN’ czegoś w stylu You are Challengeman. Do sprawdzenia tego przyjdzie mi jeszcze trochę poczekać. Poza tym to nie istotne. W końcu liczy się zawartość a nie pudełko.

A zawartość uważam za udaną w każdym aspekcie nawet uwzględniając męki przedstartowe o których napiszę w części dalej. Z założenia wybieram zawody o kameralnym charakterze, czego nie można powiedzieć o imprezie w Poznaniu. Mimo to, zarówno lokalizacja jak i atmosfera w trakcie zawodów były dla mnie na medal. Jedyny minus to że zarówno pierwszego dnia kiedy rozgrywano krótsze dystanse jak i drugiego, gros zawodników i osób towarzyszących opuszczało imprezę właściwie zaraz po ukończeniu swojego biegu ( no może po konsumpcji). Na ponad 1000 startujących na dystansie średnim do momentu dekoracji dotrwało nie więcej niż trochę ponad setka.

Rozpoczynając swoją przygodę z triathlonem półtora roku temu przyjąłem naturalne jak mi się wydawało założenie: rok pierwszy ćwiartka, rok drugi połówka i na trzeci rok na 55 urodziny zafunduje sobie pełen dystans. Tak wychodziło z matematyki licząc i od przodu i od tylu. Pierwszy rok to oczywiście szarpanina i błędy. Starty z kontuzją, ciśnienie wywoływane lekturą nt. cudzych osiągów wypracowanych na treningach odbierających pół życia  (ale pozostawiających go „mnóstwo” dla rodziny), cudownych gadżetów, cudownych suplementów, trenerów i innych „musisz mieć”. Ten rok odwrócony o 180 %. Triathlon dla zdrowia nie zdrowie dla triathlonu. Pomimo że trenuję bardzo wcześnie rano, kiedy rodzina jeszcze śpi, same starty to tu to tam, średnio raz na miesiąc, powodują że moje sportowe życie mocno się zaznaczyło w rodzinnym kalendarzu. Nie bardzo sobie wyobrażam jakbym mógł zakładać że to tylko niewielka absencja, gdybym pod hasłem to tylko 80 km wysmykał w ciągu week-endu na rower albo bieg ( to tylko 20 km).  Poszedłem drogą którą odnalazłem głównie na zagranicznych forach- treningów od 8 do 13 godzin max w tygodniu, głównie w strefie aerobowej (tzw. MAF) urozmaiconych terenem a nie papierem na których trener albo internetowy plan udaje teren. Tegoroczne starty w paru imprezach biegowych, jedna olimpijka a wreszcie start na średnim dystansie w Poznaniu dały mi poczucie komfortu jeśli chodzi o plan na przyszły rok. I nie chodzi o to że na pewno zrobię Ironmana (odpukać) ale że jeśli go zrobię to zakładam i czuje że będzie to tak jak było 26 lipca tego roku w Poznaniu. Przed zawodami nie przegrzałem, na zawodach nie leserowałem. Pływanie podobno nie należało do najłatwiejszych, dystans rowerowy dał w kość z uwagi na wiatr ale ani przez moment od chwili wystrzelenia armaty nie płynąłem inaczej niż kraulem, nie przestałem z tą samą siłą kręcić pedałami i nie zwolniłem tempa biegu. Szczególnie ten ostatni etap dał mi niezmierną satysfakcję. Po dotarciu na metę chciało mi się biec dalej. Zostałem do końca imprezy nie czując się wyczerpany a następnego dnia byłem gotowy nawet na mocny trening. Ale go oczywiście nie zrobiłem. Organizm musi dostać to co mu się należy. A wynik? Mnie w pełni satysfakcjonuje. Jak to mówią Rosjanie ‚ beyond expectation’- o dobre 20 minut. Średni dystans zajął mi tyle co niecałe dwie ćwiartki. Chociaż nie lubię plasować swojego wyniku na tle innych, początek drugiej połowy stawki i fakt że za mną nie byli tylko równolatkowie lub starsi, daje mi prawo myśleć że stan mojego ponad półwiekowego organizmu ma się nieźle. A jak to przebiegało, w gęstszym zapisie spróbuję oddać niżej.

Jako ze miał to być mój najważniejszy start w tym roku a przede wszystkim debiut na średnim dystansie, emocje rosły z tygodnia na tydzień. Wyjazd na zawody połączony miał być z odwiedzinami Poznania, żeby najbliżsi mieli jakąś ‚ludzką’ rozrywkę. Oczekiwanie na start miało być nienerwowe i spokojne. Nocleg zarezerwowany w pobliżu starówki. Malta czyli pole bitwy niedaleko. Autostradą z Warszawy kilka godzin. Już jednak na owej autostradzie zaczęły się schody. Najpierw wielokilometrowy korek później grad, przed którym samochody chowały się pod wiadukty blokując całkowicie autostradę. Dotarliśmy jednak na miejsce około 14 w sobotę, tak więc czasu niby sporo. Po rozpakowaniu wyjazd na Maltę. Miałem nadzieję zobaczyć końcówkę wyścigów na dystansie olimpijskim i nakręcić się pozytywną atmosferą. Niestety co okazało się charakterystyczne dla tej imprezy, ludzie w większości szybko czmychali do domów. Teraz rozumiem jakie znaczenie dla budowania atmosfery triathlonowej społeczności mają nagrody losowane po zawodach. Tym razem nie były przewidziane. Odebrałem pakiet i chciałem zostawić już rower w strefie, żeby móc spokojnie przemieścić się z powrotem do miasta na jakiś obiad a o 19 planowana była odprawa techniczna. Niestety nastąpiła obsuwa czasowa i dopiero po godzinie ruszyliśmy na poznańską starówkę. Zaczął się nieplanowany pośpiech. Zgłodniałem strasznie w międzyczasie i to był gwóźdź do trumny sensownego jedzenia na kilkanaście godzin przed startem. Co prawda zamówiłem sobie filet z kurczaka z sałatką, ale żeby na ‚przekąskę’, nie zjeść świeżo nabytego szczeniaka, który dzielnie nam towarzyszył, wziąłem chleb ze smalcem. Dostałem chyba bochenek i słoik smalcu oraz pół beczki ogórków. Szkoda było zostawić :-). Ponieważ wszystkie porcje zrobione zostały pod hasłem‚ ‘zjedz mnie a dołączysz do grona puszystej części populacji’ oczywiście żadna z moich pań nie była w stanie tego przejeść. Ale nie ja – w końcu ‚ nie ma nie mogę’. Po zjedzeniu rzeczonej stopionej świni i swojego ‚kurczaczka’, który za życia mógłby machnięciem skrzydła wykoleić Pendolino, pobrałem solidny kawał byka z napoczętego tylko lekko przez córkę hamburgera jaskiniowców. W tym momencie poczułem się gotów. Niestety nie do czekającej mnie za kilkanaście godzin trasy ale do zalegnięcia w jakimś barłogu i przespania zimowych miesięcy bez ryzyka zbędnego ubytku tłuszczu. A tu już trzeba pędzić na odprawę techniczną. Zostawiłem swoje panie oraz szczeniaczka, który wyraźnie miał dosyć wrażeń tego dnia i ‚popędziłem’. Kiedy dotarłem na miejsce atmosfera przypominała koncert rockowy. Wielki namiot, wiele setek prężących sportowe sylwetki zawodników oraz sporo wspierających najbliższych. Telebimy i muzyka dopełniały ten obraz. Wymiar imprezy mnie poraził. Na darmo wypatrywałem znajomych ze zdjęć twarzy. Narodu tyle co Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy. Zająłem zatem strategiczne miejsce z boku na wypadek gdybym miał zwymiotować podchodzący do gardła obiad i zacząłem chłonąć nowy świat Challenge Family. Było podniośle, dostojnie i wzruszająco. Najbardziej jednak wzruszył mnie współprowadzący Amerykanin reprezentujący typ ‚Max Kolonko prototyp’. Uwielbiam takie egzemplarze, najbardziej w wydaniu parodiujących je komików, chociaż oni mają ułatwione zadanie, bo wystarczy że wiernie odtworzą pierwowzór który parodiują i już jest prześmiesznie. Ale jakby co to koleś był częścią superatmosfery i nawet fakt że czasami wyglądało jakby merytorycznie nie odróżniał elementów triathlonu od programu ‚celebryty splasz’ i tak był cudowny. Po odprawie technicznej, która trwała ponad godzinę, przemieściłem się do strefy zmian gdzie chciałem sprawdzić czy mój rower wylądował na stojaku. Jako że organizatorzy odnotowali ponad godzinne opóźnienie, podczas poprzedniego pobytu w strefie razem z innymi ustawiłem rower w namiocie na wielkiej kupie. Zadeklarowano że po tym jak strefa zostanie otwarta, wszystkie rowery znajdą się na właściwych miejscach i tak się stało za co chwała organizacji. W drodze powrotnej nie omieszkałem zajrzeć ponownie do namiotu odpraw, w którym odbywało się pasta party. Ludzi już było w nim niewielu, znajomych twarzy nie spotkałem za to spotkałem znajome smażone racuszki, z którymi postanowiłem się przywitać. O reszcie nie wspomnę, żeby relacja nie była wyłącznie o wielkim żarciu. Kiedy dotarłem z powrotem do „apartamentu’ w którym się zatrzymaliśmy była już prawie 22 i pozostało przygotować rzeczy żeby następnego dnia wyruszyć na miejsce startu. No jeszcze trzeba było posłuchać ulicy, która była bardzo rozrywkowa i wyraźnie wskazywała że w walce z dopalaczami Polska poniosła sromotną klęskę. Nasz mały psiak niestety niedobrze przeżył ten dzień i nie wyobrażałem sobie żeby następnego dnia miał spędzić tyle godzin we wrzawie, która towarzyszy zawodom. Moje panie też nie wyglądały na bardzo szczęśliwe szczególnie po tym jak dotarła do nas wiadomość, że jeden z zawodników trakcie dystansu olimpijskiego zmarł. Postanowiłem więc, że rano wybiorę się na start sam a moje panie spokojnie spędzą czas przed południem oraz dotrą na Maltę w okolicach etapu biegowego. Parę minut przed północą udało się wreszcie położyć do łóżka. Byłem wykończony. Ten dzień miał być spokojnym przygotowaniem do startu, niestety nie wyszło tak jak zakładałem. Krążenie pomiędzy Maltą a starówką, poszukiwanie jedzenia, głód po którym nastąpiło obżarstwo, panujący upał- to wszystko nie sprzyjało przedstartowemu wyciszeniu. Zasnąłem jednak dosyć szybko i na szczęście nie śniły mi się żadne koszmary. Obudziłem się koło 6. Zmierzyłem puls spoczynkowy – niestety spoczynkowy to on tym razem nie był, raczej wskazywał że mój organizm pracował przez całą noc nad z trawieniem masy pożywienia jaką w siebie wrzuciłem poprzedniego wieczora. Nie za dobrze pomyślałem- zrób coś, skup się. W tym stwierdzeniu zawiera się dokładnie to co zamierzałem osiągnąć . Pierwsze dwa „zrzuty’ wykonałem jeszcze w hotelu i poczułem się deko a właściwie dużo więcej lepiej . Do momentu startu zaplanowałem kolejne. Zapakowałem przygotowane poprzedniego wieczora rzeczy, sprawdzając po raz kolejny czy czegoś nie pominąłem i ruszyłem w drogę. Po kilkuset metrach mój puls znalazł się w strefie 4. Miałem zamiar dziarsko się przemieszczać traktując to jako rozgrzewkę przed startem, niemniej jednak z powodu takiego wyniku zwolniłem. Po półtora kilometra trochę się sprawa uspokoiła. W końcu dotarłem na brzeg jeziora. Do strefy pozostał tylko kilometr. Wkrótce dogoniłem takiego jak ja piechura, który trzymał w ręku trzy upakowane worki. System worków jaki zastosowano na tych zawodach bardzo mi się spodobał. Dostaje się 3 wory, jeden z nadrukiem swim, drugi bike no i wreszcie run. Worka swim używa się jako depozytowego, pozostaje on na mecie, do worka bike co do zasady należy włożyć wszystkie rzeczy potrzebne w trakcie etapu kolarskiego. Ten worek ma również służyć zapakowaniu po pływaniu pianki oraz innych akcesoriów użytych w trakcie pływania. Kask i buty rowerowe można też zostawić przy rowerze, niemniej jednak nie ma przy rowerach żadnych koszy, z założenia wszyscy przebierają się w namiocie przed wejściem do strefy stojaków rowerowych, co powoduje, że traffic w strefie jest zdecydowanie luźny i nie ma bałaganu. Jedynym mankamentem takiego rozwiązania jest odcięcie kibiców którzy gromadzą się wokół strefy od możliwości oglądania typowych sytuacji zawodników kicających i próbujących utrzymać równowagę ściągając z siebie pianki , leżących na plecach i siłujących się z nogawkami, próbujących zachować równowagę a czasami wpadających na siebie tudzież na zaparkowane w strefie rowery .

Wracając do porannego spaceru, kiedy zobaczyłem zawodnika przemieszczającego się z wypchanymi workami startowymi postanowiłem doszlusować do niego i zagadać. Zagadnąłem jednym z moich głupawych dowcipów, coś w stylu że niezłą miał noc tu nad jeziorem bo tyle udało mu się nazbierać do worków. Widać że był skoncentrowany na starcie ponieważ dopiero po chwili dotarło do nie do niego moje niewyszukane zagajenie, kolejną chwilę trawił to czym go przywitałem. Nie dał mi jednak w twarz, ale uśmiechnął się i po chwili zmierzaliśmy już dalej razem wymieniając uwagi i spostrzeżenia na temat czekającej nas imprezy. Po odstawieniu dwóch worków i załadowaniu bidonów do roweru, przemieściłem się w kierunku miejsca startu, obok którego znajdował się hangar z depozytem. Do startu mojej ostatniej fali pozostała jeszcze ponad godzina, za chwilę miało nastąpić oficjalne otwarcie zawodów a 0,5 h później czyli dokładnie o 9 miała wystartować pierwsza fala. Po przebraniu się w piankę odstawiłem swoje nie wszystkie rzeczy do depozytu z zamiarem zastanowienia się czy jest jakaś szansa na wykonanie rozgrzewki w wodzie. Chyba za bardzo się na tym skoncentrowałem co kosztowało mnie powrót do depozytu i dopakowanie worka klapkami, które wciąż miałem na nogach. Jakoś nie dostrzegłem nikogo kto by rozgrzewał się w wodzie, w związku z tym ja też z tego zrezygnowałem i przez prawie godzinę oczekiwania na swoją falę rozgrzewałem się na brzegu w pewnym momencie głównie jednak z powodu narastającego chłodu aniżeli przyczyny dalszego kontynuowania „wyginam śmiało ciało’. Oczekiwanie na moją falę zaczęło się w pewnym momencie dłużyć, chciałem już mieć to za sobą i sprawdzić co z mojego organizmu pozostało po żywieniowej rozpuście. Miałem nadzieję że po wskoczeniu do wody poczuję się lżej niż na twardym gruncie. Grzmiąca co i rusz armata odliczająca start kolejnych fal działała na mnie jak strzały adrenaliny. Wreszcie moja fala została wpuszczona do wody, czekała nas kilkudziesięciometrowa przeprawa w kierunku miejsca startu. W związku z tym że był to mój pierwszy kontakt z wodą od ponad tygodnia a jeśli chodzi o piankę to grubo ponad miesiąca, postanowiłem wykorzystać ten odcinek na gry i zabawy. Zgodnie z moimi oczekiwaniami woda sprawiła że pomimo wciąż zalegającego uczucia lekkiego już tylko na szczęście przesytu z dnia poprzedniego, poczułem się jeszcze lżej. Po dotarciu na miejsce startu spojrzałem na zegarek- do startu pozostawało jeszcze około 4 minut wobec czego położyłem się na wznak testując swoją wyporność. Po chwili znalazł się jeden czy dwóch naśladowców i usłyszałem komentarz że to niezła pozycja. Powiedziałem że właściwie mógłbym już tak do końca, niestety w odpowiedzi usłyszałem że jednak jest limit czasu pływania – co robić trzeba było wracać do rzeczywistości. Za kilkanaście sekund miała wystrzelić armata. Zacząłem płynąć tak jak wszyscy inni, ponieważ okazało się że miejsce startu nie jest linią o której myślałem ale jakimś bliżej nie określonym obszarem. Po chwili wystrzeliła przerywając moje rozterki czy aby 80% zawodników a wraz z nimi moja osoba nie popełniło falstartu i zaczęliśmy płynąć. Ponieważ ustawiłem się maksymalnie z prawej strony pozwoliło mi to uniknąć największej pralki. Jako że znosi mnie na prawo nie ryzykowałem też wpłynięcia do niej a co najwyżej na mieliznę. I tak pozygzakowałem pierwsze 800 metrów. Parę razy uderzyłem w kierunkowe bojki, parę razy zbliżyłem się niebezpiecznie do ratownika na desce, który przyglądał mi się chyba w związku z tym z rosnącą paniką. Po pierwszym nawrocie jego panika chyba osiągnęła apogeum. Kiedy w okolicach drugiej boi nawrotowej mocno szarpnąłem w lewo kierując się w prawidłową stronę, doszedł do mnie łoskot oraz fala uderzeniowa. To „mój’ ratownik wpadł do wody i zrobił z deską jeśli nie całego grzybka to przynajmniej podgrzybka. Myślę że przygotowywał się na atak w prawo z mojej strony i zwrot w odwrotnym kierunku zachwiał jego równowagę. Spojrzałem kątem oka czy nie potrzebuje pomocy ale już gramolił się na deskę. Pozostała mi ostatnia „prosta’. Po jakimś czasie trafiłem na pochylnię gdzie zamiast typowego dźwigu do wyciągania statków, rolę wyciągarki pełniło dwóch panów. Otrząsnąwszy się z pozostałości wody na twarzy spojrzałem na zegarek-około 45 minut. Czas w góry skonstatowałem i ruszyłem w kierunku największego przewyższenia tych zawodów jakie znajdowało się pomiędzy wyjściem z wody a parkingiem rowerowym. Opróżniłem i napełniłem drugi wór i ani się obejrzałem, mój rowerowy licznik pokazywał 37 kmh a ja się zastanawiałem o co chodzi, tak było lekko. Trochę czasu na to miałem, ponad 20 km, a później zacząłem się zastanawiać dlaczego stoję choć kręcę z taką samą a nawet większą siłą. Okazało się że, jak to rzekł pan z kabaretu parodiując prognozę pogody – „a w Wielkopolsce, co w Wielkopolsce, w Wielkopolsce piżdże i gwiżdże’. Nie było rady, czekało mnie 20 km przeciskania się. W pewnym momencie z letargu w jaki wprawiło mnie owo piżdżogwiżdżenie wyłoniła się jakby znajoma twarz. Jakiś człowiek biegł poboczem w przeciwnym kierunku przypatrując mi się. Dopiero po 100 metrach moje szare komórki zaskoczyły i zidentyfikowały znanego nieznajomego. To Marcin Konieczny a ja przecież jadę w kiecce AT. No dobra ale czemu on biegnie po trasie kolarskiej, to nie tędy. Po kolejnym nawrocie postanowiłem sprawdzić czy to nie były jakieś omamy i jeśli nie to ewentualnie wskazać mu gdzie się biega na tych zawodach. Rzeczywiście, dostrzegłem go znowu, niestety biegł na tyle daleko, po drugiej nitce szosy, że musiałbym się strasznie drzeć i bałem się kary za zakłócanie spokoju. Kolejny nawrót, kolejna jazda „slow motion’ była gorsza niż za pierwszym razem – w końcu to już 70 kilometrów w nogach. Z drugiej strony wiedziałem że zbliża się koniec. Jakbym dał na maksa na tych najgorszych odcinkach pod wiatr to pewnie kilka minut bym urwał ale trzymałem się pomysłu ukończenia całości w wersji „motion’ a nie „stosunek przerywany’ , poza tym średnia powyżej 30 kmh mnie satysfakcjonowała tak czy siak. Marcina już na trasie kolarskiej nie spotkałem za to w międzyczasie minął mnie kolarz w takim jak mój „stroiku’ pozdrawiając serdecznie. Oczywiście i w tym przypadku moja reakcja była spóźniona. Żona twierdzi, że ciężko ze mną nawiązać jakiś kontakt w trakcie zawodów, wydaje się bardzo skupiony, lub nieobecny. Osobiście wolałbym aby to zjawisko miało coś z „ultramaratońskiego transu’ a nie sytuacyjnego autyzmu.

Warto też kilka słów poświęcić dopingowi na trasie rowerowej . Z powodu długości trasy rowerowej, nie była ona tak gęsto obstawiona jak trasa biegowa nie mniej jednak dopingujących nie brakowało. Na każdym skrzyżowaniu, na przystankach autobusowych czy wreszcie przy zabudowaniach byli zgrzewający do walki. W jednym miejscu zgromadziła się nawet grupa chilliderek z bogatym repertuarem. Kto był ciekaw mógł też obserwować zmagania policji kierującej ruchem i przepuszczającej samochody przez skrzyżowania w lukach pomiędzy zawodnikami. Przyznam że pomimo zaufania do tego systemu za każdym razem przy dojeździe do takiego miejsca czułem się lekko nieswojo i zwiększałem czujność. Draftingu prawie nie stwierdziłem. Na drugim odcinku slow motion jadąca przede mną grupa tak jakby trochę coś z tego draftingu wykazywała ale miałem wrażenie że ludzie po prostu nie dają rady się wystarczająco rozstrzelić w tych warunkach. Widziałem też dwa razy zwalniających przy nich sędziach ale było za daleko żeby usłyszeć czy były i jakie uwagi.

Ponieważ na ostatnich kilometrach biegnących przez miasto efekt wiatru słabł, dojazd do T2 był już „czystą przyjemnością’. Pozostaje jakoś pobiec. Stanowiło to dla mnie przede wszystkim zagadkę. Nie dość że nigdy wcześniej nie przejechałem 90 km rowerem za jednym zamachem to nawet na znacznie krótszych dystansach zrobiłem zaledwie kilka zakładek. Dojechawszy do strefy gdzie trzeba było dobiec z rowerem ze dwieście metrów do stojaka, stwierdziłem jednak że nie jest źle. Trzeba tylko wsmyknąć się na chwilę do Toi Toia, który zaprzątał mi umysł od dobrych paru kilometrów. Przepakowałem ostatni worek, zaliczyłem kibelek i w drogę. A ta jakby wyrzeźbiona pod dobry rozruch. Pierwsze kilkaset metrów to łagodny zbieg, akurat żeby wpaść na właściwy rytm bez nadmiernego katowania pulsu. Następnie po dobiegnięciu do jeziora, czekały mnie cztery pętle dookoła maltańskiego akwenu. Z zasady bieganie czy jeżdżenie w kółko nie należą do moich ulubionych ale jak się nie ma co się lubi….., poza tym na poprzednich zawodach na dystansie olimpijskim pętli biegowych było aż osiem i było to bardziej zadanie matematyczne niż fizyczne. Tak czy owak tu było mniej. Krążenie wokół jeziora maltańskiego okazało się jednak być bardzo przyjemne. Człowiek się nie nudził ani przez pięć minut. Po pierwsze aż trzy MOP-y (miejsce obsługi pasażerów) po drodze i to full wypas z prysznicem włącznie. Jeśli chodzi o kulinarne specjały upatrzyłem sobie żele firmy Ale z których „skorzystałem’ już podczas etapu kolarskiego. Ponieważ wyposażony byłem w swoje Vitargo do którego przyzwyczaiłem już swój organizm o ile można się przyzwyczaić do ohydnie słodkiej, kleistej mazi, nie zdecydowałem się przerzucić na Ale aż do ostatniej pętli i ostatnich punktów żywieniowych. Oczywiście pobieranie żeli na kilkanaście minut przed ukończeniem zawodów ma dla samych zawodów znaczenie dyskusyjne ale mój plan poboru był zgoła inny. W końcu w domu się nie przelewa, sezon się nie skończył, będzie jak znalazł na kolejne zawody. Jak dają to trzeba brać – jak z owym smalcem z początku wpisu. W istocie rzeczy jeśli chodzi o ten bieg, żele wydawane w punktach żywieniowy raczej negatywnie wpłynęły na moje osiągi – trochę mnie dociążyły ;-). Wypada jednak pochwalić pojemność kieszeni w stroju AT. Walki o ogień nie było. Kilkaset metrów za pierwszym MOP-em licząc od startu do biegu, pojawiał się pierwszy, ogólnie zaś było ich zgodnie z liczbą dyscyplin trzy. Dobiegając do nawrotu w kierunku miejsca finiszu, do uszu zaczęło przedostawać się ostre dudnienie perkusji w połączeniu z rzężeniem gitar. To pierwsza z dwóch, grupa heavy metalowa zagrzewała do boju. Brak muzyki własnej wreszcie został zrekompensowany. Drugie rydwany ognia można było spotkać dwa kilometry dalej. W tym przypadku chłopcy dawali ognia utworem Highway to Hell i robili to z takim czadem, że wystarczyłoby na całe pięciokilometrowe okrążenie. Dla mnie bomba, mniej dla moich pań które stacjonowały nieopodal tego miejsca i nauczyły się każdego taktu z tego utworu na pamięć. Ale to nie koniec, kolejne kilkaset metrów i słychać było narastający łoskot tłuczonego z pełną energią kijem garnka. W tym samym miejscu jak się okazało rezydował już z wielką łapą wspomniany Mkon. W pierwszej chwili myślałem że owa rozpłaszczoną łapa to efekt biegania w miejscu niewskazanym i zmiażdżenia dłoni przez walec drogowy. Jednak był to rekwizyt wspomagający doping, którym Marcin zagrzewał do walki. Było bosko, aż nogi same rwały się do biegu. Zaraz potem wbiegało się do strefy mety gdzie gorąca atmosfera znowu dodawała skrzydeł. Za strefą mety następowało uspokojenie poprzedzone jedynym na tej trasie podbiegiem. Bieg po tej stronie jeziora był tym gorszym odcinkiem pod względem atrakcji, choć nie brakło przybijających piątki i drących się stymulująco kibiców. Spotkałem kolejnego członka AT albo raczej zostałem przez niego wyprzedzony. Jak się okazało aż czterech z „nas’ ukończyło zawody w przedziale 8 minut.

Dzięki córce która za każdym mijaniem pytała się ile jeszcze kółek mi zostało, miałem poczucie dobrej orientacji w czasie i przestrzeni i kiedy rozpocząłem ostatnie okrążenie a moje Panie ruszyły w kierunku mety opuszczając rockowy koncert jednego utworu, zacząłem powoli oswajać się z poczuciem że to już koniec imprezy. Wypadało coś z tym zrobić. Jako że nie czułem wyczerpania i nie musiałem się zmuszać do zadowolonej miny przecinając linię mety, stwierdziłem że to za mało. Postanowiłem skończyć nie tylko zadowolony ale w miarę odświeżony. Na ostatnim MOP-ie postanowiłem wziąć solidny prysznic. Jak pomyślałem tak zrobiłem i po kilkunastu sekundach spędzonych pod prysznicem ( cóż za niewybaczalna strata !) biegnąc dalej, poczułem towarzystwo. Jakiś młody człowiek dołączył do mnie i biegł ramię w ramię. Sto, dwieście, trzysta metrów – biegniemy razem. Zerkałem na niego nieswojo. Czyżby moja kąpiel sprawiła że stałem się aż tak pociągający? Do mety pozostało nie więcej niż drugie tyle. Jak się zachować kiedy wbiegniemy razem, w stosunku do niego, żony ? Na szczęście ten sam prysznic który wpakował mnie w tę nieco kłopotliwą sytuację, również mnie z niej wybawił. Pod wpływem rozmiękczenia wodą rozwiązały mi się sznurówki w obydwu butach co groziło upadkiem. Opuściłem więc mojego towarzysza, zatrzymując się aby zasznurować buty. Żeby skompensować dwie przerwy, na metę wbiegłem żwawiej. Uczucie euforii nie zdążyło mi się udzielić bo natychmiast wpadłem w panikę. Dlaczego ja się tak dobrze czuję? Już wiem, na pewno źle policzyłem pętle i  skończyłem przed pełnym dystansem. Na szczęście wszystko było w porządku.

Jaskiniowcy chodzili na siłkę wieczorami. Napisane – Kwiecień  2015

 

W trakcie  poszukiwania odpowiedzi na pytanie jak  zyskać lub chociażby   nie tracić ( z wiekiem)  na sile,  aby wpadać na metę zawodów triathlonowych roześmianym i dźwigać jak najwięcej zdobytych trofeów, natrafiłem na naukowo  opisane zależności pomiędzy dwoma enzymami które odpowiedzialne są w naszym organizmie,   jeden za  wytrzymałość ( Activated Protein Kinase)  i drugi za siłę (mTORC1) . Efektem tych zależności ma być blokowanie działania enzymu „siłowego”  podczas aktywności enzymu „wytrzymałościowego” i  odwrotnie.  Nie będę opisywał szczegółów bo na pewno coś bym poprzekręcał. Przekładając to na trening,  nie powinniśmy wykonywać ćwiczeń siłowych przed pływaniem, biegiem czy rowerem ale po i to w znacznym oddaleniu czasowym. Mowa jest o zatem zestawie poranny trening  bieg, rower, pływanie i wieczorny trening  siłowy.  Pierwsza cześć bardzo mi pasuje bo co do zasady trenuję zanim obudzę koguta, który budzi resztę społeczeństwa. Gorzej z tym wieczornym treningiem siłowym bo ja wtedy preferuję  wyłącznie sporty grupowe godzinami oglądając zawody tenisowe w telewizji.

Nie wiem do jakiego stopnia wierzyć tym wskazówkom, tym bardziej,  iż stoją one w sprzeczności z wcześniej nabytą  wiedzą zgodnie z którą trening siłowy powinien być pierwszy. Autorzy materiału w zgodzie z trendami odwołują  się  do praprzyczyny w postaci  naszych przodków,  którzy nam podobno zafundowali taki a nie inny genetycznie uwarunkowany układ. Otóż, uganiając się całymi dniami za zwierzyną przyblokowali sobie „efekt siłowy’ aby nie nabijać mięśni i nie  zużywać w związku z tym za wiele energii. Może ( tu już mój wkład twórczy do tej naukowej teorii) chodziło też o to żeby polując nie tłukli się nawzajem tak jak to ma miejsce dzisiaj chociażby między PIS i PO. No ale po zakończeniu polowania mogli zacząć prężyć muskuły przed swoimi lub cudzymi kobietami, podnosząc kamienie lub też naparzając się maczugami w celu zbudowania masy. Do tego jeszcze się nażarli wysokobiałkowymi produktami co nabijało im mięśnie wieczorami przy gitarze. Odwoływanie się do  powrotu do naszych przodków w dziedzinie zdrowia jest bardzo ostatnio  rozwinięte- stąd miedzy innymi diety paleo i teoria że jesteśmy natural born runners.

I w tym wszystkim zadaję sobie jeszcze jedno pytanie. Jak ta teoria ma zastosowanie w przypadku kobiet,  których rola społeczna w tamtych czasach nie była związana ani z polowaniem, ani dźwiganiem kamieni ani laniem się po pysku choć w tym ostatnim przypadku chyba można by uczynić wyjątek na lanie po pysku niesubordynowanego partnera. Pozostaje jeszcze jednak pytanie  czy zajęcia domowe także u kobiet wytworzyły efekt działania w ciągu dnia enzymu wytrzymałościowego i blokowania siłowego do czasu powrotu chłopaków z polowania. Przypomniała mi się jednak słyszana kilka razy formuła „ ja już nie wytrzymam z tym bachorem” stosowana przez matki do opisywani swoich codziennych kontaktów z wychowywanymi pociechami. I to może być kluczem do uzupełnienia teorii i zrównania wpływu dziedzictwa naszych jaskiniowych przodków zarówno na dzisiejszych triathlonistów jak i triathlonistki.

Poparzeni lodem. Napisane – marzec 2015

 

Jest taki stary kawał o murzynie który leżąc pod drzewem nagabywany jest przez bogatego biznesmena jak marnuje życie nie zarabiając pieniędzy za które mógłby wiele kupić. Puenta jest taka że biznesmen wymieniwszy liczne dobra warte pieniędzy które w życiu zarobił,  dochodzi do momentu w którym znalazł się w tym samym miejscu co murzyn słono jednak wcześniej  opłaciwszy swoją wycieczkę.

Triathlonista też musi  przejść zazwyczaj długą drogę żeby „położyć się  pod  drzewem”. No bo w końcu nie po to  ruszył się z kanapy żeby z powrotem na niej zalegnąć. Ale w sukurs przychodzi mu magiczne i naukowo potwierdzone słowo „regeneracja”. Rzecz więc będzie o „ regeneracji’ w środku okresu  zwiększania mocy treningowej.

Już po raz piąty udałem się na trzydniowy ‚camp’ do Holandii organizowany cyklicznie co dwa lata  do urokliwego miejsca zwanego Port Zelande nad Morzem Północnym. Marcowy zazwyczaj week -end,  gromadzi w rozlegle położonym ośrodku ponad 3 tysiące entuzjastów intensywnych doznań w raczej lodowatych   jeśli chodzi o temperaturę warunkach. Nie przeszkadza to jednak spędzić codziennie kilku godzin w wodzie, na rowerze jak i biegając. Atmosfera jest gorąca od piątkowego popołudnia aż po środek nocy z niedzieli na poniedziałek kiedy to zmęczone acz tryskające ciągle energią towarzystwo udaje się na spoczynek przed poniedziałkowym rozjazdem do domów.

Na miejsce udaliśmy się rodzinnie samochodem , zatrzymując się sentymentalnie  na nocleg w niedalekiej  Antwerpii gdzie w ramach przygotowań do” biegu głównego” jaki mnie czekał w Port Zelande, wykonałem drugi już pokontuzyjny trucht. Po parunastu minutach dopadł mnie ból kontuzjowanej stopy, jednak głównie w miejscu które do tej pory przez cały okres kontuzji bólu nie doznało. Dziwne- pomyślałem, nieoptymistyczne- pomyślałem jeszcze później, tym bardziej że ból nasilał się w miarę upływu godzin i przespacerowanych już z rodziną  po Antwerpii kilometrów. Mój optymizm co do powrotu do biegania znacznie się tego dnia zmniejszył  ale postanowiłem nie odbierać sobie radości z wyjazdu.

Po przybyciu  na miejsce w piątek późnym popołudniem,  rzuciliśmy się przede wszystkim żeby zaklepać sobie rowery które udostępniane są na miejscu. Niestety o tej porze  była marna szansa na to że zostały jeszcze jakieś wolne co się potwierdziło. Coś się wykombinuje i będzie dobrze skonstatowałem na bazie doświadczeń z  ubiegłych lat. Nastąpiła lustracja akwenu w temperaturze powietrza ok.  3 stopni  i słabej widoczności pierwszej bojki. Bez niespodzianek.

Najpierw jednak opiszę bieg,  bo to doświadczenie silnie zakotwiczyło się licznymi meandrami w moim umyśle. Dwa lata wcześniej nie brałem udziału w biegu jako że w tym czasie biegaczy uważałem za inną „rasę”. Moja wyobraźnia i obserwacje z tamtego czasu umiejscawiały  jednak ten   bieg w skali rozrywkowej przebieżki raczej skacowanego towarzystwa. Pasowało to zresztą do rekreacji  jako zadania bodźcowego na ten weekend.Z takim nastawieniem udałem się na miejsce zbiórki na którym oprócz zawodników tłoczyli się kibice. Media też były obecne w oczekiwaniu na leadera biegu.

Punktualnie o 10.30 jak było wyznaczone pojawił się rzeczony leader – Mark Kelly w czarnym stroju z zielonymi wstawkami. Kilka pamiątkowych zdjęć  sprawdzenie  identyfikatorów i  ruszyliśmy. Moje wyobrażenie o luźnym biegu szybko minęło. Jak na mnie 5 km w 25 minut  ( Mark nam zrobił parunastu sekundową przerwę na nawrocie) po tylu miesiącach niebiegania oznaczało poważny wysiłek. Jakoś jednak dotrwałem do końca choć miny nie miałem zbyt tęgiej. Usprawiedliwieniem było to co zweryfikowałem w statystykach biegu. Nigdy nie zmierzyłem sobie maksymalnego pulsu a z formuły wiekowej wychodzi mi w okolicach 170.  Po sprawdzeniu  jak przebiegł bieg,  wyszło że poziom ten osiągnąłem w trakcie pierwszego kilometra a od trzeciego   przekraczałem 180 z porywami do 185!

No cóż, jak przekonał się kawałowy bizensemen, regeneracja często kosztuje. Po ochłonięciu  z adrenaliny biegowej z przerażeniem przypomniałem sobie o stopie. O dziwo stopa przetrwała ten intensywny jak by nie było dla mnie  bieg bez szwanku a po bólu z Antwerpii nie pozostało ani śladu. Hasło regeneracja zadziałało więc  świetnie.  Nie mniej jednak  porzuciłem myśli o wchodzeniu do lodowatej wody,  zadowalając się tym co stanowi ulubioną rozrywkę wielu uczestników  zjazdu w Port Zelande a więc rafting  na otwartym powietrzu ale za to w gorącej wodzie w basenowym kompleksie jaki znajduje się w ośrodku.  Rowery też mnie już jakoś nie ciągnęły pomimo że pojawiły się licznie w strefie zmian.

Oddaliśmy się w pełni regeneracji  której głównym coachem był Steve Hogarth. Jako że tradycyjnie w  tym czasie przypadają moje urodziny,  grupa trenerów stanęła na poziomie czego efektem pisemne życzenia.  Uprzejmości zostały odwzajemnione pamiątkowym zdjęciem na tle dużych chłopców.  No i  trzema  nocami  wspólnej zabawy.

Może to nie obóz triathlonowy na Majorce  lub inne „Kanary”  ale ślady i motywacja po  wydarzeniu jakim jest trzydniowy koncert mojej ukochanej grupy Marillion, połączony z totalnym relaksem i luzem, wśród mnóstwa fajnych ludzi  jak zwykle  wystarczą mi na długo,  znacznie dłużej niż przetrwa  napis który w trakcie pobytu ktoś wyrzeźbił na piasku.